Pomiędzy, Anna Onichimowska

Agencja Edytorska Ezop, 2012

Liczba stron: 230

Wydawało mi się, że mam mały przesyt opowiadań. Do chwili aż sięgnęłam po niewielki i świetnie leżący w ręce tomik autorstwa Anny Onichimowskiej. Książka urzeka jeszcze przed „wgryzieniem” się w jej treść. Układ tekstu na stronie i oprawa graficzna sprawiają, że czyta się doskonale. A co z treścią?

Od razu w oczy rzucił mi się spis treści. Moim zdaniem bardzo wymowny, choć nie jestem pewna czy zamierzony był właśnie taki układ. Tom rozpoczyna się opowiadaniem „Kobieta i dziecko”, kończy natomiast opowiadaniem „Mężczyzna i kobieta”. Pomiędzy nimi cały spis rzeczy, zwierząt i zjawisk – Słonie, Dywan, Mech, Miasteczko. Jakby były one kamieniami milowymi w drodze kobiety do mężczyzny.

Anna Onichimowska koncentruje się na małych rzeczach. Zatrzymuje się nad człowiekiem i wnikliwie studiuje go przez krótki okres czasu. Nic nie umyka jej uwadze, ale w centrum jej zainteresowań znajduje się potrzeba bliskości oraz potrzeba chwilowego odizolowania się. Bliskość jej bohaterowie realizują na wiele często nietypowych sposobów. Czułością i atencją obdarzają olbrzymią dynię w ogrodzie, uczucia przelewają na przypadkowo poznane osoby, niedoszła ofiara funduje obiad napastnikowi, mężczyzna przygarnia małego chłopczyka, nieważne czy prawdziwego czy wyimaginowanego. Ucieczka od bliskości odbywa się na różne sposoby – zniknąć można na latającym dywanie czy też wyjeżdżając za granicę, żeby tam pasać owce.

Realizm miesza się z fantastyką, jednakże użycie elementów świata fantastycznego nie jest pójściem na łatwiznę. Autorka unika skrótów i uproszczeń. A to, o czym pisze zawsze ma jasny cel i sens. Małe przedmioty urastają do rangi symboli, znaleziony w lesie guzik zyskuje całą historię, a egzotyczna muszla znaleziona podczas wakacji, staje się płaszczyzną głębokiego porozumienia niemal obcych sobie ludzi.

Świetne są te opowiadania, każde z nich otwiera całkiem nowy świat i nowe możliwości. Choć krótkie, bo każde liczy sobie tylko kilka stron, to wymowne i niosące ze sobą wiele znaczeń, wiele przyjemności i tematów do rozmyślań. Koniecznie przeczytajcie!

Polskie smaki, Izabella Byszewska & Grażyna Kurpińska

Zysk i S-ka, 2012

Liczba stron: 279

Książka ta jest absolutnie nietypowa w moich zbiorach. Nigdy nie fascynowało mnie przygotowywanie jedzenia i najszczęśliwsza jestem, kiedy do kuchni mogę wchodzić tylko po to, żeby zaparzyć sobie herbatę. A mimo wszystko urzekła mnie ta pozycja – najpierw okładką, następnie proporcją zdjęć w stosunku do tekstu, a wreszcie samym tekstem. Autorki zabierają czytelnika w kulinarną podróż po regionach Polski, w ciekawy sposób opowiadając o potrawach oraz historyczno-kulturalnej spuściźnie kulinarnej.

Fafernuchy, kartacze, gomółki, żymlok, pryćki czy krumski śmierdziel to tylko nieliczne potrawy o tradycyjnych nazwach, o których mowa w książce. Jednakże autorki nie ograniczają się tylko do wymieniania potraw i przepisów na ich wykonanie. Biorą również pod uwagę szerszy kontekst. Przedstawiają historię regionu i wpływ różnych kolei losu na różnorodność potraw. Rys historyczny uzupełniony jest także o informacje o geografii regionu i jej wpływie na typowe dania. Wiadomo, Wielkopolska to potrawy z ziemniaków, Mazury obfitują w przetwory z ryb, województwo pomorskie obfituje w dary lasów i wód, Dolny Śląsk na skutek zawirowań historycznych stał się miejscem połączenia wielu różnych tradycji.

