Śmierć letnią porą, Mons Kallentoft

Rebis, 2010

Liczba stron: 432

Seria powieści kryminalnych Kallentofta budzi skrajne uczucia i wydaje się mieć tyle samo zwolenników, co przeciwników. Ja zaliczam się do tych, którzy pochłaniają jego książki jednym tchem. Jednak nie jestem w stosunku do nich zupełnie bezkrytyczna, o czym napiszę później.

W drugiej części (bez obaw można czytać zaczynając od tego tomu) akcja rozgrywa się podczas wakacji. Jest potwornie gorąco. Panują tropikalne upały, a temperatury przewyższają te na Bali. Na tej wyspie wakacje spędza Tove – córka głównej bohaterki. Mieszkańcy Linkopingu mają dość żaru lejącego się z nieba. Na domiar złego w mieście dochodzi do zbrodni. W miejskim parku ktoś znajduje nagą, zgwałconą nastolatkę, która pod wpływem szoku nie pamięta, co jej się przytrafiło. Po pewnym czasie znajdują inną dziewczynę w jej wieku – martwą. Śledztwo prowadzą komisarz Malin Fors oraz jej partner Zeke. Do pomocy oddelegowani zostają także policjanci z innych miejscowości, ponieważ gra toczy się o dużą stawkę, a wielu pracowników komendy w Linkoping przebywa na urlopach.

W książkach Kallentofta lubię krótkie rozdziały, szybką akcję, ciekawe pomysły na zawikłanie fabuły, przejrzystość psychologiczną postaci. Podoba mi się tło zdarzeń, które jest co prawda dość typowe dla skandynawskich powieści – uprzedzenia rasowe względem emigrantów, stereotypowe postrzeganie obcokrajowców, problemy z dysfunkcyjnymi rodzinami. Lubię również rozsądnego i ułożonego Zeke, który potrafi zmienić się w lwa i tygrysa, gdy dochodzi do sytuacji krytycznej.

Nie lubię natomiast samej Malin Fors – to neurotyczka balansująca na granicy depresji, zapijająca smutki w samotności. Fors traktuje siebie i mężczyznę, z którym jest najbliżej, jak przedmioty służące do osiągania satysfakcji seksualnej. Jest niezdolna do zbudowania związku, bo za bardzo koncentruje się na sobie i nikogo do siebie nie dopuszcza. Na szczęście trafiła jej się rozsądna córka, która umie o siebie zadbać, bo nawet macierzyństwo Malin zmieniłaby w kolejną katastrofę.

Nie lubię również głosów z zaświatów pojawiających się w powieściach i komentujących poczynania policji. Przyznam szczerze, że tylko omiatam wzrokiem fragmenty pisane kursywą, bo źle na mnie działają te komentarze ze strony duchów / dusz osób zamordowanych. Dlatego tak szybko mi się czyta kryminały Kallentofta… Gdybym miała na półce kolejny tom, od razu wzięłabym go na tapetę, bo odczuwam niedosyt.

W czym TARGać książki?

W sobotę odbył się w Poznaniu pierwszy projekt grupy zwanej Cztelnisko pt: PrzyTARGaj książki.

Impreza polegała na przyniesieniu książek ze swojej biblioteczki i wymianie ich na książki przyniesione przez innych uczestników. Wróciłam do domu bardzo zadowolona z pięciu wymienionych książek (powyżej jedna z nich) i umiarkowanie zadowolona z pozostałych. W każdym razie popołudnie było udane, a ja postaram się uczestniczyć w kolejnych projektach – następny wedle zapowiedzi organizatorek ma odbyć się za miesiąc.

Zobaczcie w czym uczestnicy wymiany targali książki:

Prime time, Liza Marklund

Czarna Owca, 2010

Liczba stron: 437

„Prime time” to kolejna część serii o Annice Bengtzon, która wpadła w moje ręce. Staram się wypożyczać kryminały z biblioteki, a te z Czernej Owcy są rozchwytywane, więc nie upieram się przy czytaniu w kolejności, bo sama autorka pisała te książki niechronologicznie. Poza tym nie ma potrzeby trzymać się kolejności, bo każda sprawa kryminalna zaczyna się i kończy w jednym tomie. W życiu prywatnym i zawodowym Anniki natomiast łatwo się rozeznać.

Annika jest dziennikarką piszącą do działu kryminalnego popołudniówki „Kvallspressen”. Łączy pracę zawodową z wychowaniem dwójki małych dzieci. Jej partner zaczyna mieć dość jej zaangażowania w pracę. Przeżywają poważny kryzys, kiedy Annika zostaje wezwana na dyżur i wysłana w teren, tuż przed planowanym rodzinnym wyjazdem na święto Sobótki.

Annika zamiast z rodziną jedzie z fotografem do zamku, na którego terenie doszło do morderstwa gwiazdy telewizyjnej. Ekipa kręcąca tam serię programów znalazła prezenterkę martwą w wozie transmisyjnym rano po hucznej i mocno zakrapianej imprezie na zakończenie zdjęć. Okazuje się, że wśród członków ekipy znajduje się najlepsza przyjaciółka reporterki – Anna. Szybko wychodzi na jaw, że mordercą musi być jedna z dwunastu osób, które spędziły noc w zamku. Czy zmieni to coś w stosunku Anniki do swojej przyjaciółki?

