Charlotte Sometimes, Penelope Farmer

Red Fox Classics, 2002

Liczba stron: 199

Książka swoją premierę miała jeszcze przed moim urodzeniem. Ukazała się na rynku brytyjskim w 1969 roku jako trzecia część przygód sióstr Emmy i Charlotty. Stała się jednak najbardziej znana i najczęściej wznawiana. Popularności między innymi przysporzył jej fakt, iż stała się inspiracją dla Roberta Smitha, lidera The Cure. Echa książki widoczne są w (co najmniej) trzech piosenkach The Cure, w tym jednej pod tym samym tytułem co książka. Ja oczywiście sięgnęłam po nią po to, by dowiedzieć się dlaczego powieść wywarła tak wielkie wrażenie na R.S.

Charlotte zostaje wysłana do szkoły z internatem. Nie ma tam jeszcze żadnej koleżanki, więc czuje się trochę wyobcowana. Pierwszej nocy układa się do łóżka na wybranym przez siebie łóżku przy oknie i zapada w sen. Następnego dnia budzi się w tym samym łóżku, jednak nie ma obok niej pozostałych zakwaterowanych w pokoju koleżanek. Zamiast nich w jedynym stojącym łóżku śpi młodsza od niej dziewczynka. Emily, tak ma na imię, nazywa Charlottę imieniem Clare i twierdzi, że jest jej siostrą. Okazuje się, że Charlotte przeniosła się w czasie o około 40 lat wstecz. Stara się jak najlepiej odgrywać swoją rolę i unikać konfrontacji z innymi dziewczynkami i surowymi nauczycielkami, ale z nikim nie dzieli się swoim strachem. Po dniu spędzonym w przeszłości, nocą znowu przenosi się do współczesności. Charlotte i Clare co drugi dzień spędzają w nie swoich czasach i mimo tego, że nigdy się nie widziały, zaczyna łączyć je mocna więź.

Autorka portretuje czasy pierwszej wojny światowej, które odciskają się silnie na życiu dziewcząt w szkole. Większość z nich bezpośrednio poznała czym jest wojna, ponieważ ich ojcowie wyruszyli walczyć we Francji. Penelope Framer wskazuje też na różnice między tym, co jest dozwolone pod koniec lat pięćdziesiątych, a tym, co mogły robić dziewczynki w odległych czasach początku wieku. Ogromne wrażenie zrobił na mnie rozdział, w którym autorka opisuje jak miasto świętowało zakończenie wojny – mimo radości i entuzjazmu, przebrzmiewa w nim groza, ponieważ wypełniony jest hipnotyzującymi obrazami, od których kręci się w głowie. Miałam możliwość porównania tego wydarzenia z relacją Virginii Woolf, która odniosła się do niego w swoich dziennikach.

Opowieść jest rewelacyjna! Choć autorka posługuje się subtelnym językiem, to gra na uczuciach i emocjach tak, jak jej się podoba. Bez dłużyzn, bez przynudzania, bez moralizatorstwa i niekończących się opisów, tworzy historię jaką każda dziewczynka i wielu chłopców chciałoby usłyszeć. Gdy otwierałam książkę przenosiłam się z Charlotte w miejsca, które oglądała, bo tak dla niej, jak i dla mnie wszystko było nowe. Życie życiem innej dziewczynki i przeżywanie jej radości i smutków, obserwowanie czasów nie tak odległych, ale bardziej surowych i smutnych, stało się pewnego rodzaju inicjacją dla Charlotte. Czytający, czy słuchający tej opowieści kilkuletni R.S. pozostał pod jej wrażeniem i raz po raz odtwarzał maszerujących doboszy w strojach z epoki pierwszej wojny, czy też smutek Charlotte, która pod koniec książki odkrywa całą prawdę o Clare i jej młodszej siostrze.

Polecam gorąco ze świadomością, że uda się ją przeczytać tylko nielicznym. Szkoda, straszna szkoda…

Fado, Andrzej Stasiuk

Wydawnictwo Czarne, 2006

Liczba stron: 169

Fado to portugalska melancholijna, nastrojowa pieśń. „Fado” Stasiuka to melancholijne opowieści, migawki życia i wspomnień, opowiadane jakby od niechcenia, trochę szeptem, intymnie i sielsko. Nie wiem czy wybrałam odpowiednią książkę na pierwszy kontakt z tym autorem. Nie mam pojęcia czy ta pozycja jest typową próbką twórczości Stasiuka. Przyznam, że przez pewien czas wahałam się cz czytać dalej, ale po około 40 stronie udało mi się wpasować w tempo opowieści i czytanie poszło mi gładko.

„Fado” to dość osobiste zapiski i uwagi o świecie otaczającym autora oraz o postrzeganiu przez niego ludzi i zjawisk. W pierwszej połowie książki większość tekstów dotyczy najbliższych mu okolic – Beskidu Niskiego oraz Bałkanów, do których autor ma duży sentyment. Portretuje wsie, mieszkańców, rzucające się w oczy kontrasty oraz cygańskie tabory, które wielokrotnie napotykał w południowej części Europy. W drugiej połowie książki autor skłania się ku rzeczom nam (mnie) bliższym – wspomina o komercjalizowaniu i szarganiu w tysięcznych pomnikach osoby Papieża Polaka, opowiada o czasach swojej młodości i dzieciństwa w Warszawie, egzotycznych wówczas wakacjach na wsi oraz swojej dorastającej córce, której powoli już nie ogarnia.

Melancholia to hasło przewodnie tego zbioru, dlatego trzeba wejść w inny, niespieszny rytm opowieści, by móc ich w pełni posmakować. Stasiuk bierze pod lupę pewne zjawiska, pochyla się nad przedmiotami, gloryfikuje wspomnienia, odrzucając przy tym przyszłość. Żyje minionymi wydarzeniami i smakuje chwilę bieżącą – przyszłością głowy sobie nie zawraca, skoro i tak pozostaje ona nieprzewidywalna.

