Oryginał Laury, Vladimir Nabokov

Muza S.A. 2010

Liczba stron: 286

Trudno „Oryginał Laury” nazywać powieścią. Powiem więcej, trudno nawet nazwać to szkicem powieści. Nabokov pozostawił zbiór fiszek, na których wypróbowywał pomysły na powieść, pisał jej fragmenty, przedstawiał postaci. Powieść żyła głównie w jego umyśle, na kartkach nie ma zbyt wiele punktów zaczepienia. Mogą one jednak służyć badaczom literatury i znawcom Nabokova jako przedmiot badań dotyczących procesu twórczego. Ja czerpałam niemałą przyjemność obcując ze słowami, zdaniami, fragmentami napisanymi odręcznie przez autora. Cieszyłam się, że mogę smakować jego wyszukanej i dogłębnie przemyślanej konstrukcji zdań.

O czym miała być ta książka? O Florze, niezbyt wiernej, ale pięknej kobiecie, małżonce Philipa, który postanawia popełnić samobójstwo poprzez mentalne samounicestwienie – przygotowania do tego aktu pochłaniają sporo energii i czasu. Flora natomiast przedstawiona jest jako pozbawiona ciepłych uczuć małżeńskich, elegancka kobieta, wyzwolona seksualnie, zainteresowana głównie sobą. W ostatnich scenach Flora kupuje książkę pt: Moja Laura, w której opisane jest jej życie oraz śmierć. Motyw śmierci tak obecny w całej powieści ma także swoje odzwierciedlenie w podtytule, który brzmi: „Umieranie to świetna zabawa”.

Jeśli chodzi o polskie wydanie tej książki to mam problem, bo z jednej strony czytanie tak pięknie wydanego tomu, o grubych kartkach, z przedrukami oryginalnych fiszek i zakładką, sprawia estetyczną przyjemność, z drugiej jednak strony, odnosi się wrażenie, że nastąpił przerost formy nad treścią. Gdy do tego dołożyć cenę, która zwala z nóg…

Jako miłośniczka Nabokova przeczytałam „Oryginał Laury” z uwagą, poświęcając tyle samo czasu wersji angielskiej jak i polskiej. Zrozumiem jednak rozczarowanie tych, którzy na książkę natknęli się przypadkiem i zaczęli poznawanie autora od tej właśnie pozycji. Oceny nie przyznaję, bo nie wiem czy mam oceniać wydawcę, czy autora, który przecież chciał by ten niedokończony rękopis został po jego śmierci zniszczony.

Aga czyta kryminały nie od dziś

Do trwającego od prawie miesiąca osobistego projektu „Aga czyta komiksy” oficjalnie dołącza kolejny: „Aga na tropie”.

Nie trzeba detektywa, by skojarzyć, że taka ogromna lupa to nie tylko idealne narzędzie do tropienia zbrodniarzy, można z jej pomocą namierzać także wartościowe książki. Stąd też pomysł, by Aga poczytała powieści kryminalne, do których od lat pacholecych ma niezmienną słabość, i które przecież i tak wciąż czyta. Czyta i trochę się tego wstydzi, bo literatura tego typu postrzegana jest powszechnie jako produkt kategorii B. Teraz jednak Aga podnosi głowę i kryminały czyta dumnie i otwarcie. „Aga na tropie” to mój osobisty projekt: zamierzam wytrwale tropić, osaczać, czytać i opisywać dobre powieści kryminalne, detektywistyczne, sensacyjne.

Jeśli chodzi o listę i plany to na razie na pewno mam ochotę przeczytać:

Godzina detektywów – Jurgen Thorwald

Mariusz Czubaj – Etnolog w Mieście Grzechu

Z zimną krwią – Truman Capote

Podejrzenia pana Whichera – Kate Summerscale

Zaułek diabła – Andrew Taylor

powieści Fitzka, Camilli Lackberg, Jana Seghersa, Kangera i Lisy Marklund.

Macie jeszcze jakieś pomysły?

W ogrodzie pamięci, Joanna Olczak-Ronikier

Znak, 2002

Liczba stron: 344

Jaki jest przepis na ciekawą, poruszającą i pozostającą w pamięci książkę biograficzną dotyczącą losów rodziny? Czym musi charakteryzować się taka biografia, by podbić serca czytelników i kapituły nagrody Nike (Nike 2002)? Autorka „W ogrodzie pamięci” świadomie bądź nieświadomie dotarła do odpowiedzi na te pytania tworząc literaturę najwyższej próby, napisaną pięknym językiem, zajmującą od pierwszej do ostatniej strony, pozostawiającą po sobie ślad w pamięci czytelnika oraz niedosyt, gdy odwraca się ostatnią stronę. Wydaje się, że Joanna Olczak-Ronikier, córka pisarki, wnuczka tłumaczki oraz słynnego wydawcy książek, nie mogła pójść inną drogą, niż drogą pisarstwa. Od dziecka uczona miłości do książek i słowa pisanego, do chrztu trzymana przez Annę Żeromską i Leopolda Staffa, wzrastająca wśród najwybitniejszych pisarzy dwudziestolecia międzywojennego – została pisarką, kronikarką rodzinną, uwieczniającą niebanalne losy swoich bliskich.

