Domowa czytelnia – rozważania o łazience

Jak wielu z Was czuję się osamotniona kiedy nie mam w łazience niczego do czytania. Tradycję czytania w tym pomieszczeniu kultywuje z oddaniem cała moja rodzina. Na koszu do prania zazwyczaj leżą czasopisma, na pralce przemycone tam książki. Do szału doprowadza mnie (i pozostałych domowników) sytuacja, gdy ktoś w szale sprzątania uprzątnie zalegającą tam makulaturę. Pozostają wówczas etykiety na kosmetykach, proszkach i płynach do płukania.

W trosce o moje dobre samopoczucie, mąż zgromadził w łazience podręczną biblioteczkę 😉 Wyjdę stamtąd jak „wyczytam” tunel do wyjścia…

Przyznajcie się, czy Wy też czytacie w łazience? Jeśli tak, to co?

Cytat

Sobota przeleciała, a ja nie umieściłam wczoraj cytatu. Nic by się nie stało, gdybym pominęła ten tydzień, ale chciałam podzielić się słowami, które oddają wiele prawdy o współczesnym świecie mediów i świecie w ogóle. Każdy z nas, kiedy chwilkę się zastanowi, bez problemu znajdzie przykłady ilustrujące słowa Wisławy Szymborskiej:

„Żadne, nawet najwyższe wykształcenie nie zabroni nikomu mieć złego smaku. W najlepszym razie – od czasu do czasu.”

Ciągnąc temat złego smaku i upodobania do kiczu podzielę się jeszcze jednym spostrzeżeniem poetki:

„Między arcydziełem a kiczem istnieje mocny związek, dla obu stron zresztą życiodajny. Epoka, w której skutecznie zlikwidowano by kicz, byłaby epoką bez szansy na arcydzieła. Panowałaby powszechnie sztuka średnia, czyli niepłodna, czyli żadna.”

Opowieść o Darwinie, Irving Stone

Muza SA, 2011

Liczba stron: 720

Czytanie takiej wielkiej księgi nie jest łatwe z wielu względów. Po pierwsze, przytłacza jej ciężar, zatem odpada długi relaks z książką w łóżku (chyba, że ktoś lubi wykonywać ćwiczenia na bicepsy). Po drugie, oczy przyzwyczajone do czytania książek wydanych w mniejszym formacie (takim, który pozwala na objęcie wzrokiem całej linii), zaczynają buntować się po kilku akapitach. Po trzecie, objętość książki oraz ilość materiału w niej zawarta sprawiają, że czytanie trwa długo. Osoba, która tak, jak ja, lubi co drugi dzień trzymać w ręku książkę o innej tematyce, może wreszcie znudzić się czytaniem wciąż tej samej pozycji. Znalazłam na to sposób: Darwina dawkowałam sobie w ślimaczym tempie, a w międzyczasie czytałam inne powieści.

Teraz, gdy po około miesiącu dobiegłam do ostatniej strony, czuję lekki smutek: związałam się z bohaterami książki, rodzina Darwinów oraz przyjaciele Karola są mi niemal tak dobrze znani jak moi bliscy. Początki czytania jednak nie zapowiadały takiego stanu rzeczy. Irving Stone napisał książkę, w której nie pomija żadnego szczegółu. Opisuje wystrój wnętrz, wygląd posiadłości, podaje dużo faktów związanych z czynnościami nie wnoszącymi nic do książki (kogo Karol odwiedził, kto przyjechał na kolację do jego domu rodzinnego The Mount, itp). Zanim młody naturalista wyruszył w podróż dookoła świata statkiem Beagle, młody (a co!) czytelnik zaczął artykułować pogróżki pod adresem książki, które sprowadzały się do tego, że jeśli Darwin nie wyruszy w podróż natychmiast, to książka ląduje w kącie. Szczęśliwie Karol wypłynął z portu zanim skończyła się moja cierpliwość. Zakładałam bowiem, że podróż okaże się najciekawszym etapem życia Darwina oraz najbardziej fascynującym fragmentem książki. Znalazłam w tej biografii coś, co podobało mi się jeszcze bardziej niż opis pięcioletniej podróży, ale ona właśnie była momentem przełomowym i zadecydowała o tym, że książki nie porzuciłam po przydługim wstępie.

Za co najbardziej cenię biografię Darwina? Autor zdołał zawrzeć w książce psychologiczny portret człowieka wychowanego w poszanowaniu religii, mającego przyjąć święcenia po ukończeniu nauki w Cambridge, który pod wpływem poczynionych obserwacji przyrodniczych, decyduje się rzucić wzywanie całemu współczesnemu establishmentowi związanemu z nauką i kulturą. To fascynujące jak wielką drogę musiał przejść Darwin, aby odrzucić doktrynę kościoła i przekonanie, że Bóg stworzył wszystkie istoty w ich ostatecznej formie, a także zakwestionować stwierdzenie, że nie może być nic doskonalszego poza ideą boską. Rewolucja jakiej dokonał wydając książkę „O powstawaniu gatunków” pociągnęła za sobą z jednej strony ostrą krytykę konserwatywnych i głęboko religijnych przyrodników-strażników moralności, z drugiej strony podziw naukowców z całego świata. Po tej publikacji Darwina dzielił już tylko krok od rzucenia rękawicy kościołowi i światu – po kilku latach wydał rozprawę opisującą ewolucję człowieka.

