Elon Musk. Co naprawdę myśli & Krótkie odpowiedzi na wielkie pytania, Stephen Hawking

Znak Horyzont, 2019

Liczba stron: 256

Pod red.: Macieja Gablankowskiego

Te dwie książki trochę mnie zawiodły. Z różnych powodów.

Elon Musk uważany jest za wizjonera. Swoje umiejętności przewidywania przyszłości udowodnił już wielokrotnie, angażując się w przedsięwzięcia biznesowe, które przyniosły mu ogromne profity. W tej książce zebrano cytaty z jego wypowiedzi publikowanych w sieci i pogrupowano je tematycznie. W związku z tym, jest w niej dużo powtórzeń. I chociaż znalazłam tu kilka inspirujących myśli (widać zakładki na zdjęciu), to w ogólnym rozrachunku nie jestem zachwycona. Nigdy wcześniej nie czytałam żadnej książki o Musku, nie śledzę jego przedsięwzięć, orientuję się w nich bardzo ogólnikowo. Dlatego też wyjęte z kontekstu fragmenty wypowiedzi, pozbawione wyjaśnień i przypisów nie poszerzyły zbytnio mojej wiedzy. Musiałabym co chwila szukać artykułów w sieci, żeby doczytać na dany temat. Dlatego nie polecę jej tym, którzy mało wiedzą na temat działalności Elona Muska. To książka tylko dla wiernych fanów.

Zysk i S-ka, 2018

Liczba stron: 264

Tłumaczenie: Marek Krośniak

Trochę inaczej było z książką Stephena Hawkinga. Poruszane w niej tematy są bardzo ciekawe i miałam wielką ochotę poznać opinie wielkiego naukowca. I owszem, poznałam, dowiedziałam się m.in. jakie są najważniejsze kierunki rozwoju świata, ale za nic w świecie nie byłam w stanie zrozumieć szczegółów odpowiedzi na niektóre pytania. Moja wiedza z zakresu fizyki nie wykracza poza podstawówkę, więc długie opisy działania sił, cząsteczek i wzajemnych zależności jednych od drugich strasznie mnie przytłoczyły. Mam wrażenie, że najwięcej było tego w środkowej części książki, końcówka okazała się bardziej przystępna. Nie porzuciłam książki tylko dlatego, że w każdym rozdziale Hawking pokazywał swoje oblicze człowieka dowcipnego, rozumiejącego ludzkie słabości (także niedostatki wiedzy fizycznej) i przemycał do tekstu również fragmenty znane mi z jego autobiografii. Jestem przekonana, że więcej z książki wyniosą ci, którzy mają umysł ścisły, humanista dowie się sporo, ale nie będzie umiał przeprowadzić dowodu.

M jak morderca. Karol Kot – wampir z Krakowa, Przemysław Semczuk

Świat Książki, 2019

Liczba stron: 288

O tym nastoletnim mordercy wiedziałam sporo przed lekturą tej książki. I jeśli sądzicie, że z tego powodu nudziłam się podczas czytania, to bardzo się mylicie! Autor obalił kilka hipotez, rozjaśnił niektóre wątki, a przede wszystkim, uporządkował wszystko, co było wiadomo o Karolu Kocie, a także wygrzebał sprawy, które dotychczas były mało znane.

Miejscem zbrodniczej działalności Kota był Kraków. Chłopak, choć dopiero niedawno stał się pełnoletni, stopniowo doskonalił się w sztuce zabijania i był coraz skuteczniejszy i coraz bardziej żądny krwi. Jego fascynacja śmiercią, krwią i nożami doprowadziła do tragedii, postawiła służby w stan najwyższej gotowości i zasiała strach wśród mieszkańców. Autor tego reportażu zagląda za drzwi mieszkania rodziny Kotów, stara się pokazać panujące tam zasady, miejsce Karola w rodzinie i ukazuje… dulszczyznę duszącą wszelkie przejawy samodzielnego myślenia i wyciągania wniosków. Bardzo poruszające, wręcz mrożące krew w żyłach są układy panujące w klubie sportowym, do którego należał morderczy maturzysta. Najbardziej jednak poruszył mnie wywiad z siostrą młodocianego mordercy. Tak mało się mówi o tym, jakich spustoszeń w życiu bliskich dokonuje morderca, jak daleko pada jego cień i jak długo nie można otrząsnąć się z… No właśnie nie wiem, może poczucia winy, może lęku. To byłby świetny temat do zbadania przez reporterów.