To jednak nie wszystko! Autorki pokusiły się o rozszerzenie kontekstu cytując fragmenty z różnych źródeł literackich. Są tu i legendy, i wiersze, i cytaty z literatury pięknej. Wszystkie oczywiście dotyczą jedzenia. Dla tych, którzy lubią kuchenne wyzwania są również przepisy na wykonanie poszczególnych potraw regionalnych, w tym przetworów, serów, ciast i dań głównych. W wielu przypadkach autorkami przepisów są autentyczne gospodynie, które podzieliły się z badaczkami swoimi specialite de la maison.

Lubię przeglądać tę książkę, czytać po kilka fragmentów, oglądać fotografie, a te to także ujęcia krajobrazów, nie tylko dań i produktów. Kto wie, może kiedyś skuszę się na przygotowanie jakiegoś prostego dania? Sprawdźcie same. Polecam!

Mistrz i Małgorzata, Michaił Bułhakow

Agora, 2012

Liczba stron: 431

Rzadko wracam do książek, które raz czytałam. Do „Mistrza i Małgorzaty” wróciłam po około 20 latach, uznając, że teraz spojrzę na tę historię z innego punktu widzenia. I żeby nie było wątpliwości „Mistrz i Małgorzata” nigdy nie był dla mnie pozycją kultową, obiektem czci i nieodzowną pozycją w podręcznej biblioteczce. Trudno mi przypomnieć sobie, co myślałam o tej książce czytając ją jako nastolatka, podejrzewam jednak, że samodzielnie nie udało mi się wówczas wyczytać ukrytych pod płaszczykiem fabuły aluzji do polityki rosyjskiej. Kto wie, zresztą, jakie miałam wydanie i czy nie było ocenzurowane? W wydaniu, które mam aktualnie, zaznaczone są wszystkie fragmenty, w które pierwotnie ingerowała cenzura.

Przyznam, że po tylu latach, po tysiącach przeczytanych książek i starannym omijaniu wszelkich ekranizacji dzieła Bułhakowa niewiele pamiętałam z akcji. Kiedy pogrążyłam się na nowo w lekturze, powracały do mnie echa zdarzeń – latanie na miotle i świni, rozterki Poncjusza Piłata, złośliwe psoty Behemota, osobliwy występ Wolanda w teatrze. Praktycznie nie pamiętałam wątku miłosnego między mistrzem i Małgorzatą, wypadły mi z głowy także wszelkie podchody jakie literaci czynili, aby objąć opuszczone mieszkanie po tragicznie zmarłym szefie związku.

Może za sprawą zakreśleń fragmentów, które nie podobały się cenzurze, wyraźnie teraz dostrzegłam to, co autor próbował pod płaszczykiem fantastyki przemycić w tej powieści. Tęsknota za wolnością przewija się w książce wielokrotnie, czy to w postępowaniu Małgorzaty, czy jej służącej. Znikający bez wieści ludzie, w powieści za sprawą Wolanda i jego świty, w rzeczywistości byli ofiarami represji i czystek. Korupcja i łapownictwo, chciwość i pazerność ludzi zostały opisane w wielu miejscach „Mistrza i Małgorzaty.”

Powieść nie stała się może moją ulubioną – były bowiem w niej fragmenty, które mnie nużyły, ale ponowne przeczytanie pozwoliło mi spojrzeć na opowiedzianą przez Bułhakowa historię z punktu widzenia osoby dorosłej, bardziej oczytanej, bardziej świadomej. Dlatego też nie żałuję ani jednej minuty, którą spędziłam nad tą powieścią.

Zdarza Wam się wracać po latach do książek? Czy może uważacie, że ponowne czytanie tego, co już się kiedyś poznało, mija się z celem i jest stratą czasu?

Trzy młode pieśni, Elżbieta Cherezińska

Zysk S-ka, 2012

Liczba stron: 621

„Pasja według Einara” zakończyła opowieść o starszym pokoleniu rodów zamieszkujących ziemie Ynge i Namsen. „Trzy młode pieśni” to trzy splecione ze sobą opowieści potomków Sigrun i Regina oraz Halderd. Historia snuta na trzy głosy przez Ragnara, Bjorna i jego siostrę Gudrun wybrzmiewa w równym tempie i przedstawia historię przyjaciół z różnych punktów widzenia.

Obserwujemy dorastanie wojowników w młodej drużynie Ragnara, pierwsze potyczki i walkę w terenie. Jesteśmy świadkami przeobrażania się chłopców w mężczyzn. Dowiadujemy się co sprawiło, że Gudrun nie zależy na zamążpójściu i co łączy ją z tajemniczą wieszczką Urd żyjącą na bagnach. Wielokrotnie krzyżujemy miecze na polu walki, żeglujemy po morzach i przeżywany wiele przygód. Udaje nam się dostać do warownej fortecy, w której kryją się najemnicy i wraz z nimi toczymy bój na śmierć i życie. Dokonujemy zemsty na tchórzliwym zabójcy Regina oraz warzymy zioła i poznajemy historię życia Urd z bagien.

