Martin Gore, Dennis Plauk & Andre Bosse

Anakonda, 2013

Liczba stron: 213

Po biografii wokalisty Depeche Mode przyszła kolej na głównego kompozytora i autora tekstów, bez którego zespołu by nie było. Kim jest Martin Gore, człowiek o wielu twarzach? Najstarsi fani pamiętają jeszcze blondwłosego cherubina stojącego nieśmiało za syntezatorem. Kilka lat później, w fazie berlińskiej Gore zmienił się nie do poznania – eksperymentuje z mrocznym makijażem, pojawia się w czarnych skórach i chętnie pożycza fatałaszki z szafy swojej dziewczyny. Późniejszy „image” jest nieco bardziej stonowany, choć nie zawsze konwencjonalny i grzeczny.

Tekściarzem i kompozytorem został z przypadku. Spokój i opanowanie uczyniły z niego główny filar i ostoję zespołu. Martin Gore jest przykładem stereotypowego Anglika – powściągliwy, zamknięty w sobie, wycofany, nie rozmawiający o swoich uczuciach, komunikujący się za pomocą półsylab. Brakuje mu również asertywności. Małomówność i introwertyzm znikają jak ręką odjął, kiedy Gore wyluzuje się za pomocą alkoholu. Zmienia się wówczas w duszę towarzystwa – głośnego awanturnika, którego nie jeden raz pacyfikowała policja podczas tras promocyjnych. Podobno Gore odciął się od alkoholu, kiedy uświadomił sobie, że picie stało się dla niego problemem.

Biografia, którą przeczytałam, koncentruje się na Martinie, jednakże przestawia również koleje losu zespołu, istnienie którego w dużym stopniu zależy od tego, czy zmobilizuje innych członków do pracy nad nowymi płytami i czy przygotuje na nie materiał. Przez długi czas Martin Gore postrzegany był przez pozostałych członków zespołu jako despota, niedopuszczający innych do procesu tworzenia. To okazało się sporym problemem dla Gahana, który nie chciał być jedynie kolejnym instrumentem w zespole – instrumentem do śpiewania cudzych tekstów i melodii. Z kolei Alan Wilder wciąż czuł się niedoceniany przez Gore’a – mimo wielu lat w zespole i setek godzin spędzonych samotnie w studio nad szlifowaniem pomysłów nadal nie czuł się pełnoprawnym i docenianym członkiem Depeche Mode. Autorzy biografii stawiają tezę, iż winę za te nieporozumienia należy przypisać małomówności i powściągliwości Gore’a, który niezdolny był do rozmów o uczuciach, a nie jego złej woli.

Trudno mi powiedzieć czy jakoś bardziej polubiłam tego człowieka, na pewno poznałam go trochę lepiej. Zrozumiałam też dlaczego nie podobały mi się dokonania zespołu z pierwszych lat działalności i w jaki sposób dojrzewanie członków Depeche Mode wpłynęło na muzykę oraz wzajemne układy. Krótko mówiąc – dopóki zespół był dla nich jedynym punktem odniesienia, dopóki zachłystywali się sławą, pieniędzmi i możliwościami jakie otworzyły się przed nimi odsuwali się od siebie i popadali w swoje uzależnienia. Dopiero jako ludzie dojrzali zrozumieli, że zespół to firma i że trudno o lepszych przyjaciół niż sprawdzeni koledzy z zespołu. Mam nadzieję, że takie status quo utrzyma się z korzyścią dla Depeche Mode i dla ich fanów. Warto przeczytać!