Przemysław Semczuk opisuje również swoją drogę do zdobycia materiałów do książki. Opisy biurokratycznych przeszkód i sposobów ich obejścia mogłyby żywcem zostać przeniesione do kabaretu. Dzięki swojej skrupulatności, wielokrotnemu sprawdzaniu faktów, podważaniu ogólnie przyjętych prawd, Semczuk obnażył kłamstwa i przeinaczenia, podważył wiarygodność niektórych przekazów krążących w mediach i zrekonstruował przebieg zbrodni, procesu oraz uwięzienia Karola Kota. Wnioski, do jakich doszedł, są bardziej zatrważające niż owiany legendą obraz zabijającego maturzysty. Lektura obowiązkowa dla każdego, kto ceni true crime na wysokim poziomie.

Tajemnice pielęgniarek. Prawda i uprzedzenia, Marianna Fijewska

WAB, 2019

Liczba stron: 320

Już kilka razy pisałam, że lubię zaglądać w miejsca, w które normalnie nie mogę wejść, i czytać o zawodach, których nie mogę/nie chcę wykonywać. Z radością więc objęłam patronatem „Tajemnice pielęgniarek” i rzuciłam się na egzemplarz przedpremierowy.

Książka składa się z wypowiedzi pielęgniarek z krótkim i długim stażem, studentów wydziałów medycznych i kilku lekarzy (najczęściej początkujących). Czego można się z niej dowiedzieć? Wielu ciekawych rzeczy. Na przykład tego, jak traktowane są początkujące pielęgniarki i te, które chciałyby wprowadzić jakieś zmiany w pracy na oddziale. Sporo przeczytamy o wypaleniu zawodowym i znieczulicy oraz o tym, jak niektórzy radzą sobie z nadmiarem emocji w pracy, emocji związanych z rozgrywkami interpersonalnymi oraz z odchodzeniem pacjentów. Co nieco przeczytamy o roszczeniowych pacjentach i ich rodzinach, kilka pielęgniarek opowiada o molestowaniu ze strony chorych, natomiast temat związków towarzysko-erotycznych między lekarzami i pielęgniarkami został tylko liźnięty z wierzchu i to raczej w formie plotki. Ciekawe były dla mnie wypowiedzi o pasji, która sprawia, że pielęgniarki nie odchodzą z zawodu. Najczęściej poruszanym tematem okazały się niskie płace, które przewijają się w niezliczonych wypowiedziach przez całą książkę. Jak się wydaje, autorka dzięki młodszym rozmówczyniom, odkryła dlaczego pielęgniarki w większości nie są zadowolone z pensji i dlaczego nic nie robią, żeby zmienić swoją sytuację ekonomiczną.

Czy poznałam „Tajemnice pielęgniarek”? Częściowo tak. Przed wszystkim jednak naczytałam się narzekania na niskie pensje i ciężką pracę, brak dobrej organizacji dyżurów oraz poczucie niedocenienia. Przeciętny szpital jawi mi się teraz jako typowy polski burdel, gdzie oszczędza się na wszystkim, a dyrektorzy nagradzani są za oszczędności, a nie za efektywność, pracownicy są nadmiernie eksploatowani, panuje hierarchiczność i z każdego kąta sączy się jad wynikający z zawiści. Nieco zabrakło mi myśli przewodniej, jakiejś klamry spinającej tekst lub puenty podsumowującej wszystkie wypowiedzi. Mimo to czytałam z uwagą, pochłaniając strony w tempie huraganu. Zachęcam i Was do lektury. Co wrażliwsi mogą również uronić łezkę.