„W ogrodzie pamięci” opisuje losy rodziny autorki obejmując swoim rozmachem okres począwszy od mniej więcej lat osiemdziesiątych XIX wieku aż do czasów po drugiej wojnie światowej. Olczak-Ronikier prześledziła dzieje swoich krewnych, z którymi dawno już rozeszły się jej drogi, na podstawie opowieści żyjących, zachowanych dokumentów, własnych wspomnień. Największą trudnością było dla niej przyznanie się do faktu, iż opisywane rody Horwitzów oraz Mortkowiczów mają korzenie żydowskie, tak skrupulatnie ukrywane podczas okupacji niemieckiej. Tym bardziej, iż rodziny te całkowicie zasymilowały się długo przed wybuchem wojny, krzewiły kulturę polską, wychowywały dzieci w duchu patriotyzmu i poszanowaniu polskiego dziedzictwa narodowego.

Autorka ujawniając dokumenty traktowane przez nią jako wstydliwe przyznanie się do wyznania Mojżeszowego pisze:

„Jakbym się włamywała do cudzej zamkniętej szuflady. Ale usiłuję tylko zbliżyć się do prawdy o nich. A prawda o ludziach składa się i ze świateł, i z cieni. Próbuję dotrzeć także do prawdy o sobie. Wydaje mi się, że przełamując niechęć do cytowania owych dokumentów, przełamuję strach własny i odziedziczony. W czasie wojny te wypisy z aktów stanu cywilnego oznaczały przecież wyrok śmierci.”

Historie snute na kartach książki dotyczą spraw wielkich i tych małych. Najwięcej miejsca poświęca się rodzeństwu babki autorki. Dziewięcioro Horwitzów podzieliło bardzo różne losy, nieobce im było zaangażowanie polityczne, zesłania na Sybir, więzienie na Pawiaku, nieślubne dziecko, śmierć samobójcza, ukrywanie się przed zaborcą rosyjskim oraz okupantem niemieckim. Na kartach książki także dobitnie widać wielką miłość i szacunek między rodzeństwem, rodzinny i ciepły, choć nie zawsze dostatni dom, w jakim wzrastali, oddawanie się naukowym pasjom, hart ducha, błysk i blichtr szalonych lat dwudziestych.

Autorka w taki sposób podsumowuje zmienne losy rodziny:

„Świadomość, że tragizm i komizm są nieodłącznymi składnikami życia, że nie wykluczają się wzajemnie, przeciwnie – stanowią awers i rewers tej samej rzeczywistości, wiara, że poprzez śmiech można oswoić strach, zachować godność, mieć poczucie zwycięstwa nad Losem, wydają mi się bardzo pożyteczne.”

A mnie co tak zachwyciło w tej osobistej bądź co bądź książce? Przede wszystkim sposób w jaki autorka opowiada, jak zgrabnie łączy wątki, jak cudownie popycha do przodu losy tak wielu osób, że by nie zagubić żadnej ludzkiej historii. Przy tym czytelnik wciąż wie, w którym znajduje się miejscu i mimo tego że opisywana rodzina jest naprawdę duża, ani przez chwilę nie schodzi z głównego traktu. Ponadto warto zwrócić uwagę na poetycki, subtelny, nieprzekombinowany język, w jakim napisana jest ta książka. To bardzo intymna i osobista opowieść, nic więc dziwnego, że czytając ją kilkakrotnie odniosłam wrażenie, że właśnie siedzę z autorką przy jednym stoliku, ona pokazuje mi rodzinne fotografie i ściszonym głosem opowiada o postaciach na zdjęciach. Skoro już wspomniałam o zdjęciach to napiszę, że w tomie jest sporo reprodukcji z rodzinnych zbiorów autorki, niektóre z nich są niezwykłe, bo wystarczy spojrzeć, by przenieść się na chwilę do przedwojennej Polski- przede wszystkim urzekła mnie fotografia reprodukowana na okładce.

