Rio Bar, Ivana Sajko

WAB, 2011

Liczba stron: 159

Wojna to męska rzecz. Ale wojna dotyka nie tylko mężczyzn. W książce Ivany Sajko do głosu dochodzą kobiety – ofiary i świadkowie wojny w byłej Jugosławii. Temat wydał mi się interesujący. Nie za dobrze znam literaturę z tamtych rejonów, a tu nadarzyła się okazja by w formie sfabularyzowanej poznać fragment najnowszej historii.

Książka jest monologiem trzech kobiet (być może jest to jedna i ta sama kobieta uchwycona w różnych okresach życia). Przemawia panna młoda, której wesele zostało przerwane przez atak wojska, a ona sama została rozłączona ze swoimi bliskimi. Wypowiada się oczekująca swojego męża kobieta mieszkająca w obozie dla uchodźców. Najwięcej miejsca zajmują przeżycia kobiety, która już po wojnie stara się napisać powieść. Przyjeżdża do turystycznego miasta i tam spędza czas na piciu i wychodzeniu z kaca.

Po lekturze książki o Chorwacji i wojnie w byłej Jugosławii wiem tyle ile wiedziałam. Zupełnie nie odpowiadała mi narracja – wyrwane obrazy, niepołączone ze sobą sceny, opisy upodlenia ludzi, które mogą być albo przetworzoną literacko prawdą, albo majakami pijackimi nawalonej paniusi. Obrzydzała mnie ta wiecznie pijana kobieta snująca się od baru do baru, od alejki po nabrzeże, nieustannie wymiotująca i przeżywająca alkoholowe koszmary.

Pierwszy raz zupełnie nie pasowała mi książka wydana w serii „Z miotłą.” Szczęśliwie powieść jest niezbyt długa. Na końcu znajduje się indeks wydarzeń, do których odwołują się niektóre fragmenty tekstu. Przyznam, że nie bardzo chciało mi się go czytać – takie puste fakty znajdę w encyklopedii.

Witamy w piekle, Dom Joly

Carta Blanca, 2011

Liczba stron: 277

Książka opatrzona jest podtytułem: „Wyprawy do miejsc odradzanych przez biura podróży”.

Dom Joly jest komikiem znanym z telewizji. Jego prześmiewczy program Trigger Happy TV jest bardzo popularny w Wielkiej Brytanii. Sam Joly pochodzi z Libanu, w którym się urodził i spędził pierwsze lata życia. Do tej pory w Libanie mieszka jego przyrodnie rodzeństwo, ale sam Dom, mimo egzotycznego pochodzenia i urody, jest na wskroś brytyjski. Komik postanawia zostać tanatoturystą (mrocznym turystą) i udać się w podróż do miejsc śmierci i katastrof odznaczających się szczególnie makabrycznym charakterem. Oprócz Czarnobyla, Dallas, Nowego Jorku i Kambodży jedzie również do Korei Północnej i Iranu – krajów reżimu totalitarnego. W sumie odwiedza sześć krajów. Wspomnienia i obserwacje zawarł w tej książce, a zdjęcia z podróży można obejrzeć na stronie Doma na Fejsbuku, aczkolwiek polecałabym najpierw przeczytać „Witamy w piekle”.

Dom pisze ciekawie, często ironicznie i prześmiewczo. Jednocześnie, dotyka spraw trudnych – problemu bezkarności oprawców armii Pol Pota w Kambodży, wyobcowania ludności Korei Północnej, ubóstwa tego kraju, absurdów do jakich dochodzi w tzw. strefie wykluczenia wokół Czarnobyla. Podczas każdej podróży stara się dotrzeć do miejsc odwiedzanych przez zwykłych mieszkańców. Nie jest to możliwe w Korei, gdzie grupie turystów na każdym kroku towarzyszy koreański przewodnik.

Z początku wydawało mi się, że nie do końca będzie mi odpowiadał język reportażu, bałam się wtrąceń „komika” oraz niesmacznych dowcipów. Okazało się, że reportaże da się czytać i czerpać z lektury wiedzę i przyjemność. Tym bardziej, że wcześniej już poznałam literacko niektóre z opisanych przez Doma Joly miejsc. Joly zabrał mnie w fascynującą podróż w czasie do:

Iranu – znanego mi:

z rewelacyjnego komiksu „PERSEPOLIS” Marjane Satrapi, który opowiada o dzieciństwie w Teheranie lat osiemdziesiątych,

z niezapomnianego reportażu Ryszarda Kapuścińskiego „SZACHINSZACH” oraz ciepłej opowieści o trzech irańskich siostrach na emigracji pt: „ZUPA Z GRANATÓW.”

