Strzeż się psa, Izabela Szolc

Oficynka, 2011

Liczba stron: 158

Urzekły mnie psy na okładce, uwiódł tytuł i podtytuł – Psi kryminał, zwabiła spora czcionka i niewielka objętość książeczki. Co miałam dłużej czekać? Zaczęłam czytać zaraz po przyniesieniu książki z poczty. Skończyłam kolejnego dnia z mniejszym już entuzjazmem.

Narrację prowadzi widoczny na okładce bloodhound, który wabi się Albrecht, w skrócie Al. To pies niezwykle oczytany, zna doskonale dzieła Byrona, Szekspira, sprawnie posługuje się językiem łacińskim. Uwielbia błyszczeć swoją erudycją. Al wielbi swoją właścicielkę Laurę, która bez zbytniego powodzenia prowadzi firmę PR. Sama natomiast prowadzi się nie najlepiej, co Al często komentuje i nad czym ubolewa. Al przyjaźni się z innymi psami zamieszkującymi w drogim apartamentowcu i wraz z nimi przeżywa chwile grozy, gdy ktoś morduje psy na osiedlu. Postanawia wyjaśnić zagadkę zimnokrwistego mordercy.

Wydaje się być fajne, co nie? Ale tak nie jest. Książka jest przegadana i przefilozofowana. Przez większość czasu zupełnie nie wiadomo w jakim kierunku zmierza fabuła, ponieważ żaden z wątków nie jest wyeksponowany. Na pewno nie jest to kryminał, ponieważ ten wątek stanowi jakąś poboczną odnogę. Książka mogłaby być przede wszystkim komentarzem do mało moralnej współczesności oraz do życia singli. Sama Laura jawi mi się mocno jako antybohaterka i chętnie ugryzłabym ją w tyłek jakbym była Albrechtem.

Najsmutniejsze jest to, że nawet psy nie wydały mi się sympatyczne – jakieś takie wszystkie były rozlazłe i wymądrzające się. Żadnego nie polubiłam, chociaż wkurzało mnie, że ktoś chodzi i je morduje. Szkoda, że zamysł kryminału rozszedł się po kościach, bo pomysł na śledztwo prowadzone przez psy jest przedni. Ja jestem rozczarowana.

Cytat

„Taki jest sens literatury, żeby cię wykoleiła z normalnej codzienności, żeby cię wystrzeliła w kosmos z tego zwykłego życia, żebyś się nie dał udupić. Żebyś nie słuchał rodziców, tylko żebyś słuchał Martina Edena.”

Powyższe słowa znalazłam w rozmowie z Andrzejem Stasiukiem z cyklu „Rozmów o książkach” w GW.

Australia. Gdzie kwiaty rodzą się z ognia, Marek Tomalik

Wydawnictwo Otwarte, 2011

Liczba stron: 320

Australia to zdecydowanie mój number one marzeń podróżniczych. Przyciąga mnie jej egzotyka, odmienność fauny i flory, niesamowite kolory oraz mentalność samych Australijczyków. Nie ciągnie mnie na ekstremalne wyprawy przez nieuczęszczane szlaki, ale chciałabym zobaczyć życie miejskie oraz niezmierzone połacie Outbacku.

Marek Tomalik w Australii był wiele razy, ze swoimi żonami i dziećmi, organizował również ciężkie przeprawy do miejsc mało znanych i niedostępnych, jechał szlakiem Pawła Strzeleckiego. W książce opisuje fragmenty swoich wypraw, pokazuje ludzi zamieszkujących ten kontynent i ich wszechobecną postawę no worries. Udało mu się również zbliżyć (o ile to możliwe) to rdzennej ludności Australii – Aborygenów. Dużo opowiada o podróżowaniu w tym kraju, ekstremalnych temperaturach, częstych pożarach buszu, problemach z licznymi stadami kangurów oraz opowiada o endemicznej roślinności tego obszaru. Nie trzyma się jednak kurczowo Australii – przytacza rozmowę z polskim naukowcem, który bada pochodzenie i wykorzystywanie znalezionego na terenie polskich gór bumerangu.

Książka ilustrowana jest licznymi fotografiami. Miałam z nimi jednak pewien problem – często nie ilustrują tekstu położonego bezpośrednio przy nich. Np. autor opowiada o ogromnych farmach w Australii i locie samolotem nad jedną z nich. Fotografia z tego lotu znajduje się dobre sto stron dalej. Pisze o roślinach, a na zdjęciach znajdują się jakieś inne gatunki. Nie lubię tak – najwięcej radości sprawiają mi książki, w których tekst od razu ilustrowany jest fotografią.