Kalendarze na 2019 rok

Natknęłam się niedawno na mem, pod którym mogłabym się podpisać obiema rękami.

I w związku z tym, że styczeń minął mi głównie na chorowaniu i pracy, 2019 rok zaczynam na poważnie od lutego, stąd mój wpis o kalendarzach jest jak najbardziej na czasie. Przynajmniej dla tych, którzy styczeń uznali za darmowy miesiąc próbny 🙂

W 2019 rok wchodzę z czterema kalendarzami, bo uwielbiam mieć ich dużo i do różnych celów. W ogóle kocham materiały papiernicze, długopisy, pisaki, notesy, pióra, kolorowe atramenty, zakreślacze oraz kalendarze właśnie.

My little book planner – wcale taki little nie jest. Najgrubszy ze wszystkich, co jest super, bo przecież służy do pisania o przeczytanych książkach, notowania cytatów i wrażeń z lektury. A przy tym może być zwykłym kalendarzem na codzienne zapiski. Zmieści się w nim wszystko. Zobaczcie na zdjęciach, jaki jest piękny i przejrzysty.

Na początek miejsce do notowania przeczytanych książek – wszystkie w jednym miejscu. I jeszcze można zakreślić liczbę przyznanych gwiazdek! Często widzę, że użytkownicy forów książkowych pytają, w jaki sposób prowadzić spis przeczytanych książek – ten jest idealny.

Motywujące cytaty i miejsce na notatki.

Każdego dnia można zapisać sobie tytuł czytanej książki, liczbę przeczytanych stron itp.

Poza tym na każdy dzień mamy całą, czystą stronę (soboty i niedziele dostały po pół strony).  Naprawdę mnóstwo miejsca dla tych, którzy lubią dużo zapisywać, ozdabiać i wklejać. Dwie wstążki do zaznaczania stron i gumka do zamykania dla wygody i funkcjonalności. I twarda okładka. Dla mnie to raczej kalendarz na biurko. Nie lubię za dużo dźwigać.

Bardzo brzydki dziennik – Iga Chmielewska

Rysowniczka znana z Bardzo brzydkich obrazków proponuje kalendarz w miękkiej okładce. Z tygodniem na dwóch stronach.

Minimalistyczny dizajn dla tych, którzy robią mniej notatek, lecz lubią mieć w kalendarzu coś do poczytania. Każdego miesiąca mamy felieton np. dotyczący tego, co oznacza bycie kobietą, o muzyce, o pamiątkach z wakacji. Do tego jest zawsze strona z zadaniami do wykonania. Podoba mi się to! Lubię wklejać, zbierać i potem wracać do wspomnień.

Tutaj do wpisania wakacyjna playlista. Gdzie indziej miejsce na swoje zdjęcie lub list do Mikołaja. Można potraktować z przymrużeniem oka lub całkiem poważnie.

To już zależy od nas. I od nas zależy, czy pozostaniemy w minimalistycznym dizajnie, czy zatrudnimy do roboty kolorowe kredki, pisaki i taśmy.

Bullet journal – Planuj życie kreatywnie

To akurat nie jest typowy kalendarz. Można zacząć go prowadzić w dowolnym momencie. Podzielony jest na tygodnie, lecz wymaga od nas bardziej elastycznego podejścia do planowania. Zobaczcie sami:

Krótka instrukcja, jak się zabrać za planowanie.

Metodyczne podejście do życia.

I bardziej praktyczne.

I jest coś dla czytających.

Ta wersja Bullet Journel jest przeznaczona dla ludzi pozbawionych talentu plastycznego, bo głównie zachęca do wypełniania. Wiem jednak, jak pięknie wyglądają tego typu plannery wykonane samodzielnie. To jednak nie dla mnie, dwie lewe ręce nie znają litości.