Książka rozbudziła moją ciekawość – przyniosłam z biblioteki kolejną pozycję tego autora, choć wciąż jeszcze nie ważyłam się tknąć nagrodzonej Nike w 2005r. „Jadąc do Babadag”. Tę przyjemność odkładam na czas, gdy lepiej poznam styl Stasiuka.

Magiczne drzewo. Tajemnica mostu, Andrzej Maleszka

Znak, 2010

Liczba stron: 272

Po przeczytaniu pierwszej części pt: „Magiczne krzesło” stałam się miłośniczką pisarstwa Andrzeja Maleszki. Ogromnie się ucieszyłam kiedy znalazłam w bibliotece drugą część (mam nadzieję, że nie ostatnią) cyklu Magiczne drzewo. Zastanawiam się jednak czy książka podobałaby mi się tak samo gdybym miała lat 10-14? Moje dziecko przeczytało, powiedziało ‚Fajne” i tyle. Ja natomiast ślinię się z zachwytu.

W „Tajemnicy mostu” mamy tę samą rodzinę Rossów, w skład której wchodzą rodzice i troje dzieci oraz ciotka przemieniona w dziewczynkę jeszcze w poprzedniej części. Mama rodzeństwa wyprowadzona z równowagi nieodpowiedzialnym wykorzystywaniem krzesła do głupich czarów, rozkazuje krzesłu nie wykonywać żadnych życzeń wypowiadanych przez członków rodziny. Kuki wpada na pomysł żeby czarować przy pomocy sąsiadki z dołu – rudowłosej Malwiny. Wszystko idzie dobrze dopóki Malwina, zakochana bez wzajemności w Filipie, nie wypowie zgubnego w skutkach zaklęcia, od którego nie ma odwrotu. Wszystkie wysiłki rodzeństwa i ich przyjaciółki koncentrują się na tym, by pomóc Filipowi otrząsnąć się z lekkomyślnie rzuconego czaru. Los zawiedzie ich aż do Wenecji…

Dlaczego tak uwielbiam książki cyklu Magiczne drzewo? Bo są magiczne! Całkowicie mnie absorbują i zabierają w fantastyczną podróż po świecie. Brak w nich moralizatorstwa, za to mnóstwo niczym nie krępowanej fantazji – loty balonem, roboty, czary, magia i dużo zabawy. Poza tym dzieciaki Kuki, Filip, Tośka i Wika są świetne i mało wkurzające. No i tempo! Akcja pędzi, na każdej stronie coś się dzieje, a dzięki magicznym właściwościom krzesła dziać się może dosłownie wszystko, co autor sobie wymarzył. Uwielbiam ten rozmach i tyle.

Niepokorne. Kobiety, które zmieniały świat, Cristina de Stefano

Wydawnictwo Literackie, 2010

Liczba stron: 229

Niezwykle trudno mi napisać coś sensownego o tej książce jako, że rodzi ona we mnie bardzo ambiwalentne uczucia. Z jednej strony czytałam ją z dużym zaciekawieniem, pochłaniając kolejne noty biograficzne w szalonym tempie i odczytując na głos niektóre fragmenty. Bezpretensjonalny i klarowny styl pisania Cristiny De Stefano miał ogromny wpływ na tempo mojego czytania i na podtrzymywanie zainteresowania książką. Z drugiej strony zżymałam się na wątpliwą moralność wielu z opisywanych kobiet, które swoich „osiągnięć” dokonywały przetaczając się z jednego łóżka do drugiego.

De Stefano pisze o kobietach, które zmieniały świat. Z tym, że brakuje dopisku, iż są to Amerykanki i że wszystkie z nich były aktywne w pierwszej połowie XX wieku. No i te ich zmiany w głównej mierze polegały na rozluźnianiu obyczajów, a dopiero potem na sukcesach w sferze artystycznej lub naukowej. Wcześniej znałam pobieżnie tylko kilka z nich, a lektura otworzyła mi oczy na trochę szerszy kontekst. Poetki, dekoratorki wnętrz, dziennikarki, pisarki, fotografki, modelki, aktorki, malarki – prawie wszystkie skandalistki. Wśród nich i taka, która niczego nie dokonała na arenie artystycznej i jak sama się przechwalała, nie przepracowała ani jednego dnia w życiu… Jej wkładem w zmianę świata był wygląd i dobre znajomości.

I z powodu właśnie takich pań nieobdarzonych niczym poza urodą lub takich, które samym talentem do niczego nie doszły, a wywindowały ich odpowiednie koneksje, najczęściej zdobywane przez łóżko, książka wydała mi się smutna. Potwierdza tylko to, o czym doskonale wiemy z obserwacji świata wokół nas – sam talent rzadko się obroni.

Z pozytywów – nabrałam ochoty, by bliżej zapoznać się z biografiami niektórych sportretowanych w książce pań. Najbardziej zainteresowały mnie fotografki oraz niektóre pisarki i poetki. Nazwiska odnotowałam i poszukam ich biografii i dzieł, by zaspokoić swoją ciekawość.

Cytat

W zeszłym tygodniu cytatu nie było – straciliśmy internet na prawie cały dzień…

Dzisiaj cytat na podsumowanie okresu wakacyjno-urlopowego. Wisława Szymborska wiele razy gościła na moim blogu, tym razem również posłużę się jej słowami:

„Na urlopie mamy więcej czasu na dziwienie się światem bez żadnego służbowego powodu.”

Zdanie pochodzi z niezrównanych „Lektur nadobowiązkowych.”