Opowieści przy kawie, Alexander McCall Smith

Muza SA, 2011

Liczba stron: 333

Czekałam na drugą część opowieści o sympatycznych i tych mniej sympatycznych mieszkańcach kamienicy przy Scotland Street 44 w Edynburgu. W pierwszej książce z serii autor zarysował sylwetki głównych bohaterów oraz zaczął wiele wątków, które w „Opowieściach przy kawie” są kontynuowane. Dzieje się też wiele innych zaskakujących rzeczy. Ponownie jednak lektura ukoiła mnie, wprowadziła w błogostan, sprawiła, że świat wydaje się lepszy i mniej skomplikowany.

Autor sporo miejsca poświęca małżeństwu Irene i Stuarta oraz ich genialnemu synkowi Bertiemu. Chłopiec zaczyna naukę w szkole podstawowej i już w pierwszych tygodniach przeżywa pierwsze rozczarowania. Jednocześnie staje się bardziej odważny i na własną rękę, w tajemnicy przed mamą, przeprowadza kilka skomplikowanych akcji mających na celu wymknięcie się spod ścisłej kontroli rodzicielskiej. Nie lada wyczynu dokonuje ojciec Bertiego próbując aktywnie włączyć się w wychowanie syna.

Dwudziestolikuletnia Pat i sześćdziesięcioletnia Domenica w dalszym ciągu świetnie się dogadują. Młodsza z nich często zasięga rady w sprawach dużej wagi i tych bardziej przyziemnych – na przykład czy wybrać się na nietypowe przyjęcie z niedawno poznanym chłopcem. Pracodawca Pat, niewiele starszy od niej Matthew, zostaje co najmniej dwukrotnie zaskoczony przez swojego ojca. Współlokator Pat – narcystyczny Bruce kilka razy zostanie skonfrontowany z prawdą o sobie.

W powieści przewijają się także inni bohaterowie znani z pierwszej części, pojawiają się też nowe wątki i nowe postacie. Niezmiennie jednak w książce panuje pogodna atmosfera, której nie raz w życiu nam brakuje. Cokolwiek by się działo na kartach książki nie wywołuje to w czytelniku negatywnych emocji, raczej pobłażanie czy zaciekawienie dalszym ciągiem zdarzeń. Ten cykl to świetny lek na chandrę, zniechęcenie, znużenie i przesyt książkami wzbudzającymi niepokój i strach. Dobra wiadomość dla fanów serii jest taka, że McCall Smith napisał 6 książek w tym cyklu, a trzecia z nich pojawi się już za kilka miesięcy nakładem Muzy.

Chłopaki w sofixach, Jakub Porada

Prószyński i S-ka, 2011

Liczba stron: 230

Pisanie recenzji zaczęłam od sprawdzenia roku urodzenia autora, bo za nic mi nie pasowała data podana przez wydawcę na okładce, postarzająca Jakuba Poradę o sześć lat. Prawdziwy rok urodzenia 1969 zgadza się z opisywanymi przez autora realiami Polski lat osiemdziesiątych. Osobiście podeszłam do lektury jak zupełny naturszczyk – nie czytałam nic z tego co napisali o książce inni, samego autora prawie nie kojarzę, bo TV to nie jest coś, co mnie przyciąga, szczególnie programy informacyjne mi nie leżą. Czytałam zatem bez żadnych uprzedzeń i bez żadnych sympatii również. I to pozwoliło mi bawić się tą lekturą i wspominać czasy mojego dzieciństwa, bo wtedy gdy Porada był nastolatkiem ja miałam jakieś 10 lat i też sporo pamiętam…

Kielce kojarzone są z wiatrem, który nieźle dokazuje, szczególnie na dworcu. Autobiograficzna powieść Jakuba Porady przybliża nieco blokowiska kieleckie oraz ich lokatorów. Benek, tak nazywano autora, jest zwykłym nastolatkiem jakich na pęczki można było spotkać w latach osiemdziesiątych – dekatyzowane dżinsy, koszula ze stójką, na nogach sofixy polskiej produkcji, w domu zestaw kaset magnetofonowych z piosenkami przegrywanymi w nieskończoność i nielicznymi płytami (winylowymi!). Głowę wypełniają mu marzenia o karierze aktorskiej lub muzycznej, rozgląda się za dziewczynami, czas spędza z kumplami z podwórka kombinując jakby zdobyć parę złotych na wino marki wino czy inny trunek z procentem.