Bardzo wciągająca książka. Czyta się ją lotem błyskawicy. Można zaufać Lizie Marklund wtedy, gdy szukamy dobrej rozrywki, a gardzimy tym, co proponuje telewizja. Niewiele filmów bowiem jest tak ciekawych, jak akcja powieści tej autorki. W „Prime time” smaczku dodaje umiejscowienie morderstwa w odosobnionym miejscu i ograniczenie tym samym liczby podejrzanych. Niesnaski, zawiść, zepsucie pośród osób pracujących przy nagraniu programu są drugim elementem fabuły, który wydał mi się znamienny i wart wyróżnienia. Zachęcam do lektury, jeśli jeszcze nie znudziły się Wam skandynawskie kryminały.

Kraj bez kapelusza, Dany Laferriere

Karakter, 2011

Liczba stron: 280

Rzadko udaje mi się przeczytać jakąś książkę spoza literatury polskiej i obszarów anglojęzycznych. „Kraj bez kapelusza” jest powieścią napisaną przez pisarza pochodzącego z Haiti. Haiti jest miejscem egzotycznym nawet dla samego … Haitańczyka.

Narrator, tożsamy z autorem, po dwudziestu latach emigracji wraca do swojego kraju. Z jednej strony odnosi wrażenie, że nic się nie zmieniło – w kraj panuje bieda, ludzie chodzą głodni, stolica jest przeludniona, panuje upał, na ulicach jest brudno i śmierdzi. W domu matka traktuje go niemal z nabożeństwem i troszczy o niego jak o małego chłopca. Jego przyjaciele wciąż mieszkają w okolicy, spotyka nawet dziewczyny, w których niegdyś się kochał.

Z drugiej jednak strony narrator patrzy na swoją ojczyznę z perspektywy obcego człowieka – zauważa rzeczy, których nie widzą ci, którzy z kraju nie wyjechali. Ten pobyt to jak wizyta w nieznanym miejscu. Co najbardziej go uderza, to fakt, że wiele osób, i wykształconych i niewykształconych wierzy w pojawienie się zombie na ulicach. Zombie jako wojownicy powołani przez prezydenta do walki z Amerykanami oraz zombie krążący nocami po mieście to pewnego rodzaju symbole współczesnego Haiti. Państwa, w którym niełatwo żyć, więc lepiej być martwym.

„-Umarli są szczęśliwsi od nas.

– Przecież pani nic o tym nie może wiedzieć.

– Ależ tak! Daje mi do myślenia, że żaden nie wrócił.”

Haiti przedstawione przez Laferriere’a to kraj, którego największym bogactwem są ludzie. Obdarzeni wyobraźnią, poczuciem humoru, wierni w uczuciach, oddani swoim bliskim, walczący z przeciwnościami losu.

Gorąco polecam Wam tę książkę.

Theodore Boone. Młody prawnik, John Grisham

Amber, 2010

Liczba stron: 240

Bardzo dawno temu często sięgałam po powieści Grishama. Podobały mi się opisywane przez niego sądowe potyczki i sensacyjne wątki. Przestałam czytać książki jego autorstwa kiedy trafiłam na jakiegoś gniota, którego nie mogłam strawić. Po upływie wielu lat minęła mi uraza do tego autora. W ubiegłym roku zaintrygowała mnie wręcz zapowiedź książki Grishama skierowanej do młodzieży. Kiedy nadarzyła się okazja przeczytania tej powieści postanowiłam z niej skorzystać. Ja i mój syn.

Theo Boone ma trzynaście lat i jest jedynym synem pary prawników. Jego mama zajmuje się rozwodami, ojciec specjalizuje się w nieruchomościach. Wspólnie prowadzą kancelarię, w której swój malutki gabinet ma także Theo. Chłopak fascynuje się prawem, zna mnóstwo przepisów i potrafi się nimi posługiwać. Za sprawą swoich rodziców zna sędziów i innych pracowników sądu. Spędza tam sporo czasu.

Bardzo fascynuje go proces o morderstwo, w którym na ławie oskarżonych zasiada mąż ofiary. To jedna z największych spraw w ostatnich latach i Theo bardzo by chciał móc śledzić cały proces od początku do końca. Niestety, musi chodzić do szkoły. Myśli o toczącym się procesie pochłaniają jednak większość jego czasu, na przerwach sprawdza postępy w sieci. Niestety, wszystko wskazuje na to, że oskarżony nie zostanie skazany, ponieważ oskarżenie opiera się tylko na poszlakach. Do młodego Boona zgłasza się jednak osoba, która może wywrócić do góry nogami dotychczasowe ustalenia. Jest jednak pewien problem…

To Grisham jakiego znamy z „Raportu pelikana” i z „Firmy”. Konkretny, skoncentrowany na głównym wątku, ciekawy. Książka podobała się i dwunastolatkowi, i jego znacznie starszej mamie. Nie ma w niej opisów nieodpowiednich dla młodego człowieka, ale ciekawie przedstawiony proces w sprawie o morderstwo. Postać Theo jest jak najbardziej do przyjęcia, chociaż w końcowych scenach było go trochę za dużo jak na mój gust – to był już czas żeby sprawę przejęli jego rodzice. W każdym razie bardzo mi się podobało, odprężyłam się i zrelaksowałam przy tej powieści. Teraz czekam na kolejną część, która chyba niebawem się ma ukazać.