Raki pustelniki, Anne B. Ragde

Smak Słowa, 2011

Liczba stron: 296

Nie zwlekałam zbyt długo z lekturą drugiej części trylogii o rodzinie Neshov. Zauroczona pierwszą częścią postanowiłam „kuć żelazo póki gorące”. Zjadała mnie ciekawość co też przydarzy się bohaterom i jak potoczą się ich losy. Najbardziej jednak intrygowało mnie czy uda się im ocalić tę cienką nić porozumienia, która wytworzyła się między nimi przy okazji choroby i pogrzebu Anny. Przez chwilę poczułam się jak miłośniczka seriali, która niecierpliwie śledzi podawane w odcinkach losy swoich ulubionych bohaterów. A warto nadmienić, że powieść została sfilmowana właśnie w formie serialu. Z tym, że ja się nie piszę na jego oglądanie, bo nie lubię konfrontować mojej wyobraźni z koncepcją reżysera.

Erlend i Krumme przeżywają kryzys w swoim związku. Po niegroźnym w skutkach wypadku Krumme wyznaje swojemu partnerowi, że od jakiegoś czasu marzy o dziecku. Dla Erlenda to prawie koniec świata. Torunn zakochuje się. Wchodzi w nowy związek, oddając się w stu procentach. Jednak dość szybko pojawiają się pewne zgrzyty. Margido dokonuje rewolucji na swoją skalę – nosi się z budową sauny w mieszkaniu. Największe zmiany zachodzą w gospodarstwie Tora i jego „ojca”. Mężczyźni dostają do pomocy dochodzącą gosposię. Ale to nie wszystko, sytuacja wszystkich zmienia się dość diametralnie, gdy Tor poważnie rani się w nogę. Torunn, która przyjeżdża na wieś bierze na siebie większość obowiązków, z czego ten najbardziej przykry to znoszenie ciągłych pretensji i niezadowolenia Tora.

Kolejna porcja życiowych perypetii członków tej rodziny wciągnęła mnie bez reszty. Jak tytułowe raki pustelniki, które zakładają na siebie nowe domki z muszli, tak bohaterowie przymierzają się do nowych sytuacji, zrzucając z siebie stare przyzwyczajenia i przekonania. Praktycznie każde z nich staje się kimś innym, mniej skoncentrowanym na sobie, swoich uprzedzeniach, światopoglądzie, któremu hołdował od lat. To przede wszystkim pojawienie się w rodzinie Torunn wprowadziło powiew świeżości – bracia Neshov widziani oczami prawie obcej kobiety, której na nich zależy, stają się odrobinę bardziej zaangażowani.

I jeszcze jedna refleksja – to pierwsza książka, w której tak sympatycznie i normalnie przedstawiono parę homoseksualną. Jak się dobrze zastanowić, jest to jedyna para w książce, który ma się dobrze, obdarza się niczym niezachwianą miłością i szacunkiem. Uwielbiam czytać o Erlendzie i Krumme. Co oczywiście oznacza, że wkrótce wracam z wrażeniami z ostatniej – trzeciej części sagi.

Lotem gęsi, Mariusz Wilk

Noir Sur Blanc, 2012

Liczba stron: 205

Urzekła mnie nastrojowa okładka. Zaintrygował podtytuł (a raczej w tym przypadku „nadtytuł”) – Dziennik północny. O samym autorze i innych jego książkach wiedziałam niewiele. I dobrze. Bardzo lubię jak książka broni się sama. W tym przypadku rzeczywiście się obroniła. Chętnie ruszyłam śladem wędrówek intelektualnych i krajoznawczych Mariusza Wilka.

Autor zawarł w książce trzy opowieści. Rozpoczyna od gawędy o mieście, w którym mieszka i które wybrał sobie spośród innych miast świata – Pietrozawodska położonego nad jeziorem Onieżskim w Rosji, mniej więcej na wysokości fińskiego Tampere. Autor zabiera czytelnika na spacery po mieście współczesnym oraz w jego przeszłość. Bada ją w sposób tradycyjny – w ciszy i nabożeństwie miejscowej biblioteki. Odkrywa losy założycieli kopalń i fabryk położonych nad jeziorem. Od jednej opowieści przechodzi płynnie do następnej. I w ten sposób znajdujemy się na Labradorze – odległej krainie Kanady.

Podróżnik poznaje Labrador jadąc szlakiem swojego mentora podróżniczego Kennetha White’a. Jednak nie jest to do końca podróż jaką pragnąłby odbyć – niewiele ma wspólnego z prawdziwą włóczęgą. Klimatyzowany samochód, rezerwacje na promach i wdzierająca się z każdej strony nowoczesność oraz związany z nią pośpiech deprymują pisarza i skłaniają do refleksji nad turystyką i włóczęgą, który konkluduje:

„Włóczęga jest bowiem stanem ducha, a nie czynnością – profesją lub hobby – jak wojażowanie.”