Sztuka uprawiania róż z kolcami, Margaret Dilloway

Wydawnictwo M, 2012

Liczba stron: 440

„Sztuka uprawiania róż z kolcami” jest książką, którą wypatrzyłam kiedyś na jednym z ulubionych blogów amerykańskich. Od tej pory szukałam okazji, żeby jakoś niedrogo ją kupić i przeczytać. Zanim udało mi się namierzyć egzemplarz po angielsku, dostałam niespodziewaną propozycję zrecenzowania tej książki z wydawnictwa polskiego! Nie muszę chyba mówić jak się ucieszyłam, że książka jest już po polsku i że bez problemu wszyscy zainteresowani będą mogli również się z nią zapoznać. A wydaje mi się, że warto po książkę sięgnąć, ponieważ porusza dość ważne tematy. I naprawdę, niech nie zwiedzie Was ta słodka kwiecista okładka.

Gal jest nauczycielką biologii, uczy w prywatnej szkole i ze swojej pracy czerpie ogromną satysfakcję. Powoli dobiega czterdziestki, ale nadal jest samotna. Z wyglądu nie jest zbyt atrakcyjna, z charakteru raczej nieprzystępna. Jednakże brak partnera nie jest jej zmartwieniem numer jeden. Na samym początku trosk Gal znajduje się jej choroba – niewydolność nerek. Gal jest już po dwóch przeszczepach, czeka na kolejny, i od ośmiu lat jest co drugi dzień dializowana.

Gal ma niecodzienne i czasochłonne hobby – hoduje róże i zajmuje się ich krzyżowaniem w poszukiwaniu nowych atrakcyjnych odmian. Nie ma zbyt wielu przyjaciół, a tych których udało jej się zdobyć, bez mrugnięcia okiem dość podle wykorzystuje, nie licząc się z ich planami, uczuciami i możliwościami. Gal jest ciężko w życiu, ale nie widzi, że inni też nie zawsze mają łatwo. Gal stawia sobie wysoko poprzeczkę i równie wysoko stawia ją swoim uczniom, znajomym i rodzinie. Dąży do celu po trupach, wali ludziom prawdę w oczy i wymaga od nich więcej niż mogą lub chcą dać. Gal nie jest łatwą osobą i naprawdę trudno wyrobić sobie o niej jednoznaczną opinię. Dzięki tej złożoności przeciwstawnych często cech, bohaterka książki jest osobą na wskroś prawdziwą.

W poukładane życie Gal wkracza piętnastolatka i wywraca je do góry nogami. Dziewczynka jest jej siostrzenicą i zostaje jej dosłownie podrzucona na czas pobytu swojej matki na zagranicznym kontrakcie. Miłość do Riley, odpowiedzialność, typowe problemy z nastolatką oraz próby połączenia wszystkich obowiązków z przewlekłą chorobą postawią Gal w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Otworzą jej również oczy na te aspekty życia, które dotychczas spychała na margines.

To bardzo wciągająca powieść o rodzinie, ambicjach, postrzeganiu innych przez pryzmat siebie, o wymaganiach stawianych innym, o niezamierzonej niesprawiedliwości rodziców i faworyzowaniu chorego dziecka kosztem dziecka zdrowego, o podłości ludzkiej i złych wyborach, o pasji i walce o siebie. Postacie zaludniające karty książki to nieidealne, złożone charaktery, ludzie jakich spotykamy w codziennym życiu. Wyjątkowymi czyni ich pasja – Gal hoduje róże, jej przyjaciółka pasjonuje się sztuką, Riley szuka recepty na siebie i dopasowuje się do rozmaitych grup. Przed nią również staną trudne wybory i decyzje. To naprawdę wyjątkowa książka obyczajowa, po którą powinniście sięgnąć, jeśli lubicie dobrze opowiedziane i niebanalne historie, w których nikt nie obiecuje Wam happy endu.

Moja ocena: 5/6

Dla zachęty wklejam prześliczną amerykańską okładkę. Szkoda, że Wydawnictwo M nie uderzyło w ten deseń.

