Klaudyna w szkole – NIECZYTABLE

Kilka dni temu pisałam o dwóch książkach, których nie dane mi było przeczytać. Teraz, prawem serii, pojawiła się kolejna pozycja, przy której wymiękłam. Bardzo się cieszyłam, gdy udało mi się znaleźć w bibliotece „Klaudynę” – wszystkie cztery tomy w jednym wydaniu. Szykowałam się na czytelniczą ucztę – płynne przechodzenie z jednej historii w drugą. Byłam pewna, że mi się spodoba, bo przecież „Cheri” tej autorki nie był najgorszą powieścią, a „Klaudyna” to według wielu, szczyt jej pisarskich osiągnięć.

„Klaudyna w szkole” to pierwsza z części i na niej właśnie skończyła się moja literacka przygoda. Skończyła się szybciej niż można by się spodziewać. Zrezygnowałam po przeczytaniu ok 60 stron. Jedyne co potrafię powiedzieć o książce to to, że jest nudna i denerwująca. Klaudyna to rozpuszczone dziewczynisko – jeszcze nie kobieta, a już nie dziecko. Jej seksualne pobudzenie i nieopanowane żądze rzucające się jej na psychikę (huśtawka nastrojów), zupełnie do mnie nie przemawiały. Nie szokowało mnie to, że dziewczyna miała skłonności do innych dziewczyn i młodych kobiet, i że kokietowała również mężczyzn. Wszystko to zdawało mi się być okropnie nudne – ileż można o tym czytać? Akcja praktycznie stała w miejscu, prawie cały czas toczyła się w szkole, w której Klaudyna zdawała się pogardzać wszystkimi swoimi koleżankami.

Wybaczcie – nie jestem w stanie tego czytać, więc jeśli ktoś liczył na recenzję, to zapraszam na inne blogi (zdaje się, że wydawnictwo rozsyłało egzemplarze, więc pewnie znajdziecie mnóstwo pozytywnych wrażeń).

Przestrzeń za Szkłem, Simon Mawer

Świat Książki, 2011

Liczba stron: 477

Chociaż powieści Mawer’a tłumaczone były na polski, to nigdy wcześniej żadna z nich nie wpadła w moje ręce. Jednak postanowiłam poznać „Glass Room” w momencie, kiedy przeczytałam o niej na jednym z angielskich lub amerykańskich blogów. Zaintrygowała mnie i treść, i okładka (tamto wydanie miało zbliżoną okładkę do tej, z polskiego wydania.) Nie musiałam długo czekać, bo książka szybko pojawiła się na polskim rynku wydawniczym.

„Przestrzeń za Szkłem” to nazwa nowoczesnej willi w czeskim Mestie (KLIK). Autor powieści postanowił pokazać losy grupy ludzi poprzez losy budynku. I chociaż dom z przestrzenią za szkłem, czy szklanym pokojem, jest autentyczny, to jego mieszkańcy są wytworem wyobraźni pisarza. Akcja powieści rozpoczyna się w latach dwudziestych XX wieku i obejmuje siedemdziesiąt lat. Młode małżeństwo – zamożny właściciel fabryki samochodów żydowskiego pochodzenia – Viktor Landauer oraz jego żona Liesel marzą o domu, który wyróżniałby się nowoczesnym designem. Zatrudniają znanego architekta Rainera Von Abt’a, który wprowadza w życie ich wizję, tworząc dla nich dom łączący przestrzeń użytkową z walorami estetycznymi na miarę XXI wieku. Niewielu ludzi podziela zachwyt domem Landauerów, wśród nich jest najlepsza przyjaciółka Liesel – Hana.

Zawirowania historyczne – dojście do władzy Hitlera i jego bezwzględna polityka wobec Żydów sprawią, że Landauerowie zostają zmuszeni do wyjazdu za granicę i pozostawienia domu pod opieką dozorcy. Przez wiele lat nie znają dalszych losów budynku, który ocalał w wojennej zawierusze, ale został przejęty najpierw przez Niemców, a następnie przez komunistyczne władze Czechosłowacji.

