Siedem kolorów tęczy, Monika Sawicka

Wydawnictwo Magia Słów

Liczba stron: 458

Okładka książki oraz jej tytuł przyciągają wzrok. Mój przyciągały już od dawna, więc chętnie zgodziłam się zrecenzować tę książkę na prośbę wydawcy. Czego się spodziewałam? Chyba przede wszystkim wciągającej, babskiej, trochę rzewnej historii o miłości. Okładka wszak sugeruje tematy damsko-męskie. Jakoś nigdy nie zajrzałam do książki przeglądając półki w księgarni, więc nie miałam pojęcia, czego oczekiwać.

Pierwsze strony powieści już zasiały we mnie niepokój odnośnie zawartości książki – autorka hojną ręką cytuje Coelho, Whartona, Wiśniewskiego i piosenkę Piaska – a to moje główne wyznaczniki kiczu w literaturze i sztuce. Każdy z wyżej wymienionych panów do perfekcji opanował granie na uczuciach i nadużywanie WIELKICH słów w przyziemnych kontekstach.

Sawicka opowiada historie dwóch kobiet, obie pełne tragedii, śmiechu przez łzy i tak zwanej mądrości życiowej. Oba wątki nie łączą się ze sobą, choć historie w książce opowiadane są równolegle – jedna dotyczy kobiety opuszczonej przez męża po tragicznej śmierci ich młodszego dziecka, druga wakacyjnego romansu, który mógłby przerodzić się w coś więcej, gdyby nie pewne przeszkody. Szczególnie ta pierwsza historia ma duży potencjał, odpowiednio rozwinięta mogłaby stać się poczytną powieścią.

W takiej formie, jak w „Siedmiu kolorach tęczy” traci jednak całą magię. Autorka uwzięła się na cytowanie, przytaczanie, pouczanie – długie fragmenty książki to: wypracowania szkolne prosto z sieci, wykłady o ezoteryce, streszczenia głupawych poradników, cytaty z Coelho, przydługie listy Sobieskiego do Marysieńki, przedrukowany reportaż o tureckich prostytutkach prosto z Wysokich Obcasów (czytałam, jak się tylko ukazał) itp. Jedną trzecią objętości książki zajmują zwycięskie utwory amatorów, którzy nadesłali swoje prace na konkurs. Powieść Sawickiej ma około 300 stron, z czego jakieś 200 to cytaty i streszczenia. Szkoda, że Sawicka zarzuca swoich czytelników inspiracjami, z których sama czerpie, ja wolałabym raczej poczytać, co autorka potrafi sama napisać, bo niewątpliwie ma dobre pomysły na fabułę.

Chemia śmierci, Simon Beckett

Amber, 2006

Liczba stron: 247

David Hunter, antropolog sądowy, szuka ucieczki od swojej tragicznej przeszłości. Wyprowadza się z miasta, zmienia zawód. Los prowadzi go do sennego miasteczka Manham, w którym Hunter dostaje posadę lekarza rodzinnego i skrywając swoje doświadczenie, pracuje ramię w ramię z częściowo sparaliżowanym prowincjonalnym doktorem.

Niestety, los nie jest dla Huntera łaskawy, ponieważ trochę wbrew swojej woli, zostaje zaangażowany przez policję w wyjaśnianie sprawy seryjnego porywacza i mordercy kobiet, którego pierwszą ofiarę znajdują w pobliskim lesie, w stanie daleko posuniętego rozkładu. Hunter jako specjalista od chemii śmierci, czyli skomplikowanych procesów rozkładu tkanki ciała ludzkiego, pomaga w określeniu daty i bezpośredniej przyczyny śmierci kobiety. Mniej więcej w tym samym czasie, Hunter poznaje miejscową nauczycielkę i angażuje się uczuciowo.

Manham jest małą miejscowością i gdy okazuje się, że mordercą prawdopodobnie jest ktoś z miejscowych, mieszkańcy przestają panować nad emocjami. Dochodzi do samosądów, a Manham huczy od plotek. Ich ofiarą pada również Hunter, którego po kilku latach wciąż traktuje się jak obcego. Mieszkańcy podejrzewają, iż ma on coś na sumieniu, ponieważ podejrzanie często odwiedza go policja. Sam Hunter nie dementuje plotek, nie spieszno mu przyznać, że jest doświadczonym antropologiem i dokonuje sekcji zwłok zamordowanych kobiet. Przede wszystkim pragnie spokoju i interesuje go kontynuowanie praktyki wiejskiego lekarza.

„Chemia śmierci” to powieść kryminalna na wysokim poziomie. Przede wszystkim zwraca uwagę język i styl narracji – niespieszny, pełen zadumy i kontemplacji rzeczywistości. Oprócz zajmującego wątku kryminalnego, autor w wiarygodny sposób obrazuje mechanizmy zachodzące w małej społeczności dotkniętej okrutną zbrodnią. Postacie są dość przekonywujące, a samo zakończenie może być zaskoczeniem. Świadomie twierdzę, że tylko „może” być zaskakujące, ponieważ w powieści nie ma zbyt wielu postaci, które mogłyby zostać zakwalifikowane przez czytelnika jako potencjalni mordercy, więc zapewne niektórzy wcześniej wykombinują co i jak. Z całą stanowczością nie mogę się jednak zgodzić z napisami na okładce książki (działają na mnie odpychająco, choć z założenia powinny zachęcać) – nie rozumiem jak ktoś mógłby śmiertelnie przerazić się podczas lektury tej książki. Musiałby bać się większości powieści i filmów kryminalnych. Gruba przesada, naprawdę!