Balony mogą wzlecieć, Bohumil Hrabal

Świat Literacki, 2009

Liczba stron: 117

„Kto chce żyć w Europie Środkowej, nie może wytrzeźwieć” – to często powtarzane zdanie w zbiorze esejów Hrabala, mogłoby zostać mottem książki. Ta ostatnia książka czeskiego pisarza jest bardzo osobista. Pokazuje jak świeży pozostaje umysł człowieka, nawet wówczas gdy starzejące się ciało zaczyna odmawiać posłuszeństwa. Świat Hrabala ogranicza się przez większość czasu do trzech miejsc – Pragi, ulubionej piwialni w tejże oraz położonej za miastem działki. Na działce mieszkają koty, które są dla pisarza sensem życia – karmi je, daje im schronienie, są dla niego towarzyszami dni i nocy dzielącymi jego upadki.

Autor dużo miejsca poświęca swoim niedomaganiom cielesnym, chorobom utrudniającym mu poruszanie się i pisanie na maszynie. Narzeka na to, że mimo wieku emerytalnego świat nie chce o nim zapomnieć, ludzie nie zostawiają go w spokoju, tylko ciągle czegoś od niego chcą, pojawiają się tacy, którzy liczą na pomoc materialną i wsparcie duchowe. Z drugiej strony Hrabal nie ukrywa, że cieszą go wyrazy uznania – chętnie pozuje fotografowi do zdjęć na kalendarz, jedzie do Hiszpanii, żeby promować swoje książki, spotyka się z przywódcami Francji i USA, jedzie na jubileuszowy pokaz filmu nakręconego na podstawie jego książki.

Jeśli coś go cieszy, to są to rzeczy proste: koty, przelot balonem; smuci podłość ludzka, z którą jednak radzi sobie wulgarnymi odzywkami i alkoholem. Jest świadom tego, że umiera, ciało odmawia mu posłuszeństwa, czytuje sporo o depresji (czyżby sam ją próbował sobie zdiagnozować?), często cytuje fragmenty „Ciemności widomej” Styrona i jak mantrę powtarza:

„Rano samobójstwo, po południu jedno piwo, a potem w sumie cztery piwa… i tak aż do wieczora Wigilia. Rano samobójstwo… atedium vitae… ponieważ w Europie Środkowej lepiej nie trzeźwieć, niecierpliwie czekając, aż będzie kaniec filma”.

Przezroczystość, Marek Bieńczyk

Znak, 2007

Liczba stron: 258

Autor zaraz na początku przyznaje się do fascynacji przedmiotami przezroczystymi i samym pojęciem przejrzystości. Tropi ją w nurtach filozoficznych, ideach, dziełach sztuki, utworach muzycznych oraz literaturze. Punktem wyjścia do rozważań o przezroczystości jest idea Jana Jakuba Rousseau dotycząca przezroczystego serca, czyli mówiąc prosto: wiary w słowa i czyny istoty nieskalanej jaką jest dziecko, które nie wie jeszcze czym jest oszustwo i kłamstwo.

W sztukach plastycznych przezroczystości autor dopatruje się przede wszystkim w przesyconym światłem malarstwie Edwarda Hoppera. Stały motyw, którym operuje malarz to światło na ścianie i blask przesączający się przez okno. W rozprawie o transparentności nie mogło zabraknąć idei szklanych domów i innych konstrukcji. Jednym z pierwszych budynków z oszklonym dachem była hala wielkiej wystawy światowej w Paryżu, która olśniła zwiedzających bardziej niż wystawiane w niej ekspozycje. W tym miejscu autor nawiązuje do powieści Alessandro Baricco „Zamki na piasku” a także „Przedwiośnia”.

Przejrzystość, jak się okazuje ma także swoich przeciwników i uważana jest za próbę uczynienia przezroczystym nie tylko ścian i podłóg, ale także umysłów ludzkich. Wniknięcie w umysły wydaje się być sposobem opresji i inwigilacji do jakiej dążą niektóre systemy totalitarne. Przeciwnikami idei przezroczystości byli Kundera oraz Dostojewski – przedstawiciele narodów dotkniętych inwigilacją poprzez system państwowy, próbujący kontrolować swoich obywateli. Jak ma się do tego tak popularna obecnie w wielu krajach idea transparentności? Czy przeciętny obywatel ma możliwość kontroli wielkich koncernów i urzędów państwowych, które szczycą się swoją transparentnością?

