Złudzenie, Thomas Erikson

Rea, 2012

Liczba stron: 575

No i cóż że ze Szwecji? Szwedzcy autorzy nie powiedzieli jeszcze pas i wciąż tworzą dobre kryminały i kreują kolejnych bohaterów, którzy wyłamują się ze schematu. Tym razem dobrych bohaterów jest aż troje – policjantka Nina Mander, jej szef Gabriel Hellmark oraz konsultant z zewnątrz – Alex King. Choć ten ostatni formalnie śledztwa nie prowadzi, to jego umiejętności przydają się w rozwikłaniu wątków bieżącego śledztwa.

Alex King jest behawiorystą – prowadzi szkolenia dla przedsiębiorców ucząc ich zarządzania zasobami ludzkimi w oparciu o cztery rodzaje osobowości, które dla ułatwienia określa się kolorami. Na jednym z jego dużych szkoleń od strzału w głowę ginie zamożny biznesmen. Okazuje się, że jego śmierć nie była przypadkowa i nie on jeden został zaszantażowany przez nieznanego sprawcę żądającego bajońskich sum pieniędzy za „dożywotnią ochronę.” Na bogaczy pada strach, a śledztwo nie ma żadnych punktów zaczepienia. Na domiar złego Hellmark ma jeszcze inny, osobisty problem, z którym nieoficjalnie zwraca się do Niny oraz pośrednio do Kinga, który zdaje się nie opuszczać Niny na krok. Okazuje się, że zniknął brat Hellmarka oraz cała jego rodzina. Policjanci nie wiedzą, że ostatnimi czasy brat komisarza zajmował się nowym dziennikarskim zleceniem – pisał biografię mało znanego a potężnego gangstera.

Podobała mi się postać Alexa Kinga i bardzo mnie rozbawiło zdjęcie na 3 stronie okładki kiedy dotarłam do końca książki. Okazało się bowiem, że autor, którego fotografia się tam znajduje, wygląda dokładnie tak, jak wyobrażałam sobie głównego bohatera. To jego debiutancka powieść, a powieściowy Alex King zajmuje się tym samym zawodowo, co sam autor. Jak dla mnie to takie czary-mary – zastanawiam się czy naprawdę można tak wiele wyczytać z zachowania człowieka, czy może wnioski behawiorysty Kinga zostały podkolorowane na potrzeby powieści.

Nie czuć, że jest to debiut pisarski. Nie ma żadnych oczywistych niedoróbek, bohaterowie mają wyraziste rysy osobowościowe, akcja może i nie pędzi na łeb na szyję, ale nie ma w treści dłużyzn, dygresji prowadzących na manowce ani „wypełniaczy” stron. Chociaż śledztwo koncentruje się na mafii, nie znajdziecie tu nadmiernej przemocy. Znacznie więcej miejsca autor poświęca zaginionemu dziennikarzowi niż metodom działania nielegalnej organizacji przestępczej. Mnie się to podoba, bo o mafiozach to takie i nudnawe, i obrzydliwe. Generalnie – podobało mi się i czekam na kolejną odsłonę kryminalnych przygód Alexa Kinga (autor zapowiada, że to nie koniec).

Trzech panów na rowerach, Jerome K. Jerome

Mozaika Sp. z o.o. 2007

Czas nagrania: 8 godz. 30 min. Czyta Roch Siemianowski

Liczba stron: 222 (Trzej panowie na rowerach)

Dotychczas nie przeczytałam „Trzech panów na łódce” w całości. Znam liczne fragmenty, ale nie mam oglądu całości i wiem, że powinnam to jak najszybciej zmienić. Mimo tego faux pas w stosunku do autora sięgnęłam po audiobooka o kolejnej wyprawie przyjaciół. Tym razem na rowerach i bez psa.

Plan jest taki, żeby wyrwać się z domu, zostawić żony i dzieci i pojechać gdzieś w męskim, sprawdzonym gronie. Dwóch panów ma rodziny, jeden jest kawalerem, więc nie ma najmniejszego pojęcia jakich trudności nastręcza wymyślenie odpowiednich argumentów i na jakie ustępstwa trzeba się zgodzić, aby uzyskać upragnione błogosławieństwo od żony i wyruszyć w drogę. Droga wiedzie na południe – do niemieckiego Schwarzwaldu.

Nie spodziewajcie się jednak tego, że „Trzech panów na rowerach” to zabawny przewodnik turystyczny. Co to, to nie! Książka nie składa się z opisu trasy, lecz z wielu dygresji, wspomnień, anegdot i obserwacji dotyczących charakteru Niemców, Francuzów i Anglików i ludzi w ogóle. Niektóre z nich są naprawdę trafne i okazuje się uniwersalne zarazem – w końcu powieść powstała w 1900 roku!

Chwilami narracja bywa nużąca, zbyt wygłaskana i w manierze powieści XIX wiecznych – z licznymi omówieniami i wtrąceniami. Mimo tego warto jej poświęcić czas i przekonać się, że mimo upływu ponad 100 lat ludzie niewiele się zmienili. Rzeczą oczywistą jest, że w tej satyrycznej z założenia książce wszystko jest nieco przerysowane, ale dzięki temu również lepiej wyeksponowane jest to, co autor uznał za osobliwe, zabawne, niedorzeczne.

