Światowa metropolia. Życie codzienne w osiemnastowiecznym Londynie, Piotr Napierała

Novae Res, 2010

Liczba stron: 171

Niezbyt obszerne, ale ciekawe kompendium wiedzy o osiemnastowiecznym Londynie zadowoli wszystkich tych, którzy fascynują się historią Anglii, a także tych, którzy kraj ten znają z powieści Jane Austen czy sióstr Bronte. Autor podzielił książkę na kilka rozdziałów opisujących, między innymi: politykę, tło historyczne, wydarzenia kulturalne, postrzeganie obcokrajowców przez Anglików i vice versa, rolę kobiet, fenomen popularności Hendla. Rozdziały ilustrowane są adekwatnymi fotografiami związanymi tematycznie z zagadnieniem aktualnie omawianym przez autora. Całość napisana jest przystępnym językiem i nie przytłacza nadmiarem informacji, zagęszczeniem faktów historycznych czy hermetycznością języka.

Autor koncentruje się na dzielnicach zamieszkałych przez klasy średnie i arystokrację, niewiele informacji dotyczy biedoty. Londyn w ówczesnych czasach był przecież miastem potężnym – kilkakrotnie większym od Paryża, Wiednia, Madrytu, zatem przyciągał także tych mniej zamożnych. Osiemnasty wiek miał ujemny bilans narodzin w stosunku do zgonów, a pogrzeby były tak powszechne, iż często stawały się okazją do spotkań towarzyskich zakrapianych alkoholem i wieńczonych tańcami.

Zaskoczyły mnie informacje o elegancji mieszkańców Londynu. W XVIII wieku na londyńskich ulicach trudno czasem było odróżnić służącą od pani domu – stroje mniej zamożnych pań i panów były bowiem o wiele bardziej eleganckie niż w pozostałych europejskich stolicach. Zadziwiająca była też otwarta wrogość Anglików w stosunku do Francuzów – przedstawiciele tej narodowości wyszydzani byli w prasie (liczne karykatury), na ulicy niejednokrotnie spotykali się z szykanami, wyzwiskami pod swoim adresem, a także stawali się ofiarami rękoczynów.

Książka pod względem merytorycznym bardzo mi się podobała, nieustannie narzekałam jednak na pracę korektorki – znaczna liczba angielskich terminów wydrukowana została z błędami ortograficznymi. Błędy ortograficzne zdarzają się też w wyrazach polskich, co w wydawnictwie naukowym tej klasy nie powinno mieć miejsca.

Klara, Iza Kuna

Świat Książki, 2010

Liczba stron: 296

Czy z dobrej aktorki może być dobra pisarka? Czy jej powieść zabierze mnie w nieodkryte dotąd rewiry? Czy pokaże mi rzeczywistość z innego punktu widzenia? Takie pytania zadawałam sobie przed przystąpieniem do lektury „Klary”. Już mniej więcej w połowie książki wiedziałam, że odpowiedź na postawione wcześniej pytania brzmi NIE. Z poczucia odpowiedzialności za swoje słowa doczytałam książkę do końca.

Klara, Wronka i Piotr to troje życiowych rozbitków, którzy oprócz siebie liczyć mogą jeszcze tylko na whiskey, dżin i koniak. Mimo prawie czterdziestki na karku zachowują się w sposób skandalicznie i żałośnie histeryczny. Klara nie przestaje płakać przez całe trzysta stron i łapać się przy tym za brzuch. Powodem do płaczu nieodmiennie jest jej kochanek Aleks, który od lat nie potrafi odejść od żony i nieustannie miota się pomiędzy miłością do Klary a poczuciem obowiązku wobec żony i dzieci. Wronka, najbliższa przyjaciółka Klary, wciąż zakochuje się w kim innym, zawsze w jakichś popaprańcach. Piotr, miota się z opcji homo w opcję hetero i wciąż na nowo roni łzy za kochankami, którzy od niego odeszli. Ostatnią osobą dramatu jest matka Klary, wiecznie niezadowolona z córki i wybierająca się na tamten świat w zadziwiającą regularnością co kilkadziesiąt stron. Gdy dodamy do tego szpital, w którym co chwilę ktoś z bohaterów ląduje i liczne omdlenia Klary i Wronki oraz utraty świadomości Aleksa bedziemy mieli kompletny obraz książki.