Podczas lektury tej książki zastanawiałam się co sprawia, że coraz chętniej sięgam po książki biograficzne. Wydaje mi się, że powodów może być kilka, ale chyba najważniejszym jest to, że w tego typu literaturze jak na dłoni widać zmienność fortuny – wydarzenia pomyślne i niepomyślne splatają się ze sobą, następują jedne po drugich. Nie trzeba długo czekać, by zobaczyć w jaki sposób odmieniły się losy postaci, o której czytam. W normalnym życiu potrzeba czasu na to, by złe zmieniło się w dobre i aby wytrwać potrzeba mieć sporo cierpliwości i wiary w lepsze dni. Tej wiary uczą mnie takie książki, za to jestem im niezmiernie wdzięczna.

Kurczak ze śliwkami, Marjane Satrapi

Wydawnictwo POST, 2006

Liczba stron: 86

Bohaterem tego komiksu jest Nasser Ali – wybitny muzyk, mistrz gry na instrumencie zwanym tarem. Nasser jest mężem i ojcem trójki dzieci, jednak jego więzi z rodziną są, oględnie mówiąc, nie najlepsze. Kiedy jego tar ulega zniszczeniu mężczyzna poświęca wiele czasu i wkłada mnóstwo wysiłku w znalezienie instrumentu podobnej klasy. Jednakże, gdy to okazuje się niemożliwe, Nasser Ali pozbawiony największej życiowej przyjemności traci sens życia. Postanawia położyć się do łóżka i umrzeć. Podczas kilkudniowego oczekiwania na śmierć, Nasser przypomina sobie rozmaite sceny ze swojego życia, odwiedzają go też najbliżsi – brat, żona, dzieci. Nic i nikt nie jest w stanie wpłynąć na decyzję artysty.

Satrapi znana z autobiograficznej opowieści o życiu w Iranie pt: „Persepolis”, tym razem porusza temat utraty sensu życia, poddania się i rezygnacji. Zniszczenie instrumentu to kropla, która przepełnia puchar goryczy, jaki nosi w sobie bohater tego komiksu. Podjęcie decyzji o całkowitym wycofaniu się z życia nie jest jedynie aktem wołania o pomoc, to decyzja wynikająca z wielu przesłanek, przede wszystkim jednak związana jest z rozczarowaniem jakiego doznał bohater na wielu płaszczyznach życia. Brak celu, sensu, a przede wszystkim radości czerpanej z codzienności, a także brak nadziei na poprawę losu są doznaniami bolesnymi. Autorka komiksu w oszczędnej formie pokazuje ludzkie dramaty i głównie dzięki tej zwięzłości przekazu jest on bardzo zapadający w pamięć.

Sztuka grzechu, Arni Thorarinsson

Wydawnictwo Cat Book, 2009

Liczba stron: 385

Skandynawski kryminał? Nawet raz się nie zastanawiam zanim sięgam po książkę w bibliotece. Że islandzki – to jeszcze lepiej. Że śledztwo dziennikarskie – dobrze się kojarzy z trylogią Larssona. Przynoszę książkę do domu i zagłębiam się w zagadkę.

Einar zostaje oddelegowany na północ Islandii by w jednym z prowincjonalnych miast założyć redakcję gazety, w której pracuje. Niemal natychmiast staje się świadkiem podejrzanych wydarzeń. Podczas imprezy integracyjnej jednej z prężnych firm, do wody wpada kobieta. Jest ona żoną szefa, a na skutek wypadku odnosi śmiertelne obrażenia i umiera. Jej matka, niezwykle bystra kobieta mieszkająca w domu starców, nie wierzy w wypadek, podejrzewa męża swojej córki o przyczynienie się do jej śmierci. Stara się zainteresować Einara tą sprawą.

Dodatkowo bez śladu ginie młody człowiek, główny aktor przedstawienia, którego premiera ma się odbyć na dniach. Skarphedin jest niezwykle popularny i lubiany. To typ ekstrowertyka, uzdolniony, zawsze w centrum uwagi, z mnóstwem pomysłów. Jego zaginięcie wydaje się być poważną sprawą. Policja prowadzi poszukiwania, a Einar na własną rękę próbuje prześledzić ostatnie godziny przed zaginięciem Skarphedina.

Oprócz przeplatających się wzajemnie zagadek kryminalnych, książka pokazuje typowe dla Islandii problemy związane z przestępczością narkotykową i konfliktami na tle różnic między ludnością napływową a lokalną. Autor ma lekkie pióro, pisze w sposób dowcipny (nawet kilka razy zaśmiałam się w głos, co nieczęsto się zdarza). Jednak co mnie trochę studziło podczas lektury, to fakt, iż żaden z wątków nie wyszedł na prowadzenie. Wszystkie wątki poruszone w książce są prowadzone na podobnych zasadach, w związku z tym, afera kryminalna zostaje trochę rozmyta. Mimo tego nie żałuję czasu poświęconego tej powieści.