Książka nie ma typowej fabuły, jest raczej zlepkiem wspomnień o kolegach, znajomych i miejscowych dziwakach. Znajdują się w niej fragmenty niezwykle zabawne, opisy drobnych kradzieży w piwnicach, chaosu na parkingu, kiedy to grupa podrostków przepychała w jedno miejsce samochody pozostawione na luźnym biegu, alkoholowe ekscesy i zmagania z dezelowanymi instrumentami. Książka obejmuje okres kilku lat pokazując jak potoczyły się losy wszystkich najbliższych kumpli Benka, samego Benka uwzględniając w najmniejszym stopniu. Wyjaśnia jednak czym różnił się od pozostałych i dlaczego nie skończył na dnie jak wielu innych z paczki.

Co by nie mówić, że książka jest lansem czy próbą zwiększenia popularności, mnie czytało się ją z dużą przyjemnością. Czasy, o których mowa, choć tak nieodległe wydają się być oddalone o lata świetlne. Aż trudno uwierzyć, że dawniej zadowalaliśmy się tak nielicznymi rzeczami. Zespoły muzyczne, popularne wtedy to teraz w większości szczyt obciachu, choć przetrwały fascynacje takimi zespołami jak Depeche Mode, The Cure czy nieistniejącym już Joy Division. Wątpię w to, że książka przypadnie do gustu osobom urodzonym po tych czasach, bo wiele z opisanych rzeczy nie będzie się im z niczym kojarzyła – nagrywanie na kasety i przewijanie rozbiegówki ołówkiem, Tomek Beksiński, Kasprzak, wyroby czekoladopodobne, tytułowe sofixy to relikty tamtych czasów i słowa wytrychy dla wtajemniczonych.

Nie pomoże książce także brak głównego wątku i poszatkowana konstrukcja składająca się ze wspomnień nieumiejscowionych chronologicznie. Będą i tacy, którzy zirytują się kolokwialnością języka oraz licznymi porównaniami. Wierzę jednak w to, że znajdą się trzydziesto – czterdziestolatkowie, którzy odnajdą w książce Porady cząstkę siebie, swoją młodość i dzieciństwo. Ja cieszę się, że to wszystko, co dla nas miało niezwykłą wartość, zostało spisane i w ten sposób nie zostanie zapomniane.

The Cure w sofixach

W książce Jakuba Porady „Chłopaki w sofixach” znalazłam kilka nawiązań do The Cure, które z wielką radością odnotowuję. Jak się zastanowić to rzeczywiście trudno byłoby napisać książkę o dorastaniu w latach osiemdziesiątych w Polsce bez najmniejszej wzmianki o tej grupie.

I tak zatem na 87 stronie mamy taki opis:

„Tylko dziewczyny „z plastyka” mogły się bezkarnie ubierać na czarno i stroszyć włosy na Roberta Smitha z The Cure. Odcinały się od lasek z normalnych liceów, paradujących w naciągniętych getrach niczym Kasia Figura w Kingsajzie.”

Potem jeszcze, po nastaniu trochę innych czasów, autor ponownie nawiązuje do The Cure opisując zmagania kolegi ze swoimi miernymi talentami muzycznymi.

„Zawsze powtarzał ten sam błąd, lecz nie zdobył się na inwencję, by odnaleźć przyczynę zagwozdki. Podobnie było z drugim utworem z repertuaru The Cure, Friday I’m in Love. Rozbiegówka szła OK, potem następowało wprowadzenie, pierwsza zwrotka i tam już czaiło się niebezpieczeństwo. Na sekundę przed refrenem następował akord, którego Rogal nie potrafił opanować, jakby przeskakiwała płyta. To samo działo się pod koniec drugiej zwrotki i w repryzie.”

