Fotoplastikon, Jacek Dehnel

W.A.B., 2009

Liczba stron: 240

Od dawna pragnęłam zapoznać się z tą książką. Bardzo intrygowały mnie miniatury literackie napisane pod wpływem i na temat konkretnej fotografii. Prawie wszystkie zdjęcia z książki to zdobycze przyniesione przez autora z targów staroci, zakupione na allegro, wygrzebane w antykwariatach. Każda z tych reprodukcji opowiada jakąś historię lub skłania do refleksji. A jak Dehnel potrafi opowiadać, to wszyscy doskonale wiemy.

Sepia i czarno-białe ujęcia przedstawiające urywki codzienności i pozowane zdjęcia w studio fotograficznym i w plenerze, układają się na opowieść o minionych czasach i ludziach. Autor snuje przypuszczenia na temat tego kim byli ci, którzy są na zdjęciach, jak potoczyły się ich losy, dlaczego dali się sfotografować w takiej, a nie innej scenografii, z takimi, a nie innymi rekwizytami. Przy okazji pochyla się nad kondycją człowieczeństwa oraz zmianami jakie przyniosły wydarzenia historyczne w postrzeganiu świata.

Niezwykle ciekawe były dla mnie te fotografie, które zostały podpisane bądź zadedykowane komuś bliskiemu. Kim były osoby, które otrzymały zdjęcie z krótkim liścikiem na rewersie, w jakich okolicznościach zdjęcia te zostały wysłane i w końcu, jaka była reakcja obdarowanych?

To nie jest książka, którą bierze się i czyta od deski do deski. W związku z tym, iż każda reprodukcja dotyczy czego innego i nie ma logicznego ciągu, nie można czytać tych miniatur jak powieści. Ogrom różnych informacji przytłoczyłby czytelnika i w sumie niewiele by zostało po zamknięciu ostatniej strony. To książka, którą trzeba smakować – oglądać, czytać, oglądać, zawiesić wzrok w próżni, pomyśleć, zastanowić się, znowu poczytać. Założyć zakładką, odłożyć na półkę. Przemyśleć jakieś zagadnienie i znowu oglądać i czytać. Wówczas przyjemność obcowania z tą pięknie wydaną książką oraz przemyślenia autora, z którymi można się zgodzić bądź nie zgodzić, zostaną na dłużej.

Lista, J. D. Bujak

Novae Res, 2009

Liczba stron: 258

Co za emocje… Praktycznie od pierwszej do ostatniej strony książki śledzimy dramatyczny wyścig, w którym startują pozornie przypadkowo wybrane ofiary oraz ich nieznany oprawca. Kiedy młody architekt Mateusz Bławat, otrzymuje maila z imieniem i nazwiskiem nieznanej sobie kobiety, nie wie jeszcze, że ta wiadomość odmieni jego życie. Wkrótce bowiem okazuje się, że nazwisko to powtarzane jest w każdym programie informacyjnym – kobieta padła bowiem ofiarą mordercy, a jej zwłoki zostały potwornie okaleczone.

Co w takim przypadku mężczyzna ma począć z kolejną informacją podobnego typu, która trafia bezpośrednio od mordercy do niego? Zwaraca się do swojego przyjaciela policjanta, ale na niewiele się to zdaje, bo giną kolejne osoby. Z zaintrygowanego i lekko oszołomionego, jak sądzi zbiegiem okoliczności, staje się kompletnie przerażony, kiedy okazuje się, że istnieje lista, na której on zajmuje jedną z końcowych pozycji. A morderca skrupulatnie pozbawia życia kolejne osoby zadając im ogromne cierpienia i sięgając do coraz to bardziej okrutnych sposobów uśmiercania.

Wraz z ostatnią na liście Michaliną, która odnajduje go po otrzymaniu od mordercy kompletnego spisu ofiar, Mateusz rusza w drogę, by uciec przed swoim przeznaczeniem, oszukać mordercę, a w ostateczności odszukać go i spróbować pokrzyżować jego plany.