Druga sprawa, która mi nie leżała to fakt, że zabrakło chronologii – nie wiedziałam w sumie ile razy i kiedy autor był w Australii. Może to mało istotne, ale jeśli wspomina, że bywał tam ze swoją pierwszą żoną, drugą żoną, kolegami i wspomnienia z różnych pobytów umieszcza w jednym rozdziale, to trochę mnie to wytrąca z rytmu czytania. Najchętniej powykreślałabym te osobiste dopiski wyróżniające każdą z żon, żeby nadać tekstowi spójności.

Oprócz obrazów tego fascynującego kontynentu w książce znaleźć można rady dla osób wybierających się w trasę po Australii, gorzkie wspomnienia dotyczące niesnasek w zespole i w rezultacie podzielenia się grupy podróżników, mały słownik wyrażeń australijskich, informacje o wierzeniach Aborygenów, a nawet rady jak podróżować z dzieckiem. Dla mnie to trochę za dużo – wolałabym poczytać o samej Australii. Dlatego nie jestem aż tak bardzo entuzjastyczna w ocenie tej książki, choć podzielam pasję M. Tomalika.

Misja Wallenberga, Alex Kershaw

Znak, 2011

Liczba stron: 304

Raoul Wallenberg jest postacią niezbyt znaną Polakom. Nic w tym dziwnego, swoją działalność dyplomatyczną prowadził na terenie Węgier. Dobrze jednak, że o człowieku, który ocalił tysiące istnień ludzkich zaczęto mówić głośno. Jego historia jest fascynująca i bardzo smutna.

W 1944 roku na Węgry przybywa Adolf Eichmann – nazista odpowiedzialny za eksterminację Żydów. Chociaż Węgry są państwem sprzymierzonym z Niemcami nie omijają ich czystki. Machina zagłady działa szybko i skutecznie, wysiedlane są całe miasta i wsie, a pociągi towarowe wiozą pojmanych Żydów niemal wprost do pieców krematoryjnych Auschwitz. Alianci pragną pomóc jakoś węgierskim Żydom. Wpadają na pomysł, by na miejsce wysłać dyplomatę z państwa neutralnego – Szwecji. Wallenberg przybywa do Budapesztu i niemal natychmiast z pełnym zapałem i poświęceniem wymyśla skuteczne sposoby na wyrwanie jak największej liczby osób z rąk Eichmanna.

Rozdaje Żydom paszporty dyplomatyczne, umieszcza ich w zakupionych specjalnie w tym celu domach zwanych domami bezpiecznymi, pojawia się na dworcu przed odjazdami pociągów do Auschwitz czy obozów pracy pod Wiedniem, zakłada sierocińce, daje miejsca pracy. Targuje się o każdego człowieka, ratuje tylu, ilu może. Jest bezkompromisowy i choć nie należy do osób odważnych uskrzydla go świadomość wagi swoich działań – walczy przecież o ludzkie życie.

Po wycofaniu się Niemców z Węgier i przejęciu władzy w kraju przez wojska węgierskie kończy się dobra passa Wallenberga. Węgrzy okazali się być antysemitami, barbarzyńcami i mordercami. Nie liczą się już żadne względy dyplomatyczne, Żydzi padają ofiarą na wpół dzikich oddziałów wojska. W książce znajdziemy więcej takich paradoksów i niesprawiedliwych zakrętów losu i historii. Misja Wallenberga dobiega końca wraz z przybyciem do Budapesztu wojsk sowieckich – on sam zostaje aresztowany i wywieziony do Moskwy.

Najciekawszym zabiegiem literackim ze strony autora jest pomysł przedstawienia historii kilku żydowskich rodzin – w czasie wojny oraz ich losów po wojnie. Równocześnie pokazuje jak potoczyło się życie Eichmanna oraz samego Wallenberga i jego rodziny walczącej o jakikolwiek kontakt z uwięzionym dyplomatą. Historia, która skrzyżowała drogi tych ludzi nie była dla nich zbyt łaskawa i sprawiedliwa. Ani prześladowcy, ani prześladowani nie odnieśli zwycięstwa w tej wojnie. Wszyscy przegrali.