Karol Darwin przedstawiony jest jako człowiek szarpany niepewnością i lękiem przed reakcją czytelników na swoje teorie. Jego żona wspierała go w codziennych trudach i obdarzała miłością, chociaż nie podzielała jego poglądów. W przypadku bezpośredniego ataku na Darwina stawała zawsze w jego obronie. I choć przyrodnik odchorował niejedną ostrą krytykę, to zawsze niezłomnie bronił swoich przekonań. Ten człowiek obdarzony był nie tylko  niezwykłym umysłem, ale również silnym charakterem, którego nie złamały ani obelgi krytyków, ani nawet stanowcze odrzucenie jego teorii przez osoby, które podziwiał i z którymi się przyjaźnił.

Po zamknięciu książki dopadły mnie rozmaite refleksje związane z lekturą. I dobrze, bo książka, nawet jeśli jest obszerną biografią, powinna prowokować do myślenia. Irving Stone wykonał kawał dobrej roboty gromadząc materiały na tę książkę oraz kompilując je w zapis życia, doświadczeń, osiągnięć naukowych Darwina. Jednocześnie udało mu się nie stracić z pola widzenia ludzkiego oblicza naukowca, który był dobrym mężem i ojcem, który do śmierci utrzymywał ciepłe stosunki ze swoim rodzeństwem, którego dom otwarty był dla naukowców i krewnych. Pokazał go jako człowieka skrupulatnego w swoich zapiskach dotyczących zdrowia (w końcu nie wiadomo czy Darwin był hipochondrykiem, czy rzeczywiście cierpiał na jakieś schorzenia gastrologiczne). Położył spory nacisk na oszczędność naukowca, który żył znacznie poniżej poziomu życia, na jaki było go stać. W końcu sprawił, że czytelnik, który nie ma żadnego zacięcia do nauk przyrodniczych, widzi w Darwinie kamień milowy myślenia wolnego od nakazów religii oraz fajnego, ciepłego człowieka.

Przynęta, Jose Carlos Somoza

Muza SA, 2011

Liczba stron: 507

Twórczość Jose Carlos Somozy od dawna mnie intryguje. Odkrywam pisarstwo tego autora powoli, delektując się kolejnymi powieściami. Cieszę się, że jeszcze dużo ich przede mną, bo każda czymś mnie zaskakuje. Nie inaczej było z „Przynętą”.

W przypadku tej powieści zostałam zaskoczona nie tyle samą ideą wykorzystywania ludzi w roli przynęt dla seryjnych morderców, ile sposobem działania tej „tajnej broni” policji. Cały zamysł oparty jest na wykorzystywaniu najczulszych punktów psychiki człowieka. Każdemu człowiekowi odpowiada jakaś „filia” – fascynuje go i podnieca jakiś charakterystyczny typ zachowania. Policyjni profilerzy opracowali zestaw gestów odpowiadający każdej filii. Pierwotny opis takich zachowań ukryty jest w dziełach Szekspira, które wykorzystywane są przez trenerów do szkolenia przynęt.

Moim zdaniem, wszystko to zostało przez Somozę genialnie obmyślone. Pozostało tylko dodać jakąś sensacyjną fabułę i ciekawych bohaterów. I tutaj również autor nie zawiódł. Diana Blanco jest jedną z najbardziej doświadczonych przynęt. Zamierza wycofać się z branży i zacząć żyć normalnie. Na przeszkodzie stoją jej dwie niedokończone sprawy: grasujący po ulicach miasta psychopatyczny morderca kobiet zwany Widzem oraz determinacja jej młodszej siostry (również przynęty), by usidlić groźnego przestępcę.

Początek powieści był dla mnie trudny. Nie ze względu na nową terminologię i fantastyczne techniki policyjne, ale przez opisy dewiacyjnych zachowań. Przestępcy z kart powieści to osoby kierujące się psychopatycznymi żądzami, zwierzęcym instynktem i sadystyczną rozkoszą. Czułam, że oblepia mnie cały brud świata.

W środkowej części pojawiają się nowe wątki, kolejne postacie, akcja się zapętla. Jak to u Somozy rozwiązanie nie jest oczywiste – w każdym momencie można się spodziewać zasadzki na czytelnika i podwójnego dna. Nie raz się zdziwiłam, że akcja przybiera taki a nie inny obrót. To wymagająca lektura. Warto jej poświęcić kilka chwil i dać się porwać wyimaginowanemu światu przyszłości, w którym trwa odwieczna walka dobra ze złem, a życie jest teatrem.