Nowy Jork. Życie w wielkim mieście, Will Eisner

Egmont Polska, 2008

Liczba stron: 439

Bardzo podobała mi się „Umowa z Bogiem” Eisnera. „Nowy Jork” jest jeszcze lepszy. W kilku nowelach oraz krótkich etiudach autor pokazuje wszystko to, czym charakteryzuje się życie w mieście. Bohaterami poszczególnych plansz są nie tylko ludzie, ale przede wszystkim zjawiska zachodzące w każdej metropolii, elementy miejskiego krajobrazu takie jak hydrant czy skrzynka pocztowa oraz ludzie zamieszkujący zurbanizowaną przestrzeń.

W części poświęconej zjawiskom znajdują się niesamowite fragmenty poświęcone czasowi (a raczej jego ulotności), hałasowi, zapachom, przestrzeni, anonimowości. Każde z tych pojęć zilustrowane zostało na wiele sposobów, pod wieloma kątami i ukazując różne aspekty i sposoby postrzegania rzeczywistości.

Historie ludzi, których sportretował Eisner, poruszają mimo pozornej skrótowości. Bo czym może skończyć się dla człowieka pomyłka w dziale nekrologów w lokalnej gazecie? Jak można i czy w ogóle można udowodnić zabieganym ludziom miasta, że jeszcze się nie umarło? Jakie dramaty ludzkie wiążą się z budową nowoczesnego budynku i dlaczego przed witryną frontową zebrały się duchy czterech zmarłych osób?

Eisner posiada niezrównany talent obserwacji oraz niezwykłą wrażliwość na detale i niuanse. Rysownik ukrywający twarz jest również jednym z bohaterów tego komiksu, widzimy go jako wysokiego mężczyznę w płaszczu, który stoi z boku różnych wydarzeń z nieodłącznym szkicownikiem w ręce. Czytając i oglądając poszczególne plansze czuje się właśnie ten rytm miasta, widzi i słyszy pędzących we wszystkie strony ludzi. Czytelnik staje się jednym z nich, nie obserwatorem lecz uczestnikiem wydarzeń. Mnie największą przyjemność sprawiało oglądanie plansz związanych z jakimś wybranym miejscem – normalnie człowiek nie zdaje sobie sprawy, że na przykład zwykła skrzynka pocztowa, może być tłem tak wielu zdarzeń – tych dramatycznych i tych radosnych.

Polecam, polecam polecam!

Prawdziwy świat, Natsuo Kirino

Sonia Draga, 2010

Liczba stron: 295

Nastolatek z zimną krwią zabija swoją matkę. Następnie kradnie telefon i rower swojej rówieśniczce mieszkającej w budynku obok i ukrywa się na przedmieściach Tokyo. Mimo tego, że wcześniej nie utrzymywał żadnych kontaktów z mieszkającą po sąsiedzku dziewczyną, postanawia nawiązać z nią kontakt telefoniczny, co więcej, dzwoni również do jej trzech przyjaciółek, których numery znajduje w książce telefonicznej skradzionej komórki.

Wszystkie cztery dziewczyny dają się łatwo wciągnąć w tę grę. Znudzone upalnym tokijskim latem, wygłupione przez wyścig szczurów, w którym od dziecka biorą udział, by dostać się do jak najlepszej szkoły i wybrane studia, dziewczyny chętnie godzą się pomagać zbiegowi. Nie uświadamiają sobie konsekwencji swoich uczynków, tak jak nie dociera do ich ograniczonych umysłów zgroza popełnionego morderstwa. Ucieczkę chłopca nazwanego Glistą oraz swój współudział traktują jak ekscytującą przygodę. Nie wiedzą jednak jak bardzo wpłynie ona na ich życie.