Wysadzić Rosję, Aleksander Litwinienko & Jurij Felsztinski

Rebis, 2007

Liczba stron: 351

Rosja i jej bieżące problemy nie leżą w zakresie moich najważniejszych zainteresowań. Z literatury beletrystycznej, pobieżnego oglądania i czytania wiadomości ze świata wiem mniej więcej, co tam się dzieje, choć dotychczas nie wnikałam szczegółowo w przyczyny i skutki konfliktów na wschodzie. Książkę tę dostałam z poleceniem przeczytania i zastanowienia się nad jej treścią. Co też uczyniłam. Przyznam też, że nazwisko zamordowanego kilka lat temu autora tego dokumentu Aleksandra Litwinienki podziałało zachęcająco.

Litwinienko naraził się władzom Rosji po tym jak odmówił wykonania rozkazu zabicia jednego z przedsiębiorców, który stał się niewygodny dla władz Rosji. Uznając rozkaz za niezgodny z prawem zwołał konferencję prasową i poinformował o nielegalnej działalności organu powstałego na podwalinach byłego KGB o nazwie Federalna Służba Bezpieczeństwa (FSB). W ten sposób naraził życie swoje i swojej rodziny. Udało mu się uciec do Anglii lecz nie pożył tam długo, po kilku latach niewygodny świadek niechlubnych wydarzeń w Rosji został otruty polonem. Zanim jednak do tego doszło Litwinienko i Felsztinski napisali książkę „Wysadzić Rosję”, której publikacja została zakazana w ich ojczyźnie, ponieważ demaskowała przestępczą działalność prowadzoną na wielką skalę przez FSB.

Autorzy dowodzą, iż zamachy terrorystyczne, które miały miejsce w Rosji w 1994 i 1999 roku zostały przeprowadzone przez FSB i przypisane Czeczenom, choć żadne śledztwo nie udowodniło udziału Czeczenów w tych przestępstwach. Udaremniony, dzięki czujności mieszkańców, zamach na blok mieszkalny w Riazaniu w 1999 roku potwierdził fakt, iż FSB sama podkładała ładunki wybuchowe. Nieudolne i ośmieszające tłumaczenia najwyższych przedstawicieli władz wykazały ponad wszelką wątpliwość zaangażowanie FSB w zamachach. Co chciano osiągnąć? Zemścić się na Czeczenii za odmowę zapłacenia wielomilionowej łapówki oraz zdestabilizować proces demokratyzacji Rosji, który nie leżał w interesach rządzących.

Książka jest zapisem wielu potwierdzonych zbrodni systemu na ludziach – setki niewinnych obywateli zginęło w wybuchach bomb, biznesmeni zmuszani są do płacenia ogromnych haraczy, przestępcy przyjmowani są w szeregi FSB i awansowani do stopnia generałów. Organizacja ta jest państwem w państwie i w zasadzie nie podlega żadnemu prawu. Próby zreformowania FSB lub chociażby oczyszczenia jej szeregów przyniosły fiasko, a na uczciwych oficerów, którzy sprzeciwili się dotychczasowej działalności wydano wyroki śmierci.

Książka nie jest mistrzostwem świata jeśli chodzi o styl pisania, to raczej reportaż obfitujący w nazwiska, daty, miejsca. Mimo tego jest wstrząsająca, ponieważ dobitnie pokazuje jak niewiele warte jest życie ludzkie w kraju, który graniczy z Polską, jak władza i przynależność do służb bezpieczeństwa korumpuje i demoralizuje, jak elity rządzące cenzurują media i wykorzystują podległe sobie służby do wprowadzania rządów bandycko-policyjnych. Mimo upadku komunizmu naród rosyjski w dalszym ciągu nie może zakosztować demokratycznych swobód i musi znosić reżim wprowadzony przez Putina i podległą mu FSB.