Sam autor próbuje odsłonić się nieco przed czytelnikiem. Opisuje ataki paniki, histerię, przypisując je początkowo swojej żonie / partnerce. W końcu przyznaje się, że tak naprawdę dotyczą jego samego. Dzięki tym osobistym doświadczeniom sprowadza książkę z poziomu traktatu o przezroczystości na poziom bardziej osobistego eseju. Trochę tak jakby postanowił stać się trochę bardziej przezroczysty dla czytelnika. Czy to dobrze, czy źle oceńcie sami. Mnie średnio podobało się naginanie konwencji, tym bardziej, że czytanie o ludzkich słabościach jakoś mnie demotywuje. Choć „Przezroczystość” do najłatwiejszych książek nie należy, to uważam, że warto czasem zatrzymać się w biegu, żeby pokontemplować jakieś zjawisko, zastanowić się nad tym, co ono dla mnie znaczy i wygrzebać inne książki poruszające ten sam problem.

Za kogo ty się uważasz?, Alice Munro

WAB, 2012

Liczba stron: 352

Naczytałam się tyle dobrego o autorce, że moje oczekiwania w stosunku do jej książek sięgnęły zenitu. I powiem tak: to bardzo źle mieć tak wygórowane oczekiwania w stosunku do nieznanego autora.

Książka złożona jest z opowiadań, które mogą być czytane oddzielnie. Jeśli jednak czyta się je po kolei, otrzymuje się chronologiczną opowieść o życiu Rose. Rose jest dziewczyną z prowincjonalnego kanadyjskiego miasteczka. Mieszka z ojcem i macochą – Flo, ponieważ matka dziewczyny umarła, gdy ta była jeszcze niemowlęciem. Ojciec jest osobą zamkniętą w sobie, trzymającą się na uboczu, macocha prowadząca sklep spożywczy, jest bardziej wylewna w uczuciach, aczkolwiek nie zawsze tych pozytywnych. Dzieciństwo Rose nie jest ani pogodne, ani całkiem tragiczne. Podejrzewam, że jak na tamte czasy i warunki, jest bardzo przeciętne. Dorastając Rose próbuje się wyrwać z prowincjonalnego miasteczka, a jedynym sposobem na to jest nauka, z którą dziewczyna nie ma większych problemów.

Dzieciństwo i młodość są moim zdaniem najciekawiej przedstawione i pokazują te cechy charakteru Rose, które wyróżniają ją ponad przeciętne wiejskie dziewuchy. Dalsze części opisujące miłość i związek z mężem – uświadamiają mi jak mało mam w sobie empatii w stosunku do osób, które same ładują się w złe związki. Rose ma świadomość złego wyboru i wiąże się małżeństwem, dla świętego spokoju, ze współczucia, z obawy przed samotnością.

Opis dorosłego życia Rose nie wciągnął mnie na tyle, żeby poczuć do bohaterki empatię. Nudziło mnie czytanie o kochankach, z którymi jej nie wychodziło, bo żaden nie potrafił lub nie chciał zaangażować sie w związek. Nie podobała mi się jej bierna postawa polegająca głównie na czekaniu i doznawaniu kolejnych poniżeń.

Ogólnie – rozczarowanie. Zawiodłam się nie na stylu pisarki, bo ten oceniam wysoko i tylko dzięki temu, że wszystko zgrabnie się czyta, dotrwałam do końca. Rozczarowała mnie treść, w większości poruszane tematy były miałkie, przemaglowane przez literaturę tysiące razy, co oczywiście sprawia, że nawet dobry pisarz nie wymyśli niczego błyskotliwego.

Jakie są Wasze doświadczenia z prozą tej pisarki? Polecacie coś na odtrutkę?