Piszę to wszystko w pierwszej osobie liczby mnogiej, bo w chwili gdy zatopiłam w lekturze, mentalnie przeniosłam się na północ Norwegii i nie chciałam stamtąd wracać. Nierzadko zdarza mi się coś takiego, że całkowicie wsiąkam w czytaną powieść. Tym razem kiedy ważne sprawy zmusiły mnie do odłożenia książki w chwili, gdy czytałam o bitwie, czułam się jak zdrajca, który opuszcza Bjorna i Ragnara wtedy, gdy ważne są każde dłonie zdolne do podźwignięcia miecza.

Mocne zakończenie powieści pozostawiło mnie w stanie osłupienia. Musiałam sobie wszystko na nowo układać, żeby stwierdzić, że w sumie mogło i tak być, i mogło się też tak skończyć. Zamykając książkę czułam się jakby opuścili mnie przyjaciele, nie dając większych nadziei na kolejne spotkanie. To okropne uczucie wzbudzają tylko prawdziwie poruszające powieści.

Autorce doskonale udało się ożywić wikingów, przedstawić ich w innym świetle niż uczą o nich podręczniki do historii. Wikingowie na stronach „Północnej Drogi” są takim samymi ludźmi jak my, a nie tylko barbarzyńcami z długich łodzi łupiącymi wszystko, co stanie na ich drodze. I choć opowieść o braterstwie, męstwie, honorze, wierności swoim przekonaniom i miłości, można umieścić w dowolnym okresie historycznym, to wybranie właśnie tego miejsca i tej epoki otworzyło wielkie możliwości ukazania polskiemu czytelnikowi mało znanych i nieoklepanych przez literatów realiów. Jestem zachwycona!

Poradnik hodowcy aniołów, Grzegorz Kasdepke (audiobook)

Wydawnictwo Literackie, 2012

Czas nagrania: 1 godz. 31 min. Czyta Anna Dereszowska

Liczba stron: 120

Choć jestem duża, to lubię bajki. A jak jeszcze ktoś mi je czyta, to już w ogóle jestem zachwycona. Nic dziwnego, że sięgnęłam po audiobooka dla dzieci o intrygującym tytule: „Poradnik hodowcy aniołów.” Sama aniołów nie zamierzam hodować, ale nie zawadzi dowiedzieć się czegoś więcej o tym intrygującym hobby.

Dziesięcioletnia Marta mieszka z rodzicami, młodszym braciszkiem oraz ciocią na najwyższym piętrze wieżowca na warszawskiej Chomiczówce. Czuje się trochę samotna, rodziców i ciocię absorbuje jej braciszek, ojciec długo pracuje, mama wciąż chodzi przygaszona i zamyślona, a Marta jest pozostawiona sama sobie. Nic więc dziwnego w tym, że mimo zakazu udaje się na pobliskie ogrody działkowe, żeby z bliska zbadać pewną sprawę. Z balkonu wypatrzyła bowiem, że w jednym z ogródków znajduje się woliera, w której mieszkają anioły. Po drodze spotyka bardzo dziwnie wyglądającą starszą panią…

Wydawca porównuje tę książkę do „Koraliny” Neila Gaimana i ma w tym sporo racji. Z biegiem akcji książka robi się coraz straszniejsza, aż dochodzi do kulminacji, w której dzieje się mnóstwo zatrważających rzeczy – normalnie nie na moje nerwy.

Myliłby się ten, kto powiedziałby, że to tylko horror dla młodszych czytelników. Autor dyskretnie przemyca wątki i sprawy istotne dla dziesięciolatków – pozorne odrzucenie przez zajętych rodziców, ukryty alkoholizm dorosłych, napięte stosunki w domu, kłótliwość i rozdrażnienie starszych. Myślę, że warto po lekturze omówić z dziećmi pewne zasygnalizowane w książce sprawy i nie zostawiać niedopowiedzeń. Może z tego wyjść ciekawa rozmowa edukacyjna ze spragnionym uwagi dzieckiem. Warto!

O audiobooku:

Anna Dereszowska jak zwykle trochę za bardzo się ekscytuje.