Całość książki ma postać bardzo krótkich rozdziałów napisanych dialogiem. Czyta się je błyskawicznie. Kartki aż furkoczą od ich przekładania, bo czytający ma nadzieję znaleźć wreszcie coś, co będzie punktem zwrotnym beznadziejnej egzystencji Klary, która choć przedstawiona jest jako ostatnia sierota i nieborak, radzi sobie w życiu zawodowym (nieokreślonym w powieści) zadziwiająco dobrze, czego dowodem są markowe ciuchy, które nosi. Kto liczy na punkt zwrotny czy jakąkolwiek odskocznię od schematu: łzy, alkohol, telefon, sen ten na pewno nie wyrobi do końca książki. Książka wypadła znacznie poniżej moich oczekiwań – mazgajowatość bohaterów, ich opijstwo oraz emocjonalna niedojrzałość przyprawiały mnie o zgrzytanie zębów. Egzemplarz recenzencki otrzymałam od wydawnictwa Świat Książki.

Zapisane w kościach, Simon Beckett

Amber, 2007

Liczba stron: 278

David Hunter, antropolog sądowy, zostaje poproszony o zbadanie zwłok na Runie, szkockiej wyspie położonej w znacznym oddaleniu od lądu. Zwłoki spalonej osoby zostały znalezione w starej nieużywanej chacie i generalnie wszystko wskazywałoby na śmierć na skutek wypadku gdyby nie fakt, iż nikt na skąpo zaludnionej wyspie nie zaginął w ostatnich miesiącach. Gdy Hunter przyjeżdża na miejsce zdarzenia i zajmuje się identyfikacją spopielonych zwłok oraz stwierdza morderstwo, rusza lawina zdarzeń, której nikt nie jest w stanie powstrzymać.

Sprawę pogarsza nieprzewidywalna szkocka pogoda, która dosłownie odcina wyspę od cywilizacji. Na skutek silnego sztormu przestają działać telefony, nadajniki na kutrach nie mają wystarczającego zasiegu, by uzyskać połączenie z lądem, wszelki ruch powietrzny i morski zostaje wstrzymany. Gdy giną kolejne osoby, Hunter i pozostali przedstawiciele prawa muszą zacząć działać na własną rękę i albo odnaleźć mordercę i podpalacza, albo przynajmniej powstrzymać rozwój wypadków. Nikt nie spodziewa się jednak tak szybkiej reakcji mordercy.

Podobnie jak w pozostałych powieściach Becketta fabuła kryminalna w dużym stopniu opiera się o identyfikację szczątków ludzkich na podstawie nikłego materiału. Hunter odgrywa znaczącą rolę w śledztwie, choć za wszelką cenę pragnąłby pozostać w cieniu i zajmować się swoją pracą w zaciszu prosektorium. Wolno rozwijająca się akcja na początku książki, w drugiej jej części przyspiesza i wciąga czytelnika w misternie zbudowaną i zapętloną intrygę. Kolejny dynamiczny kryminał dla wielbicieli gatunku.

Duchy polskie. Przewodnik po miejscach niezwykłych, Zuzanna Śliwa

Podsiedlik, Raniowski i Spółka

Liczba stron: 112

Nie żebym była jakąś fanką duchów, upiorów, horroru. Wręcz przeciwnie, jak tylko się da, stronię od tego typu literatury, a przede wszystkim filmów. „Duchy polskie’ jednak zaciekawiły mnie na tyle, że książkę wypożyczyłam i bardzo szybko przeczytałam. Czym sobie zasłużyła?

Przede wszystkim zaciekawiły mnie fotografie i reprodukcje pochodzące z najważniejszych zamków i pałaców Polski. Niektóre z tych miejsc już znam, niektóre na pewno jeszcze kiedyś zobaczę, o innych nie miałam pojęcia. Duchy przypisywane tym miejscom również okazały się być ciekawymi postaciami – większość przytaczanych przez autorkę legend wywodzi się z prawdziwych historii, a duchy krążące po ruinach czy salach pałaców wywodzą się z najznamienitszych rodów polskich. Smutne i tragiczne dzieje postaci odwiedzających swoje doczesne włości, autorka przedstawia w sposób zwięzły, poświęcając każdej historii i miejscu nie więcej niż 2-3 strony.

Czy wiedzieliście, że w jednym z polskich zamków odnaleziono testament peruwiańskich Inków? Czy ktoś wie dlaczego mąż zamknął Halszkę w baszcie w Szamotułach? A zamek Krzyżtopór – wiedzieliście iż miał przeszklony sufit, w którym znajdowało się akwarium? Dla mnie to kopalnia informacji, nie tylko tych dotyczących straszydeł pojawiających się nocą. Miła lektura do poduszki i jako przerywnik między innymi książkami.