Mężczyzna i dwie kobiety, Doris Lessing

PIW, 2008

Liczba stron: 323

To będzie długi i szczegółowy wpis, bo tworzony na bieżąco w trakcie czytania. Przede wszystkim stworzyłam te zapiski ku mojej wygodzie, by lepiej zapamiętać to, o czym czytałam i by pomóc sobie w interpretacji niektórych opowiadań. Lojalnie uprzedzam, że mogą pojawić się spoilery…

Zaliczona – podstarzały literat, który w życiu nie odniósł oczekiwanego sukcesu rekompensuje sobie swoje porażki licznymi podbojami seksualnymi. Nie mylić z miłością. Wyszukuje kobiety, które wyróżniają się spośród innych i robi wszystko, by je posiąść. I tyle. Jego kolejną zdobyczą ma być scenografka, która zyskała dość dużą popularność.

Ależ ten gość jest irytujący, nachalny i obrzydliwy. Nawet nie bardzo próbuje się maskować wybierając sobie zdobycz. Bierność jego 'wybranki’ zupełnie psuje mu wieczór. Ona natomiast zachowuje się z rezygnacją, wiedząc do czego zmierza jej nowy znajomy. Nie ułatwia mu, ani go nie zachęca, ale nie opiera się jakoś szczególnie. Ta obojętność i brak jakichkolwiek emocji zaskakują go bardziej niż groźba oskarżenia go o gwałt. Jemu przecież chodziło o podkreślenie swojej męskości i dopieszczenie spuchniętego ego.

Kobieta na dachu – upalne lato. Trzech robotników wymienia rynny na dachu kamienicy. Jest bardzo gorąco, robota nie idzie. Zauważają opalającą się kobietę na innym dachu. Prawie naga, nikogo nie kokietująca, nie reagująca na ich zaczepki wzbudza w nich skrajne emocje. Najmłodszy z nich, siedemnastoletni chłopak marzy o niej i wyobraża sobie, że zostaną parą. Najstarszy wydaje się być obojętny, chętnie na nią patrzy, ale nie wyjawia swoich uczuć. Problem leży w tym, który niedawno się ożenił – ten zaczyna pałać nienawiścią do opalającej się nieznajomej. Obrzuca ją obelgami, wyraża się pogardliwie. Dlaczego? Problem leży w nim samym…

Jak na dobre pozbyłam się serca – nie wiem za bardzo o czym to jest… Pani ok. 40 lat. Przeżyła dwie ważne miłości i wiele romansów. Liczy na kolejną ważną miłość. W międzyczasie serce wypada jej na dłoń i pozostaje tam do czasu, gdy nie ujrzy w metrze kobiety, której twarz wyraża tylko pustkę. Może to o depresji? Może o miłości homo? W każdym razie zupełnie mi nie leży to opowiadanie.

Mężczyzna i dwie kobiety – Stella odwiedza swoich bliskich przyjaciół w domku na wsi, gdzie zaszyli się ma czas urodzenia i odchowania dziecka. Wszyscy są artystami, świetnie się dogadują. Oba małżeństwa wydają się być wzorowe, ale po urodzeniu syna Dorothy zaczyna oddalać się od męża. On również przekracza granice, które dotychczas były nienaruszone. Ich problem uświadamia Stelli, że i jej małżeństwo nie jest doskonałe, a to, co zgodziła się zaakceptować dla dobra związku uwiera ją bardziej niż chciałaby się przyznać.

Pokój – pisarka wynajmuje mieszkanie. Urządza je by było bardziej przytulne. Nasłuchuje odgłosów z mieszkania starszego małżeństwa mieszkającego na górze. A pewnego dnia śni jej się sen – ten sam pokój, w którym mieszka, ale inne czasy… Nie wiem jak interpretować to opowiadanie. Jest zbyt krótkie, bym mogła się zżyć z bohaterką i patrzeć na świat jej oczami.

Anglia przeciwko Anglii -syn górnika wyjeżdża na studia do Oksfordu. Praktycznie cała rodzina odczuwa skutki ekonomiczne drogich studiów najstarszego brata, a nim targają sprzeczne uczucia. Boi się, że zawali egzamin i wszystkich zawiedzie, źle czuje się z tym, że nawet jego młodszy brat – robotnik od kilku lat pracuje na swoje utrzymanie i planuje założyć rodzinę. Dołuje go fakt, że mimo wykształcenia nie ma nadziei na dobrą pracę. Najbardziej doskwiera mu to jak bardzo różni się od swojej rodziny – postrzega ją jako prostaków, ludzi ograniczonych, nie mających celu w życiu. Charlie znajduje się w połowie drogi między klasą średnią a robotniczą i pewnie nie zrobi kroku w żadną stronę. Tytuł opowiadania mówi bardzo wiele.