Jednak to nie historia budynku jest najważniejsza w powieści. Ważni są ludzie zajmujący tę przestrzeń, ich pragnienia, marzenia, codzienne życie. A ci swoim zachowaniem wzbudzali we mnie mnóstwo emocji. Głównie negatywnych. Mimo tego, że autor zachowuje daleko posunięty obiektywizm w przedstawieniu postaci, mnie, osobę, która co nieco przeczytała i obejrzała na temat drugiej wojny światowej, zalewała krew.

Landauerowie za sprawą Viktora i jego prób ratowania rodziny wyjechali najpierw do neutralnej Szwajcarii. To byli bardzo bogaci ludzie, których stać było na mieszkanie w najdroższych miejscach, wynajmowanie służby, pławienie się w luksusach. Ale Liesel jest głęboko nieszczęśliwa – pływając po wodach Jeziora Genewskiego narzeka, że czuje się jakby była na wakacjach, które nie mają końca. Że ma dość zawieszenia. Matko, czyżby wolała jeść brukiew, uciekać przed bandą sowietów lub zdobywać jedzenie dla dzieci oddając siebie za paczkę mleka w proszku? A może bardziej odpowiadałaby jej kwatera w Auschwitz? Ta kobieta zupełnie nie miała pojęcia czym jest wojna.

Na Liesel i Hanie skupiam całą moją złość i gorycz. Potępiam je za ich postępowanie. Hanę za zainicjowanie romansu z oficerem niemieckim (co spowodowało lawinę nieszczęść, które spadły na jej rodzinę, a i tak nie nauczyło jej, że nie igra się z ogniem). Liesel za to, że nie miała charakteru – po odkryciu romansu męża z opiekunką do dzieci próbowała się zaprzyjaźnić z kochanką Viktora. Sytuacja była bardziej skomplikowana – kochanka była Żydówka, miała dziecko i wyrzucenie jej na bruk równałoby się skazaniu jej na śmierć. Ale do cholery – Liesel wolała luksus, w którym żyła i zamiatanie brudów pod dywan, niż sprzeciwienie się mężowi i wymuszenie na nim wiążących decyzji.

Książka dostarczyła mi wielu emocji i wrażeń. Dlatego będę ją długo pamiętać i często wspominać. Powieść pokazała jak wiele różni postaci występujące w książce od ludzi, których ja szanuję. Pokazała jak bardzo różniły się postawy Czechów i Polaków w obliczu inwazji wojsk niemieckich. Stanowiła składny przegląd charakterów i motywacji bohaterów. W końcu, sprawiła również, że miałam ogromną potrzebę podzielenia się swoimi przemyśleniami i wyrzucenia z siebie gniewu na żeńskie bohaterki powieści.

Gorąco zachęcam do lektury!

Poszperałam w sieci i znalazłam okładkę wydania czeskiego, które główny akcent kładzie na budynek, a nie na ludzi:

Cytat

„Książki to ostateczne magazyny. Wszystkiego, co dobre i wszystkiego, co złe. Wszystkiego, co prawdziwe i wszystkiego, co fałszywe. Wszystkiego, co jest mądrością i wszystkiego, co jest ignorancją.”

Życzę i Wam, i sobie samych mądrych książek, takich, które uczą, które zachwycają, które otwierają przed nami nowe światy i nowe możliwości.

Cytat zaczerpnęłam z książki, którą aktualnie czytam: „Opowieści o Darwinie” Irvinga Stone’a. Zdradzę już, że książka bardzo mi się podoba, ale jest ogromna i jeszcze trochę potrwa zanim ją skończę.