Ta niedługa historia ze smutnym morałem znacznie odbiega nastrojem i napięciem od uprzednio czytanej przeze mnie powieści Natsuo Kirino pt: „Ostateczne wyjście”. Brak tu tak mocno zaznaczonej w starszej powieści atmosfery grozy, przerażenia i eskalacji suspensu. Co jednak łączy obie książki to ciekawe zgłębianie ciemnych stron duszy i umysłu ludzkiego. Kirino koncentruje się na pokazywaniu czynów oraz ich motywacji skrywanych przez bohaterów w głębi umysłu. Wskazuje na najbardziej nieprawdopodobne i trywialne motywy popełniania zbrodni. Według autorki pozornie nieważne rzeczy, które urastają w głowie bohaterów do rangi nierozwiązywalnych kwestii stają się powodem okrutnych przestępstw oraz nieprzemyślanych czynów. Proza Natsuo Kirino jest ciężka w odbiorze – nie za sprawą skomplikowanej narracji, lecz przez dobór tematów i sposób ich przedstawienia.

Klub Matek Swatek, Ewa Stec

Wydawnictwo Otwarte, 2010

Liczba stron: 394

Czym zajmuje się Klub Matek Swatek? Jak wskazuje nazwa zajmuje się swataniem, robi to profesjonalnie i dyskretnie, tak, aby osoba swatana nie zorientowała się, że to nie los podsyła jej idealnego kandydata lub kandydatkę na partnera życiowego. Klub prowadzą trzy przyjaciółki, którym pomysł na otwarcie firmy podsunęło samo życie – każda z pań musiała pomóc znaleźć męża lub żonę swojemu potomstwu lub dziecku przyjaciółki.

Pewnego dnia panie postanawiają wziąć w swoje ręce los Ani, trzydziestoletniej nauczycielki, córki Beaty. Ania właśnie kupiła swoje pierwsze mieszkanie i wyprowadziła się z rodzinnego domu, wzbudzając w Beacie pokłady kumulowanych od dawna uczuć – od poczucia winny aż po rozdzierającą serce troskę o przyszłość jedynej córki. Postanawiają więc wtajemniczyć Beatę w arkana swojego fachu i wytypować dla Ani odpowiednich kandydatów. Jednak los płata przedsiębiorczym paniom figla, ponieważ na horyzoncie dobrowolnie pojawiają się dwaj przystojni i szarmanccy mężczyźni – Wiktor i Marek. Wiktor remontuje mieszkanie Ani, a Marek jest wnukiem starszej sąsiadki. Obaj panowie próbują zdobyć serce dziewczyny.

Podboje sercowe nie stanowią jednak głównego wątku powieści. Główne skrzypce gra w niej wątek kryminalny – Wiktor twierdzi, iż jest tajnym agentem policji, a remont mieszkania Ani jest tylko kamuflażem dla jego prawdziwego zadania – obserwacji mieszkania, które wcześniej służyło za dziuplę dla największego gangstera. Powodowane menopauzalnym niepokojem Matki Swatki niejedno skomplikują, namieszają, zepsują zanim sprawa do końca się wyjaśni i znajdzie swój finał na … cmentarzu.

I choć nieczęsto czytam tego typu powieści, „Klub Matek Swatek” dostarczył mi mnóstwo przyjemności, kilka razy rozśmieszył tak, że domownicy doświadczyli mojej radości z lektury, przede wszystkim jednak osłodził mi trudne dni powakacyjnego powrotu do pracy. Polecam książkę jako osłodę na słotne dni i chwilę oderwania od codzienności. Dialogi prowadzone przez przyjaciółki oraz prawdziwe perełki w postaci kwestii wypowiadanych przez babcię Ani rozchmurzą nawet najbardziej ponurych. Proza Ewy Stec powinna zostać wciągnięta na listę refundowanych leków przeciw depresji.

Phenian, Guy Delisle

Kultura Gniewu, 2006

Liczba stron: 176

Kolejny komiks autorstwa Guya Delisle opowiada o Korei Północnej. Autor spisał i zilustrował swoje wspomnienia z dwumiesięcznego pobytu w Phenianie, podczas którego pracował nad animacjami do filmu rysunkowego dla dzieci. Jako przybysz spoza komunistycznej kurtyny nie mógł poruszać się samodzielnie po mieście. Za opiekunów miał dwóch towarzyszy: przewodnika i tłumacza, którzy dbali, by obejrzał te zabytki, budowle, muzea i miejsca, które przewiduje oficjalny protokół, ale przede wszystkim, by nie zapuszczał się w miejsca, których widok nie jest przeznaczony dla zagranicznych turystów.