Dwoje garncarzy – narratorka ma powtarzający się sen o garncarzu pracującym w małej, egzotycznej, biednej wsi. Opowiada ten sen swojej znajomej zajmującej się garncarstwem artystycznym. Światy garncarzy zaczynają się przenikać za sprawą małego króliczka z gliny, w którego garncarz tchnął życie… Nie lubię opowiadań, w których główną rolę odgrywa sen.

Kobiety po przejściach„Teraz po dwudziestu latach i jedenastu kochankach – mężczyznach wybitnych lub przynajmniej potencjalnie wybitnych – nadal miała seks i odwagę. Ponieważ jednak nigdy nie stawiała na pierwszym miejscu swojego talentu artystycznego, lecz zawsze dbała o rozwój kariery kolejnego mężczyzny, z którym żyła, co czyniła ze szczodrości serca (przypuszczalnie swojej najlepszej cechy), nie potrafiła teraz zarobić na życie. W każdym razie nie w takim stylu, do jakiego przywykła.” Ten cytat mówi wiele na temat opowiadania. Spotkanie dwóch porzuconych kobiet, które cały czas przedkładały swoją wygodę i zależność od mężczyzny od własnego rozwoju, snując tylko mrzonki o własnym talencie. Obie nie umieją niczego więcej niż służyć ciałem mężczyźnie za odpowiednią gratyfikację finansową. Same chciały… Zero współczucia z mojej strony.

Nasza przyjaciółka Judith – Judith jest prostolinijna i prawdomówna, chociaż jest poetką twardo stąpa po ziemi. Wyjazd do Włoch i przyjaźń z ciężarną młodą kotką wytrąca ją z równowagi. Zdaje sobie sprawę, że od bliskich jej tam osób dzieli ją stosunek do kota. Poruszające opowiadanie. Podsumowują je słowa: „Nie chodzi tu o odróżnianie dobra od zła. Dlaczego miałoby o to chodzić? Kim się jest – o to idzie.

Wzajemność – opowiadanie o miłości brata i siostry – miłości w sensie fizycznym i emocjonalnym. Małżeństwo siostry i związek brata stanowią tylko przykrywkę dla prawdziwego uczucia. Czy możemy kochać tylko taką osobę, która jest do nas pod każdym względem podobna?

Spotkanie z Izaakiem Bablem – trzynastolatka zauroczona o dwa lata starszym kolegą czyta opowiadania Izaaka Babla po to, by zbliżyć się do chłopca. Niewiele z nich rozumie. Ja niewiele rozumiem z tego opowiadania. Może powinnam najpierw poczytać Babla?

Przed ministerstwem – społeczność afrykańska ma umówione spotkanie z brytyjskim ministrem. Przed wejściem do budynku ujawniają się różnice w poglądach czterech przedstawicieli. Jednak do ministra wchodzą wszyscy udając jedność. Nuda…

Dialog – Kobieta odwiedza bliskiego sobie mężczyznę. Ten mieszka na ostatnim piętrze i nie wychodzi z mieszkania. Najlepiej czuje się w małym zaciemnionym pokoju, który jest jego pracownią i sypialnią. Po wyjściu kobieta znowu zaczyna czuć, że żyje, a uświadamia sobie potrzebę bycia z innymi wtedy, gdy trzyma w ręce zerwany z krzaka liść. Gdzieś tam przez głowę przemknęła mi myśl interpretująca to opowiadanie, ale już znikła, więc chyba interpretacja była do niczego.

Zapiski do historii choroby

Pokój numer 19

o tych dwóch opowiadaniach pisałam TUTAJ. Oba są świetne. Jedne z najlepszych w tym tomie. Oprócz nich wyróżniłabym również opowiadanie tytułowe i dwa pierwsze „Zaliczoną” i „Kobietę na dachu”. Gdyby nie one, byłabym nieco rozczarowana. Bez wątpienia bardziej odpowiadają mi powieści Doris Lessing niż jej opowiadania.