Dan Simmons, Jurgen Thorwald, Grzybnia A. Zielińskiej, Zbrodnie odczytane z kości

Krew królów (J. Thorwald) – Fabularyzowana opowieść o żyjących na początku XX wieku potomkach córek królowej Wiktorii, które weszły w związki małżeńskie z władcami ówczesnej Europy i rozprzestrzeniły po całym kontynencie wówczas śmiertelną chorobę – hemofilię. Z początku trochę irytowało mnie to, że Thorwald uczynił z tych przypadków opowiadania, ale ostatecznie doszłam do wniosku, że dzięki temu mógł bardziej obrazowo przekazać cierpienia rodziców chorych dzieci, pełne niebezpieczeństw dzieciństwo hemofilików oraz żałosny okres dorosłości. Polecam.

Zbrodnie odczytane z kości (M. Głąbińska) – Dużo kartofelków, mało mięska, czyli jest to streszczenie podręcznika do antropologii i nielicznymi przykładami wykorzystania wiedzy w praktyce. Plus opisy działalności „trupiej farmy” w Tennessee, które osoby zainteresowane tematem znają już z innych publikacji. Raczej nie polecam, chyba że kogoś kręci antropologia i chciałby nauczyć się identyfikować ludzkie szczątki po kościach.

Grzybnia (A. Zielińska) – Nagła śmierć przyjaciela i męża odbija się na przyjaciołach i wdowie. W ich życiu zachodzą drobne, ale niosące duże konsekwencje zmiany. Jakby cała piątka połączona była delikatnymi, cienkimi pasmami grzybni, która fascynowała zmarłego mężczyznę i wykorzystywał ją w swojej pracy artystycznej. Niesamowite miesza się z rzeczywistym, spowija czytelnika i przyciąga do książki. Bardzo mi się podobało.

Night Calls the Green Falcon (R. McCammon) – Myślałam, że czytam inną powieść, bo „falcon” to ptak, a tu się okazało, że jest to opowiadanie o starzejącym się byłym gwiazdorze, który wcielał się w superbohatera w zielonej pelerynie. Teraz Green Falcon próbuje odnaleźć seryjnego mordercę kobiet, który zabił jego młodą sąsiadkę. Wyrusza na miasto w kostiumie superbohatera i udowadnia sobie i innym, że wciąż jest nieustraszony. Fajne.

Letnia noc Dana Simmonsa, Widowisko Przemysława Borkowskiego

Letnia noc (D. Simmons) – Przeczytałam horror! I Wcale się nie bałam ?Początek lat 60, małe miasteczko w stanie Illinois i potężny gmach starej szkoły, która wypuszcza właśnie ostatni rocznik uczniów. Ostatni dzień szkoły przed wakacjami jest ostatnim dniem funkcjonowania Old Central. Grupa chłopców w wieku od 8 do 11/12 lat rozpoczyna wakacje, które zmienią się w największy koszmar za sprawą budzących się złych mocy. Mamy tu sprzymierzenie złych duchów ze złymi ludźmi. Nie wiadomo, z której strony, nadejdzie atak, zagrożeni są wszyscy mieszkańcy miasta, ale na początek duchy skupiają swoją uwagę na wszędobylskich, ciekawskich chłopcach. Fajne!

Widowisko (P. Borkowski) – Tym samym przeczytałam całą serię kryminalną z Rozłuckim i wciąż nie potrafię zrozumieć, dlaczego ten doświadczony psycholog jest taki kochliwy. Ta jego cecha naprawdę mi przeszkadzała, bo dorosły facet zachowuje się jak nastolatek. Akcja tej części toczy się w środowisku aktorów i pracowników prowincjonalnego teatru. Ofiarami zabitymi w teatralnym entourage’u są osoby związane z tym miejscem. Rozłucki węszy wśród nich, pracując na zlecenie miejscowej policji. Hm… Każdy, naprawdę każdy czytelnik jest w stanie wytypować mordercę w połowie książki. Tylko bohaterowie powieści są ślepi na to, co się dzieje. Trochę smuteczek, bo to najsłabsza powieść tego autora, jaką przeczytałam.

Dziewczyna w różowym, Bez granic, Co uczucia robią nocą?

Bez granic (J.L. Horst) – Przypomniałam sobie, że mam jeszcze jeden nieprzeczytany tom z Wistingiem i co tu dużo mówić – znowu mnie wciągnął tak, że większość przeczytałam w jedną noc. Australijka prowadzi internetowe forum śledcze, którego celem jest wskazanie osoby winnej śmierci jej przyjaciółki podróżującej po Europie. Jedna z uczestniczek forum, Norweżka, informuje, że znalazła coś ważnego, po czym znika z sieci. Zaniepokojona założycielka forum informuje policję norweską, a sprawą zajmuje się Wisting. Bardzo ciekawa – uwielbiam te powieści kryminalne, w których śledzimy wydarzenia od strony działań policji.

Co uczucia robią nocą? (Oziewicz/Zając) – Piękne ilustracje, piękna treść. Choć czytania nie ma dużo, to każda linijka robi coś z głową – pobudza do wspomnień, rozmyślań, zadumy. To książka dla ludzi w każdym wieku, co innego znajdzie w niej dziecko, co innego dorosły. Ilustracje natomiast wzbudzają czułość – te stworki są puchate, rozkoszne i niepowtarzalne. Konieczne w każdym domu.