I na koniec kalendarz ścienny Homo Lector:

Kalendarz DIY na 13 miesięcy z zaczytanym gorylem. Piękny pod względem graficznym i bardzo praktyczny.  Możemy zacząć w dowolnym miesiącu, możemy pominąć jakieś miesiące i cieszyć się nim dłużej. Wystarczy wyciąć nazwę miesiąca, nakleić i wypełnić cyferki.

Tak wygląda jedna przykładowa strona. Kolorowo, przejrzyście, czysto. Jest miejsce na krótkie notatki.

Autorką ilustracji jest Monika Hanulak, a część dochodu ze sprzedaży kalendarza przeznaczona jest na cele statutowe IBBY, czyli propagowanie czytania wśród dzieci i młodzieży.

Wiara, miłość, śmierć. Kroniki Martina Bauera, P. Gallert & J. Reiter

Initium, 2019

Liczba stron: 414

Tłumaczenie: Anna Bittner

To książka dla tych, którzy mają dość policjantów, detektywów i śledczych z problemami. W powieści niemieckich autorów sprawę podejrzanej śmierci rozwiązuje człowiek prawy, pozbawiony nałogów, z unormowaną sytuacją rodzinną, z zawodu i powołania pastor i cywilny współpracownik policji, Martin Bauer. Jedyne na czym mu zależy to dotarcie do prawdy. Zwłaszcza, że czuje się osobiście odpowiedzialny za tragedię.

Pewnego dnia Martin Bauer udzielił pomocy niedoszłemu samobójcy, stojącemu na moście. Zrobił to w sposób nietypowy. Gdy upewnił się, że desperat z zawodu jest policjantem, sam przekroczył barierkę i pierwszy rzucił się do wody. Uznał, że każdy policjant ma tak silnie zakorzenioną potrzebę udzielania pomocy człowiekowi w tarapatach, że policjant odłoży swoje plany na później (lub w ogóle z nich zrezygnuje), żeby ratować go z nurtu rzeki. I rzeczywiście, sztuczka się udała, obaj mężczyźni bezpiecznie dotarli na brzeg. Niestety, po kilku godzinach policja znajduje zwłoki tego samego policjanta. Werdykt zapada szybko – zabił się sam rzucając z piętrowego parkingu. Martin Bauer nie chce uwierzyć w tę wersję zdarzeń. Wbrew swoim przełożonym w policji drąży w przeszłości policjanta i dowiaduje się o nim rzeczy, które miały nigdy nie ujrzeć światła dziennego.

Śmierć jest tutaj zakończeniem pewnego łańcucha zdarzeń, a także początkiem opowieści o tym, jak stracić twarz i szacunek do samego siebie. To historia o człowieku, który został uwikłany w sprawy, które za bardzo obciążały jego sumienie. W tle przewijają się takie tematy jak handel żywym towarem, nielegalne interesy, powiązanie półświatka z władzami, bunt nastolatków wyrażający się na różne sposoby, niewierność i żądza pieniądza. To również opowieść o dociekaniu prawdy i niezadowalaniu się półprawdami i niedomówieniami. Powieść dynamiczna, dramatyczna, sensacyjna i refleksyjna zarazem.

Postać Bauera nieco mnie drażniła momentami, zwłaszcza, gdy za często cytował fragmenty Biblii, ale cóż, taki zawód dali mu autorzy tej książki. Jednocześnie pastor jest człowiekiem na wskroś nowoczesnym, dobrym mężem, wyrozumiałym ojcem, sprytnym i inteligentnym samozwańczym śledczym, któremu zależy na dobru człowieka. Jestem bardzo ciekawa, co wy myślicie o tej postaci.

Na pewno sięgnę po kolejne części, jeśli się u nas ukażą, a Wam polecam tę książkę. Na pewno nie będziecie zawiedzeni!

Agnieszka Kalus o książkach i czytaniu