O lektorze:

Rocha Siemianowskiego słyszał chyba każdy, kto od czasu do czasu włącza TV. Podobało mi się jego czytanie. Ucho odpoczywało.

Grochów, Andrzej Stasiuk

 

Czarne, 2012

Czas nagrania: 1 godz. 53 min. Czyta Mirosław Baka

Liczba stron: 96

Wysłuchałam tej książki prawie miesiąc temu. Nie spisałam wrażeń na gorąco, bo musiałam poukładać swoje myśli, przeżyć i przeżuć treść. I choć jest to zaledwie książeczka, to daje dużo do myślenia – treści ma na miesiąc z okładem. A i na później zostanie.

Na ten niewielki tom składają się cztery opowiadania o wspólnej tematyce. Tematyce iście listopadowej. To książka o odchodzeniu, o pożegnaniach, o żalu, że się nie zdążyło powiedzieć tego, co należało powiedzieć i co należało zrobić. To książka o umieraniu, ale nie o rozpaczy. Raczej o tym jak pogodzić się z nieuchronnym. Padają tam słowa „Nie od razu jesteśmy śmiertelni. Wtedy nie byliśmy,” które rzuciły mną o ścianę i uświadomiły coś, o czym rzadko dotąd myślałam.

Cztery opowiadania to cztery rozstania – najpierw Stasiuk pisze o swojej babce – pisze o tym jaka była i w co wierzyła. Pisze o swoim zdychającym psie, o trudnych decyzjach jakie przyszło im podjąć, czy skrócić cierpienia staruszce czy pomóc jej w ostatnich dniach i pozwolić na odchodzenie zgodne z naturą? W końcu pisze o swoich przyjaciołach wspominając chwile młodości spędzane na warszawskim Grochowie oraz wspólne rozmowy i podróże. Po tych, którzy odeszli pozostaje nienasycenie.

Stasiuk w „Grochowie” jest pisarzem lirycznym, pełnym refleksji i sięgającym w głąb siebie. Przy tym zasięg jego prozy jest tak duży, że sięga także w głąb duszy swoich czytelników. Postrzegam te opowiadania jako pewien rodzaj prozy terapeutycznej. Sam Stasiuk mówi:

„Kiedyś nas nie będzie. Są ludzie i zdarzenia, które pomagają nam przyzwyczaić się do tej myśli. Bo to w końcu przychodzi. I to tak jakoś szybko i zwyczajnie, jakby zawsze było obok.”

Wciąż trzymam książkę na mp3. Będę do niej wracać.

O lektorze:

Świetnie dobrany do treści. Może to głupie, ale słuchając Baki miałam przed oczami samego Stasiuka, czyli lepiej być nie mogło.

Kiełbasa i sznurek, Jerzy Bralczyk & Michał Ogórek

Agora, 2012

Liczba stron: 293

Jerzy Bralczyk – językoznawca, profesor i wykładowca, felietonista w kilku czasopismach, wiceprzewodniczący Rady Języka Polskiego.

Michał Ogórek – felietonista, satyryk, reporter od czasu do czasu, Ślązak z pochodzenia, warszawiak z wyboru.

Bralczyk i Ogórek spotykają się, żeby rozmawiać. Nie wiedziałam za bardzo czego od tej książki oczekiwać, zatem podeszłam do niej z wielką otwartością i nadzieją na dobrą, inteligentną rozrywkę. W trakcie czytania okazało się, że zabawa jest przednia, a kwestie poruszane przez rozmówców bardzo zajmujące. Naprawdę trudno mnie było oderwać od książki.

Punktem wyjścia do każdej z zapisanych w tym tomie rozmów jest język oraz jakiś narzucony temat. Jakikolwiek ten temat by nie był, dialog obu panów toczy się dość swobodnie i prowadzi ich gdzieś na manowce. Wypowiedzi są pełne anegdot, dygresji i zabaw językowych. Lubimy się przysłuchiwać kiedy rozmawiają błyskotliwi ludzie, prawda? Ta książka to źródło świetnych cytatów i opowieści, które aż się proszą, by czytać je na głos i dzielić się nimi z innymi. Czy tematem rozmowy są nazwy ulic, czy wiara, czy kobiety poziom mojego zainteresowania był niezmiennie wysoki. Na zachętę mam dla Was taki przewrotny cytat o czytaniu i nieczytaniu książek:

„Lem kiedyś powiedział, że ‚w porównaniu z tymi miejscami, gdzie nas nie ma, miejsca, w których jesteśmy, są tak znikome, że na dobrą sprawę w ogóle nas nie ma.’ No i coś w tym jest. Ta minimalna liczba książek, którą przeczytaliśmy, którą będziemy czytali jeszcze, to jest nic! I myślę, że ci, którzy postawili na nieczytanie książek, mają swoje racje. Dążymy do wypełnienia – jak ma być mało, to lepiej, żeby nie było wcale.”

Warto zwrócić uwagę na wydanie tej książki. Spore odstępy między kwestiami każdego z rozmówców oraz szerokie marginesy są komfortowe dla oczu. Ilustracje wplecione w tekst pogłębiają wymowę satyryczną. Najbardziej niesamowite są jednak wtrącenia od redaktora – komentarze zapisywane na marginesie z przymrużeniem oka. Takich przypisków redakcji jeszcze nigdzie nie spotkałam.

Autorzy zapowiadają drugą część, a ja już na nią niecierpliwie czekam.