W ostatniej zawartej w tomie opowieści znajdujemy się na powrót w Rosji – w pozbawionym wszelkich wygód domu na wsi, w którym autor z żoną / partnerką i maleńką córeczką spędzają pierwsze lata po urodzeniu dziecka. Późne ojcostwo otworzyło przed autorem nowy świat, nowe wyzwania i świeżość spojrzenia. Jednocześnie stajemy się świadkami łączenia kultur – w domu pisarza spotykają się intelektualiści z zachodu z rosyjskim traktorzystą czy bezrobotnym sąsiadem. Tak samo jak w prozie Wilka, erudycja przeplata się z nierzadko siermiężną codziennością.

Mariusz Wilk jest idealistą, człowiekiem wolnym od przymusu posiadania. Pisze nastrojowo, specyficznym stylem, w którym przeplata słowa rosyjskie, staropolskie i własne neologizmy:

„Piszę jak chodzę, nieśpiesznie, żeby czytając, można było kontemplować to, co widzę, idąc. To proza nie dla miłośników bystrej jazdy i migotliwych obrazków.”

Dla takiej książki warto zatrzymać się w biegu i, tak jak pisze autor dając przykład wodospadu, kontemplować ją w świetle i mroku, deszczu i słońcu, aniżeli lecieć na łeb na szyję, żeby „zaliczyć” dwa wodospady czy dwie książki w jeden dzień. Ilość nie przekłada się w jakość – szczególnie w poznawaniu świata.

Biblioteka samobójców, Dagny Kurdwanowska

Park, 2011

Liczba stron: 301

Nie żeby mnie jakoś szczególnie fascynowali. Uznałam, że warto zajrzeć do takiego szczególnego kompendium wiedzy o autorach żeby zobaczyć, co jego autorka miała na myśli kompilując i pisząc taką nietypową książkę. Całość zaczyna się ciekawie – od krótkiego opisu zjawiska na przestrzeni wieków – postaw starożytnych oraz bardziej współczesnych kultur oraz religii. Część zasadnicza książki podzielona została na rozdziały, w których omawiani są samobójcy dwudziesto-, trzydziestoletni itd, względem wieku kiedy odebrali sobie życie (bądź są przesłanki aby w taki sposób interpretować ich śmierć).

Oprócz tych najbardziej znanych – Wojaczka, Hemingwaya czy Sylvii Plath znalazłam tam również krótkie biografie autorów, o których nie wiedziałam, że są samobójcami, albo takich, których dotychczas nie znałam (Nahacz, Uhnak). Książka jest dość bogato ilustrowana, na każdego z omawianych artystów przypada kilka stron. Mamy skrót z biografii z naciskiem na przesłanki do śmierci samobójczej oraz krótki opis tego, jak doszło do tragicznego zdarzenia. Oprócz tego mamy fragmencik twórczości.

Czytanie en masse jest dość nudne. Pochłanianie biografii za biografią nie jest jakoś szczególnie rozwijające czy fascynujące. Dlatego dość szybko zarzuciłam taki sposób poznawania tej książki. Zamiast tego przeglądałam ją i czytałam o tych, którzy najbardziej mnie zaintrygowali z różnych powodów. Poświęciłam książce sporo czasu wracając do wpisów przez wiele kolejnych dni. I szczerze mówiąc nie wiem po co komu taka książka. Sama autorka wyjaśnia we wstępie, że zrodziła się z jej fascynacji – tylko, że nie jest to żadne kompendium wiedzy, czy pozycja naukowa – trudno ze względu na tematykę zaliczyć ją do pozycji rozrywkowych. Może być jednak wstępem do poznania twórczości i życia autorów, którzy w jakiś sposób zdołali wzbudzić nasze zainteresowanie podczas przeglądania „Biblioteki samobójców”. Ja przypomniałam sobie o Jacku Londonie i jego „Martinie Edenie”, którego koniecznie muszę jeszcze raz przeczytać w czasie urlopu.

Soweto – my love, Wojciech Albiński

WAB, 2012

Liczba stron: 251

Książkę zdjęłam z półki i wzięłam ze sobą do domu zupełnie w ciemno. Nie zdawałam sobie sprawy czym jest tytułowe Soweto i że książka będzie o RPA, ponieważ spiesząc się nie zajrzałam na ostatnią stronę okładki. Teraz już wiem, że Soweto to miasto czarnoskórych – dawniej dzielnica Johannesburga, teraz praktycznie oddzielna jednostka terytorialna, przez którą każdego dnia i nocy przetacza się fala przestępczości.

Opowiadania zamieszczone w tym zbiorze dotyczą kolorowych i białych mieszkańców Johannesburga oraz odwiecznej walki pomiędzy tymi grupami. Obserwujemy jak ich w chwilach przenikania się kultur i zwyczajów – np. podczas wizyty starszyzny plemienia u miejscowego lekarza i ustalania zasięgu kompetencji. Widzimy również jak skomplikowane i w zasadzie niedopuszczalne są związki miłosne między białymi i czarnymi. Kontakty seksualne są zakazane prawnie, a kary za nie są bardzo wysokie.