Czarnobyla – znanego mi:

z przejmującego albumu opatrzonego wspomnieniami fotografa Igora Kostina (CZARNOBYL. SPOWIEDŹ REPORTERA)

Korei Północnej znanej mi:

z komiksu „PHENIAN”, w którym Guy Delisle opisuje i ilustruje swoje wrażenia z dwumiesięcznego pobytu w tym zamkniętym dla turystów kraju.

Wszystkie zalinkowane powyżej lektury gorąco polecam, podobnie jak reportaż „Witamy w piekle”, któremu wystawiam ocenę:

Cytat

„Niesamowite musi być wstawanie przed wszystkimi – zerwać się o wpół do czwartej, siłą odepchnąć ciepło drugiego ciała, ciepło kołdry, ciepło ugniecionej poduszki, i wstać, zobaczyć świat znienacka, śpiący, obnażony, nieprzygotowany. Nigdy nie potrafiłem się do tego zmobilizować.”

Jakub Małecki „W odbiciu”

Hmm… ja też 😉

Robert Smith i Witamy w piekle

Znowu udało mi się wytropić coś o The Cure w czytanej książce. To takie moje nieszkodliwe hobby.

Odniesienia do The Cure pojawiają się w najmniej spodziewanych miejscach. Książka „Witamy w piekle”, której autorem jest Dom Joly opowiada o miejscach odradzanych przez biura podróży. Dom postanawia odwiedzić miejsca znane z tego, że były miejscem morderstwa, zbrodni przeciw ludzkości lub ogromnej katastrofy. Recenzja książki pojawi się wkrótce, teraz chcę przytoczyć anegdotę, której bohaterem jest lider The Cure.

Najpierw jednak krótkie wprowadzenie. Dom Joly jest znanym brytyjskim komikiem, gospodarzem różnych prześmiewczych programów. Można go porównać do „naszego” Szymona Majewskiego.

Polecam lekturę tego dość długiego fragmentu:

„Chwilę później wszyscy trafiliśmy do maleńkiego hotelowego baru, w którym przy świecach piliśmy piwo i słuchaliśmy The Cure z iPoda jednego z Irlandczyków.

Czy to nie dziwnie – słuchać The Cure w samym środku Korei Północnej podczas zaciemnienia? Czemu nie, Robertowi Smithowi na pewno by się to spodobało. W młodości, jako wielbiciel wszystkiego co gotyckie, byłem wielkim fanem The Cure. Kiedy moje programy telewizyjne odniosły sukces, udało mi się poznać Smitha. Gdy go spotkałem po raz pierwszy, poprosiłem go o gościnny występ w fałszywym filmie dokumentalnym o moim życiu. Chciałem żeby zagrał drużbę w scenie ślubu w urzędzie stanu cywilnego w Maryleborne. Później spotkaliśmy się w biurze produkcyjnym i wywarł na mnie ogromne wrażenie. Zaproponował mi podwiezienie na plan zdjęciowy swoim wypasionym samochodem z szoferem. Byłem tak zaaferowany rozmową z nim, że kiedy dotarliśmy na miejsce, zupełnie bezmyślnie otworzyłem drzwi od strony jezdni i urwała je przejeżdżająca właśnie ciężarówka. Szofer przeżył załamanie nerwowe, a Robert Smith zaczął się zastanawiać czy nie znalazł się czasem w ukrytej kamerze.” (str. 221)

Cień gejszy, Anna Klejzerowicz

Replika, 2011

Liczba stron: 249

To moje pierwsze spotkanie z twórczością Anny Klejzerowicz. Szkoda, że poprzednie jej książki okazały się być zupełnie poza moim zasięgiem. Żałuję, bo po „Cieniu gejszy” mam ochotę na więcej.

W Trójmieście co rusz ktoś ginie. Wnikliwe śledztwo prowadzone przez Marka Zebrę łączy zgony z cyklem japońskich drzeworytów. Wyjątkowo piękne, choć niezbyt cenne obrazy, są na celowniku przestępców. Niepokoi się również niezależny dziennikarz Emil Żądło, ponieważ ktoś podszywa się pod niego na internetowych forach i zostawia tam tajemniczo brzmiące komentarze. Żądło i Zebra w imię długoletniej przyjaźni jednoczą swoje siły w celu odnalezienia przestępcy oraz poznania motywu jego zbrodni. Ten wcale nie jest oczywisty, ponieważ sięga daleko w historię – wiąże się z czasami wojny rosyjsko-japońskiej oraz pomocą jaką prusacy z Gdańska udzielali Japończykom.

Choć książka jest kryminałem to można nazwać ją lekką. Autorka nie eksploruje najczarniejszych zakątków duszy dewiantów, nie epatuje przemocą, nie opisuje ze szczegółami ran i obrażeń denatów, unika nawet dosadnego języka. To elegancki kryminał w starym stylu, który nie straszy ani nie obrzydza, a którego siłą napędową jest pomysł na fabułę. Książka dostarczyła mi spodziewanej rozrywki. Polecam!