7 razy dziś, Lauren Oliver

Wydawnictwo Otwarte, 2011

Liczba stron: 384

Sam ma trzy przyjaciółki. Razem chodzą do liceum, razem spędzają wieczory i weekendy. Ich paczka trzęsie szkołą, bo są najpopularniejszymi dziewczynami w całym liceum. Ponadto Sam ma chłopaka, którego zazdroszczą jej inne licealistki, kochającą rodzinę i prawie wszystko, co sobie wymarzy. Życie Sam jest idealne. Prawie idealne, bo od czasu do czasu nachodzą ją małe wyrzuty sumienia, że stała się oziębłą suką, przed którą drżą pierwszoklasistki, która bez mrugnięcia okiem pastwi się nad innymi, która postępuje pod dyktando swoich przyjaciółek i zgodnie z tym, czego oczekują od niej inni. Czasem tylko wracają do niej wspomnienia, kiedy to ona znajdowała się na niższym szczeblu popularności, z którego wyciągnęła ją przebojowa i bezwzględna Lindsay.

Piątkowa impreza kończy się dla Sam w sposób, którego żadna nastolatka nie mogłaby przewidzieć. Gdy budzi się następnego dnia znowu jest piątek 12 lutego, a w szkole tak jak dnia poprzedniego obchodzony jest Dzień Kupidyna – targowisko próżności. Tego dnia najpopularniejsi dostają kwiaty od znajomych, ci, którzy przyjaciół nie mają, przemykają się pod ścianami pod czujnym obstrzałem spojrzeń. Mniej niż pięć róż to tak jakby samobójstwo towarzyskie… Sam ma kolejną szansę na przeżycie tego dnia. Takich szans ma w sumie siedem, o czym ona nie wie, a czytelnik już wie, bo zna tytuł powieści. Nastolatka postanawia wpłynąć na bieg wydarzeń, bo w pewnym momencie zaczyna dostrzegać ich związki przyczynowo-skutkowe.

„Przez większą część czasu – przez dziewięćdziesiąt dziewięć procent czasu – po prostu nie wiesz, jak i dlaczego nitki się ze sobą wiążą, i nie ma w tym niczego złego. Robisz coś dobrego, a wydarza się coś złego. Robisz coś złego, a wydarza się coś dobrego. Nic nie robisz, a coś wybucha.”

To książka adresowana do nastolatek, ale równie dobrze mogłaby być skierowana do czytelnika dorosłego, wystarczyłoby zmienić liceum na dowolne biuro, a nastoletnią Sam na trzydziestoletnią kobietę. Przyznam, że pierwszy rozdział zirytował mnie opisami pustki umysłowej najpopularniejszych dziewczyn oraz samą amerykańską ideą „popularności”, która dla młodzieży jest ważniejsza od wszystkiego innego. Następne rozdziały natomiast wciągnęły tak, że najchętniej nie odkładałabym powieści przed jej zakończeniem.

Zmiana, jaka zachodzi w Sam nie odbywa się na zasadzie „pstryk i gotowe”. Dziewczyna nieraz dostaje szkołę życia, jakkolwiek niedorzecznie mogłoby to brzmieć w świetle wydarzeń, jakie miały miejsce w książce. To książka niosąca ważny przekaz, ważny dla tych, którzy dopiero wkraczają w dorosłość i dla tych, którym, mimo pożółkłej już metryki, zdarza się czasem zbłądzić, źle kogoś ocenić, przecenić kogoś, kto na to nie zasługuje, zadawać się z kimś, kto nas nie szanuje. „7 razy dziś” jest jedną z bardziej wartościowych książek dla młodzieży, jakie przeczytałam w ostatnich latach, a przy tym w żadnym momencie nie daje się odczuć, że autorka moralizuje, czy próbuje naprawić świat. Polecam matkom i córkom z całą odpowiedzialnością za swoje słowa. Na pewno będzie o czym rozmawiać po lekturze…