Wierzę w jeże, Dorota Sumińska

Wydawnictwo Literackie, 2011

Liczba stron: 123

Tu, gdzie mieszkam, często zdarza się nam spotykać jeże. Mimo bliskości centrum miasta, te małe zwierzątka upodobały sobie tę dzielnicę. Wystarczy wyjść późnym wieczorem z domu na mały spacer, by z dużym prawdopodobieństwem natknąć się na jeżyka zmierzającego gdzieś w pilnej sprawie. Uwielbiam spotkania z nimi. Jeże wydają mi się być bardzo przyjazne i mądre. Widzicie więc, że nic w tym nadzwyczajnego, że przeczytałam książkę skierowaną do młodszego czytelnika. A bardziej dokładnie, to wszyscy ją w domu czytaliśmy na głos – od początku do końca. Przy głośnym wspólnym czytaniu książka nabiera szczególnego uroku.

Jeż Jerzy wychowywany jest przez ludzką mamę. Mama jeżowa zginęła pod kołami samochodu. Jednak jeżyk nie może skarżyć się na samotność, ponieważ dom ludzkiej mamy wypełniony jest zwierzętami. Najbliższym przyjacielem jeżyka jest pekińczyk Picek, z którym Jerzy poznaje świat. Przyjazny jeż nie zjada odwiedzających go owadów, ze wszystkimi chce się zaprzyjaźnić (słusznie przeczuwałam, że ma dobre serce), a nawet oferuje myszce i żmii miejsce noclegowe w swojej wolierze. Każde odwiedzające go zwierzę i każdy owad opowiada jeżykowi o swoim gatunku.

Książka oprócz tego, że jest zabawna i świetnie napisana, zawiera mnóstwo ciekawych informacji o świecie zwierząt i owadów. Podczas czytania co chwila któreś z nas przerywało słowami „O tym nie wiedziałam/em”. Brawa dla autorki za świetny pomysł i doskonałe wykonanie. Uwagę zwracają również adekwatne i zabawne ilustracje. Polecam i Wam, i waszym dzieciom!

Niedoczytane

Zazwyczaj wybieram takie książki, co do których nie mam obaw, że zaskoczą mnie fatalną treścią, niestrawną narracją albo tematyką. Dlatego prawie zawsze czytam książki od początku do końca. Dzięki przemyślanemu wyborowi rzadko się zdarza, że jestem rozczarowana czytaną powieścią. A nawet jeśli trafi mi się słabsza pozycja, to tak już mam, że staram się skończyć rozpoczętą książkę. Nie zawsze jest to jednak możliwe.

 

Pierwsza to „Sens nocy”. Nadmienię, że tę książkę wypożyczyłam z biblioteki. Zabrakło mi czasu na przeczytanie jej w terminie, zabrakło mi cierpliwości do wolno rozwijającej się akcji i poczułam się trochę rozczarowana w momencie, kiedy po dość sensacyjnym początku (morderstwie popełnionym na przypadkowym przechodniu) akcja bardzo zwolniła i przeniosła się do sypialni głównego bohatera. Raczej nie sięgnę ponownie po tę książkę, chociaż ostatnio widziałam ją za jakieś 12 zł.

„Złego” miałam przeczytać kilkanaście lat temu. Coś wciąż jednak stawało na przeszkodzie: brak czasu, niedostępność książki, zniechęcenie, itp. Teraz książkę mam w domu. Zaczęłam ją czytać i nawet wciągnęłam się w akcję, chociaż irytują mnie szczegółowe opisy wszystkiego i wszystkich. Poległam z prozaicznego powodu. Wydanie Czytelnika (na zdjęciu powyżej) wydrukowane zostało okrutnie małą czcionką. Po pół godzinie czytania wyglądałam jak ta twarz na okładce – małe oczy i zgrzytające zęby. Robiłam coraz dłuższe przerwy między kolejnymi próbami czytania aż w końcu zapomniałam to, co już przeczytałam. Znacie inne wydania tej powieści z większą czcionką?