Dziewczyna w różowym (J.K. Radosz) – Pierwszy dzień klasy maturalnej, osiemnastoletnia Klamka zaczyna go z energią i dobrym nastawieniem. Zapisała się na fakultet z fizyki, żeby startować na politechnikę. Niestety, pozostali uczniowie z miejsca ją odrzucają, bo nie spełnia ich wyobrażenia ścisłowca. Przecież fizyk nie chodzi w różowym! Dziewczyna postanawia udowodnić rówieśnikom i nauczycielowi, że wygląd nie ma nic wspólnego z uzdolnieniami, predyspozycjami i zainteresowaniami, bo przecież od lat aktywnie udziela się w środowisku fanowskim żużla. Okazuje się, że to nie jest takie łatwe. Bardzo fajna historia dla nastoletnich czytelników bez romansu za to z ważnym przesłaniem.

Nieczułość, Hydropolis, Ciężar skóry

Ciężar skóry (M. Rejmer) – Bałam się czytać, bo autorkę znam, cenię i wielbię za reportaże, a tu mamy zbiór opowiadań. Ale jest dobrze. Te opowiadania zapadają w pamięć, autorka kreuje świat skromnymi środkami, ale mocno akcentuje sferę emocji, często sprzecznych. Bohaterowie tych opowiadań są skonfliktowani ze sobą, stają przed trudnymi decyzjami, takimi, których skutki będą odczuwać przez całe życie. Ale chociaż dochodzi do drastycznych scen (zabicie psa), to nie znajdziemy w tej literaturze umoralniania czy oceny postępowania bohaterów. Bardzo dobre.

Nieczułość (M. Bunda) – Wreszcie sięgnęłam po debiutancką książkę autorki (najnowsze Podwilcze było wspaniałe). Ta powieść obejmuje okres kilkudziesięciu lat: życie szybko owdowiałej matki i jej trzech córek, które nigdy daleko nie wyjechały od domu rodzinnego w Dziewczej Górze. Mamy tu zasygnalizowany okres II wojny oraz trudne czasy powojenne. Książka osadzona jest w historii Polski, która odciska się na biografiach córek i matki. Silne kobiety radzące sobie w życiu z mężczyzną czy bez niego – to lubię. Warto.

Hydropolis. Walcz (Z. Miłoszewski) – Kolejna podwodna kolonia i kolejne przygody nastoletnich mieszkańców podmorskiego miasta. Tutaj na pierwszy plan wysuwa się dziewczyna, która nie chce pogodzić się z często bezsensownymi rygorami życia. Tym bardziej, że w tej kolonii prowadzi się swoisty eksperyment na dzieciach, pozostawiając je samym sobie przez większość czasu. Nie bez przyczyny motto książki pochodzi z powieści „Władca much”. I tak jak u Goldinga, u Miłoszewskiego też dochodzi do tragedii. Spokojnie, Elek z pierwszej części też się pojawia. Fajne.

Gefen, O’Farrell, Perr, Nealon, Kołodziejczak

Hamnet (Maggie O’Farrell)– piękna powieść. XVI wiek, rodzina rękawicznika w Stratford w Anglii i ich niewydarzony syn, który nie garnie się do roboty, tylko chodzi z głową w chmurach. Nie pada jego imię, ale wszyscy wiemy, kim jest. Ale to nie on jest głównym bohaterem, lecz jego żona, Agnes, kobieta, która bezpieczniej czuje się w lesie niż w miejskim domu. To jedna z najbardziej przejmujących opowieści o cierpieniu matki po śmierci dziecka. Niektóre sceny zapamiętam na długo. Koniecznie czytajcie.

Szepty z lasu (M.M. Perr) Kolejny kryminał ze wspaniałej serii z podkomisarzem Robertem Lwem. Wszystkie części gorąco polecam! I tutaj też mamy kobiety, które w lesie czują się u siebie, ale gdy młodsza z nich zostaje znaleziona powieszona na drzewie, do akcji wkraczają warszawscy policjanci, bo matka zabitej nie ufa miejscowym. I ma rację. Zaskakujące zakończenie. Nieodkładalna.

Jerozolimska plaża (Iddo Gefen) Zbiór opowiadań młodego izraelskiego pisarza. Mnie najbardziej podobały się skrajne – pierwsze i ostatnie. Ale wszystkie są na swój sposób przejmujące i badają naturę ludzką, samotność w tłumie oraz nieumiejętność opowiadania o swoich uczuciach. Czyta się świetnie, mimo że niektóre opowiadania mają elementy sci-fi.

Polacy na emigracji (Agnieszka Kołodziejska) Historie Polaków, którzy swoje miejsce do życia znaleźli w różnych zakątkach świata. Podtytuł książki to „dlaczego i po co wyjeżdżamy”. Jak można się spodziewać, co rozmówca, to inny rodzaj motywacji do wyjazdu. Historie były ciekawe, ale im bliżej końca, zaczęłam coraz częściej zadawać sobie pytanie, po co ja to czytam? Mogę żyć bez wiedzy o losach znajomych autorki. Zapamiętałam jedynie, że nie warto wychodzić za Holendra ?

Snowflake (Loise Nealon) Debbie ma osiemnaście lat, mieszka na mlecznej farmie oddalonej o ok. godzinę jazdy od Dublina, gdzie zaczyna pierwszy rok studiów na Trinity College. Nie zna miasta, nie zna miastowych ludzi, czuje się jak odludek, ale znajduje przyjaciółkę. Debbie jest naiwna i doświadczona przez los – jej matka ma problemy psychiczne, ojca nikt nie zna, więc jej wychowaniem zajmuje się wujek. Bardzo dobrze napisana opowieść o niedopasowaniu i szukaniu sensu w życiu. Warto!