Nie radzę zaczynać czytania wieczorem. Gwarantuję nieprzespaną noc i wiele emocji. Książka to tak zwany „page turner”, mimo tego, że akcja posuwa się w zawrotnym tempie, czytelnik wciąż chce szybciej poznać kolejne wydarzenia. I tak jak bohaterowie krążą po Polsce pozostając ciągle w ruchu, tak czytelnik nie umie przestać śledzić ich losów i odkrywać kolejnych kart opisywanej historii. Bardzo relaksujący, wciągający kryminał w nowoczesnym stylu.

Ręka, której nie kąsasz, Ornela Vorpsi

Wydawnictwo Czarne, 2009

Liczba stron: 86

Ornela Vorpsi pochodzi z Albanii. Opuściła swój kraj, by osiedlić się na Zachodzie. Mini powieść, o której chcę napisać, dotyczy problemu emigracji oraz poczucia winy wobec rodaków, którym inaczej ułożyło się w życiu.

Bohaterka książki mieszkająca od lat w Paryżu, wyrusza w podróż na Bałkany. Nie jest to wycieczka turystyczna lecz próba pomocy pogrążonemu w depresji przyjacielowi z Sarajewa. Jednak fizyczna, kulturowa i historyczna bliskość Albanii skłaniają powieściowe alter ego autorki do refleksji nad życiem w kraju, którego historia ściśle związana jest z ubóstwem i reżimem. Odsuwane wcześniej wspomnienia o Albanii powracają, obrazy Sarajewa i Tirany nakładają się na siebie tworząc mozaikę ułożoną z refleksów przeszłości.

Autorka kolekcjonuje zasłyszane i zaobserwowane historie Albańczyków na emigracji oraz tych, którzy za granicę chcieliby wyjechać. Z kart książki wyłania się obraz państwa biednego, smutnego, odciętego od radości i beztroski świata zachodu.

Sama bohaterka mimo lat spędzonych w Paryżu i Mediolanie wciąż odczuwa dług, zakłopotanie, zażenowanie w stosunku do tych, którzy zostali w Albanii. Chwilami odnosi się wrażenie, że uwiera ją to, kim jest, co osiągnęła, ile posiada. Książka to świadectwo tego, że emigracja zazwyczaj nie oznacza przecięcia pępowiny z krajem, z którego się wyjechało. Wręcz przeciwnie, okazuje się, że perspektywa wyostrza spojrzenie, budzi do życia pokłady uczuć o szerokim spektrum – od żalu za tym, co utracone, do radości, że to, co złe już minęło.

Bękart ze Stambułu, Elif Safak

Wydawnictwo Literackie, 2010

Liczba stron: 449

To moje pierwsze spotkanie z prozą Elif Safak. Okazało się być bardzo udane, więc na pewno nie jest ostatnim. Książka oprócz tego, że jak to powieść zabrała mnie w inny lepszy świat, w którym egzotyka miesza się z nowoczesnością, to jeszcze otworzyła oczy na konflikt ormiańsko-turecki, o którym nie miałam dotychczas pojęcia.

Są dwie rodziny. Jedna z nich mieszka w Stambule. To dziwna rodzina, bo wszyscy mężczyźni zginęli, umarli, a ostatni z rodu Mustafa wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Pod jednym dachem mieszkają cztery pokolenia kobiet: prababcia zwana Mateńką, babcia, jej cztery córki oraz wnuczka – tytułowy bękart. Ojciec dziewiętnastoletniej Asyi jest nikomu nieznany, a jej matka, ekscentryczna i piękna kobieta wciąż nie chce nikomu wyjawić kim jest ten mężczyzna. Dom tętni życiem, bo każda z kobiet ma inne zainteresowania, osobowość i temperament. Wspólne posiłki to czas przekomarzań, ponieważ mimo różnic wszystkie mają w sobie dużo ciepła i są niezwykle ze sobą zżyte. To dom pełen miłości, tajemnic, pachnący egzotycznymi potrawami.