Mamy okazję poznać kilkanaście migawek z codzienności w Soweto – przestępczość, napady, kradzieże, pobicia, procesy przestępców oraz nierówne kary dla białych i czarnych za te same zbrodnie. Oglądamy RPA oczami białych i czarnych, Afrykanów i Europejczyków. Widzimy małe i duże dramaty, czasem zabawne scenki, czasem problemy tak zagmatwane i trudne do rozwiązania, że nie wiadomo po której stronie stanąć.

Albiński w opowiadaniach zawarł sporą dawkę emocji. Trudno przejść obok nich obojętnie – czasami wstrząsają, czasami pojawia się w czytelniku poczucie wstydu za rasę białych, czasami obrzydzenie i niechęć w stosunku do bezwzględnych czarnych. Lepiej je sobie dawkować przez 2-3 dni niż przeczytać wszystkie w jeden wieczór żeby lepiej uporać się z emocjami.

Po lekturze tej książki uznałam, że mam przesyt RPA. Całkiem niedawno czytałam „Gorączkę” Michniewicza, w której znalazły się spore fragmenty na temat tego państwa, często sięgam również po książki J. M. Coetzee, który większość swojej twórczości poświęcił problemom swojej ojczyzny i poczuciu hańby i wstydu za to, do czego doszło na tych ziemiach w ostatnich kilku stuleciach. Im więcej czytam o RPA, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że nie ma rozwiązania dla tego państwa, nie pomogą żadne programy, bo nienawiść czarnych do białych jest coraz większa, pojawiają się coraz większe dysproporcje ekonomiczne, a apartheid jak był, tak jest. I nawet jeśli pojawiają się biali, którym nie jest to obojętne i pragną zmian, to są traktowani jako biali wrogowie i tak jak u Albińskiego kończą  na wysypisku śmieci w Soweto. W RPA nie ma wspólnego języka między rasami. I chyba takiego nigdy nie będzie.

Huragan, Laurent Gaude

WAB, 2012

Liczba stron: 182

Do Nowego Orleanu zbliża się huragan. W mediach ostrzegają o ogromnej sile wiatru, radzą wszystkim opuścić miasto i zabezpieczyć domy i mieszkania. W książce Gaude mamy możliwość obserwowania kilku kolorowych członków społeczności.

„Jest coś wzniosłego w świadomości, że się jest niczym, jest coś szlachetnego w wiedzy, że podmuch wiatru może zniszczyć nasze życie i wszystko zmieść z powierzchni ziemi, nie zostawiając nawet okrucha naszego mikroskopijnego istnienia.”

Najsilniejsza duchem, a najsłabsza ciałem jest stara, stuletnia Murzynka, która w imię zasady, że starych drzew się nie przesadza, odmawia udziału w ewakuacji i pozostaje w mieście, odgrywając ważną rolę w nadchodzących wydarzeniach. Trzydziestoletnia Rose jest matką pięcioletniego chłopczyka. Dziecko jest owocem jej nieudanego związku, w który wplątała się niejako na pocieszenie po wyjeździe jej prawdziwej miłości – Keanu. Zrezygnowana Rose, traktuje chłopca trochę jak piąte koło u wozu, ale przyczyny jej chłodnego stosunku do dziecka długo nie znamy. Keanu, który wyjechał do pracy na platformę wiertniczą i przeżył tam największą traumę swojego życia, postanawia wrócić do porzuconej Rose, nie wiedząc, co go czeka i jak potoczyło się życie kobiety.

Porzuceni na pastwę losu więźniowie osadzeni w miejskim więzieniu wydostają się na wolność i wykorzystują ją w najmniej rozsądny sposób. Wyludnione miasto staje się dla nich miejscem łowów. Nie wierzący we własne siły ksiądz z jednego z kościołów organizuje pomoc dla najuboższych, co dodaje mu pewności siebie. Szok i stres związany z przejściem huraganu odciskają się na psychice księdza, który nie jest już całkiem sobą.

Losy tych ludzi splatają się podczas kilkunastu godzin po przejściu huraganu. Kataklizm to dramat w skali makro, ale na jego tle rozgrywają się również tragedie w skali mikro. Do głosu dochodzą namiętności, żądze, tłumione dotychczas frustracje oraz duma czarnoskórych. Noc wypełniona jest strachem, podszyta niepewnością, ale także na nowo rozbudzonymi nadziejami. Z wody wypełzają krokodyle przyniesione z deszczem z pobliskich bagien stanowiąc dodatkowe zagrożenie dla bezpieczeństwa. Stają się również symbolem czyhającego zła lub odwiecznej sprawiedliwości.

Jedyne, co uderzyło mnie w sposób negatywny, to wielokrotne podkreślanie tego, że czarnoskórzy zostali poszkodowani przez białych, opuszczeni w obliczu szalejącego huraganu, zostawieni na pastwę losu. Owszem, jest w tym dużo prawdy. Ale mam wrażenie, że w powieści do głosu dochodzą odwieczne animozje między obiema grupami obywateli amerykańskich. Moim zdaniem, o ten wątek w książce za dużo. Wystarczyłyby osobiste dramaty bohaterów. To one najbardziej poruszają.