Co przede wszystkim porusza w opisie Korei to fakt, iż propaganda sukcesu i gigantomania w budownictwie nie idą w parze z potrzebami społeczeństwa. Ogromne hotele świecą pustkami, co więcej, na większości pięter nie ma elektryczności, kompleks kinowy działa raz na dwa lata, gdy Korea gości festiwal filmowy, a miasto obfituje w ogromne budowle, które albo nie są dokończone, albo nie służą żadnemu celowi.

Powaga z jaką Koreańczycy traktują swojego wodza oraz trudne do zliczenia przejawy kultu zdumiewają Delisla. Podobizny wodza oraz jego syna każdy mieszkaniec nosi wpięte w ubranie, na ścianach instytucji i w miejscach publicznych wiszą niezliczone portrety, a nad miastem górują pomniki Kim Ir Sena. Zastanawiające dla autora komiksu jest jedno – czy Koreańczycy są naprawdę tak naiwni, by wierzyć w propagandę państwową, czy tak zniewoleni, że kontrolują swoje zachowanie w stu procentach?

Podróżowanie z Delislem na krańce świata to prawdziwa przyjemność, tym bardziej, że to nie ja, tylko sam autor przykleja się do niemiłosiernie brudnego stolika w koreańskiej restauracji. Podziwiam zmysł obserwacji, dowcip i przenikliwość autora. Coraz bardziej też lubię charakterystyczne rysunki. Polecam lekturę „Phenianu” oraz „Kronik birmańskich.

Oczyszczenie, Sofi Oksanen

Świat Książki, 2010

Liczba stron: 335

Po kilku recenzjach, które miałam okazję przeczytać wiedziałam już, że koniecznie powinnam sięgnąć po tę książkę. Z jednej strony przerażało mnie to, że książka jest smutna i przygnębiająca, z drugiej strony, nie mogłam oprzeć się pokusie , by sprawdzić czy naprawdę ta lektura tak na mnie wpłynie.

Akcja rozgrywa się w Estonii, tej współczesnej oraz na przestrzeni dwudziestego wieku. Dwie siostry mieszkają na wsi w Estonii przed zagarnięciem kraju przez Rosjan. Ich drogi jednak się rozchodzą. Na gospodarstwie pozostaje Aliide. Obecnie jest starą kobietą, doświadczoną przez życie, wysmaganą przez niedole i dramaty życiowe, jakie przyszło jej znosić. Jest bardzo ostrożna, lęka się napaści, pożaru, złych ludzi, którzy rzeczywiście prześladują ją na jej posesji. Czym zasłużyła sobie na taką nienawiść?

Pewnego ranka znajduje na swoim podwórku młodą kobietę, Rosjankę, w poszarpanym ubraniu, w stanie skrajnego wyczerpania, zalęknioną, przerażoną, zagubioną. Aliide po długim wahaniu postanawia pomóc dziewczynie, która twierdzi, że uciekła od swojego okrutnego męża, który na pewno już jej szuka. Z jednej strony dziewczyna nie chce narażać staruszki na niebezpieczeństwo, z drugiej, znajduje się w sytuacji bez wyjścia, bo nie ma ani pieniędzy, ani paszportu, by wydostać się z Estonii. Czy drogi tych dwóch kobiet skrzyżowały się przypadkiem? Czy pokierował nimi los, czy zgrabnie uknuta intryga? Nie zdradzę, by nikomu nie zabierać przyjemności odkrywania kolejnych wątków ukrytych na kartach powieści.

Książka rzeczywiście głęboko porusza. Przede wszystkim dlatego, że pokazuje jak można złamać kobietę, i że mężczyźni na przestrzeni wieków posługują się podobnymi metodami, by zawładnąć umysłem i ciałem kobiet. Pokazuje także skomplikowane relacje rodzinne. Skomplikowane przez ludzkie uczucia i niskie instynkty kierujące ich postępowaniem, ale także przez zawirowania polityczne jakim poddana była Estonia. Jakie tajemnice skrywa Aliide? Kim jest młoda Rosjanka? Czy oczyszczenie sumienia i odkupienie win jest możliwe? Te pytania pozostawiam przyszłym czytelnikom tej książki. Bo, chyba nie ma wątpliwości, że warto ją przeczytać.