Druga rodzina mieszka w Arizonie. Rose i jej córeczka Armanusz z pierwszego małżeństwa z Ormianinem szczęśliwie żyją u boku Mustafy – Turka ze Stambułu. Armanusz utrzymuje zażyłe i ciepłe stosunki ze swoją ormiańską rodziną ze strony ojca. Dodatkowo próbuje wrócić do swoich korzeni, poznać historię rodziny i dzieje Ormian wygnanych z ziemi tureckiej na początku dwudziestego wieku. Jej przewodnikami są poznani na forum internetowym amerykańscy Ormianie – zaciekli w swojej nienawiści do Turków. By skonfrontować wiedzę o złych Turkach zaczerpniętą z sieci oraz tę wyniesioną z domu, w którym Mustafa reprezentuje tę narodowość i w żaden sposób nie przystaje do obrazu okrutnego, bezdusznego Turka, Armanusz postanawia w tajemnicy przed wszystkimi odwiedzić rodzinę ojczyma w Stambule. Trafia pod dach domu zamieszkałego przez siedem malowniczych kobiet…

Współczesność i historia wzajemnie przeplatają się w tej powieści. Koegzystują obok siebie zgodnie, godnie i harmonijnie przenikając się nawzajem na podobieństwo miasta, w którym toczy się ta historia. Stambuł bowiem to miejsce gdzie w otoczeniu zabytkowych budowli żyją nowocześni ludzie, kosmopolici i tradycjonaliści, Turcy i Ormianie, Żydzi, muzułmanie, katolicy. Fabuła powieści oraz rys historyczny wciągają w atmosferę tego miasta, problemów jego mieszkańców, egzotykę ulicy, zapachy potraw. Realizm zmieszany ze szczyptą magii utkały opowieść, którą chce się smakować, która sprawnie wiedzie czytelnika ku zaskakującemu rozwiązaniu, która otwiera oczy na problemy oraz pokazuje nowoczesność Turcji.

Kawa u Doroty, Wojciech Chmielewski

Czytelnik, 2010

Liczba stron: 199

Bezimienny artysta malarz sięga pamięcią do minionych dni, dokonując rozliczenia ze swoim życiem i szukając przyczyn marazmu, w jakim obecnie się znajduje. Wraca pamięcią do sielskiego dzieciństwa na wsi gdzieś na południu Polski, kiedy to jedynym zmartwieniem chłopca było szukanie odpowiednich plenerów malarskich. Pod skrzydłami opiekuńczej babci i rodziców mógł rozwijać swój talent i osobowość. Przeprowadzka do dużego miasta kładzie kres beztrosce – chłopiec musi stawić czoła nowym znajomościom, a przede wszystkim rozkładowi swojej rodziny. Matka nie umie dostosować się do życia w mieście, ojciec na swój sposób próbuje sprostać odpowiedzialności za rodzinę, pogrążając się coraz bardziej w pijaństwie.

Szczęśliwie rodzice świadomi są talentu syna i wspierają jego rozwój posyłając go na zajęcia plastyczne, które rozwijają go nie tylko jako artystę, lecz także jako świadomego człowieka. Okres liceum to także pierwsze miłości i zauroczenia płcią przeciwną. Czytając miałam wrażenie, że bohater wciąż nie może odżałować zagubionych przyjaźni i straconych szans.

Równolegle poznajemy bohatera i jego własną rodzinę w składzie: dwie małe córeczki i żona artystka, podobnie jak on w stanie zawieszenia, widzianego oczami starzejącej się sąsiadki. Nieznana jest przyczyna zainteresowania kobiety tą właśnie rodziną i tym człowiekiem. Pisanie o nim w formie dziennika nosi ślady obsesji. Do czego to doprowadzi? Nie zdradzę, by nie odsłaniać wszystkich kart powieści.

Książkę dobrze się czyta. Autor ma klarowny styl, powieść nie jest przeintelektualizowana, choć opowiada o artyście. Chmielewski potrafi opowiadać, trzyma poziom i koncentruje uwagę czytelnika. Rozczarowało mnie jednak to, jak powieść się kończy, ponieważ większość poruszonych w niej problemów pozostaje bez puenty, nie zostaje zamknięta, nie ma gotowych rozwiązań. Ja wiem, że życie z reguły nie ma puenty, ale właśnie po to czytam książki, by w chaosie zobaczyć jakieś rozwiązania.