The Cure w Sztuce uprawiania róż z kolcami

„Sztuka uprawiania róż z kolcami” Margaret Dilloway. Wydawnictwo M. Strona 60.

Jak to najczęściej bywa, cytat nawiązuje do wyglądu Roberta Smitha.

Nauczycielka biologii zostaje na prośbę dyrektora wywołana z lekcji.

„Ktoś siedzi w fotelu przy biurku dyrektora. To na pewno nie rodzic. To jakieś dziecko, nastolatka o długich czarnych włosach i stanowczo za grubej warstwie makijażu. Z tymi oczami umalowanymi na czarno wygląda jak szop pracz. Ma na sobie pomarańczową koszulkę polo z różowym koniem z przodu; kołnierzyk postawiony jak w latach osiemdziesiątych. Do tego poszarpane czarne dżinsy, agrafki, różowe martensy i czarny płaszcz. Wygląda jak wokalista The Cure wystylizowany przez Ralpha Laurena. Przez chwilę przypomina mi panią Lansing, która kryje się pod maską, nie chcąc pokazać, kim jest naprawdę.

-Kto to jest? O co chodzi?”

Recenzja książki wkrótce – jeszcze ją czytam 🙂

Dziennik Helgi, Helga Weissova

Insignis, 2013

Liczba stron: 254

Wielu byłych więźniów hitlerowskich obozów zagłady dało świadectwo i spisało swoje wspomnienia z czasów pobytu w obozach koncentracyjnych. Z jednej strony tego typu wspomnienia są dokumentem, z innej próbą poukładania swojego życia. Jednakże wśród licznych pamiętników nie znajdziemy wielu, które wyszły spod pióra dzieci. Oprócz Anny Frank nie przychodzi mi do głowy żaden inny autor. Teraz dołączyła jeszcze Helga Weissova, Czeszka, Prażanka, która najpierw trafiła do obozu z Terezinie, a następnie do Auschwitz.

Książka, która właśnie się ukazała, powstała na podstawie zapisków czynionych przez kilkuletnią Helgę jeszcze przed wojną – pierwsze wpisy dotyczą kolejno wprowadzanych restrykcji dotykających ludności żydowskiej. Mała Helga musi opuścić swoją dotychczasową szkołę i uczyć się na „tajnych kompletach” wraz z małą grupką innych żydowskich dzieci. Spotykają ją nieprzyjemności na podwórku, niektóre aryjskie dziewczynki odwracają się od niej. Największy strach wzbudzają w niej przymusowe wysiedlenia ludności żydowskiej. Kiedy przychodzi kolej na rodzinę Helgi ta zostawia prawie cały dobytek. Mówi się im, że jadą do innego miasta, gdzie będą wśród „swoich”, szybko jednak okazuje się, że pobyt w Terezinie nie należy do przyjemności. Chociaż nie może się równać do Auschwitz.

Dziecko, które czuje restrykcje i doznaje poniżenia, które musi opuścić swój dziecięcy świat tylko dlatego, że ktoś zdecydował, że ludzie dzielą się na lepszych i gorszych, zadaje nieustannie pytanie: dlaczego? Dlaczego koleżanki boją się z nią bawić? Dlaczego musi rozstać się ze swoją najlepszą przyjaciółką? Dlaczego musi chodzić głodna? Dlaczego rodzice muszą mieszkać po dwóch stronach muru? Dlaczego nie może swobodnie rozmawiać z tatą? Dlaczego jest uwięziona?

Nie muszę chyba wspominać, że im dłużej trwała wojna, tym pogarszały się warunki więźniów, tym częściej wywożono ich do innych, straszniejszych obozów, w tym do Auschwitz, o którym w Czechach nie wiedziano niczego konkretnego oprócz jakichś aluzji i wzmianek. Kulminacyjna scena tułaczki, w hitlerowcy nie wiedzą co zrobić z więźniarkami naprawdę chwyta za serce.

Dobrze, że wciąż publikowane są takie książki. Większość ofiar nazizmu już nie żyje, ci którzy jeszcze pamiętają czasy wojenne powinni o nich mówić. Ta książka powstała częściowo z potrzeby serca, częściowo po to, by zaspokoić ciekawość wnuczek autorki, które dopytują ją o wspomnienia z czasów pogromu Żydów. Dzięki temu, że autorka jest malarką i już od dziecka miała talent do rysowania w książce znajdziemy reprodukcje jej prac powstałych podczas pobytu w obozie w Terezinie. Przeczytajcie koniecznie!

13 wojen i jedna, Krzysztof Miller

Znak, 2013

Liczba stron: 350

Czerwone trampki Nikifora

Krzysztof Miller od 1989 roku fotoreporter Gazety Wyborczej, wcześniej związany był z CIA, czyli Centrum Informacji Akademickiej NSZ. Wtedy jeszcze samouk, więc starsi koledzy trochę się go czepiali, że to, że tamto, że lewym okiem fotografuje. Jednak jego szef Sławek Sierzputowski mówił o nim, że to Nikifor polskiej fotografii. W 1993 został ciężko pobity przez ochronę na festiwalu w Jarocinie. Sprawiedliwości doczekał się po siedmiu latach, w ciągu których sfotografował kilka wojen uchodząc z nich cało. Doszlifował swój styl, najchętniej używa szerokokątnych stałek, zoom ma więc nożny, jak chce z bliska to musi dygać. Jest jednym z najlepszych fotografów w kraju, choć niestety jego talent nie jest w pełni doceniony. Pewnie dlatego, że nie ma ciśnienia na sławę. Jako fotoreporter wie jak trudno „wtopić” się tło i być niezauważalnym. Jednak na tym polu też odniósł sukces – nie wpuszczono go na jego własny wernisaż zarzucając mu, że podszywa się pod Krzysztofa Millera.

Książka „13 wojen i jedna” to książka bardzo ważna i ważną pozostanie przez lata.

Krzysztof Miller podjął się trudnego zadania spisania swoich doświadczeń o tym, z czym przyszło mu się zmierzyć w pracy fotoreportera. Kiedy pisanie mu nie szło, spacerował po parkowej „Ścieżce Ryszarda Kapuścińskiego”, gdzie układał myśli przed przelaniem ich na papier. W przepiękny sposób zdefiniował siebie jako fotoreportera. Tak naprawdę pod tymi słowami mogliby podpisać się wszyscy reporterzy,

Nie jestem artystą fotografikiem. Jestem robotnikiem fotografii zapierdalającym fizycznie, z ciężką torbą po ulicy”.

Mam nadzieję, że ta sentencja będzie równie znana jak motto Roberta Capy.

Miller nie trzyma się chronologii wydarzeń i pisze jak mu wygodnie, ale bez patosu i bez ściemy. Jest  szczery, tak jak jego fotografie. Książka napisana została językiem, którego autor używa na co dzień. Bez lukru, bez pozerstwa, z odrobiną „kminy” końca lat 70-tych, kiedy to w Warszawie postrach siali git ludzie. Pisze językiem prawdziwym, co sprawia, że z miejsca Millera się lubi. Gdziekolwiek jest pamięta o swoim Górnym Mokotowie, o ul. Rakowieckiej, na rogu której był przecież sklep fotograficzny. Naprzeciwko tego sklepu powstało najsłynniejsze zdjęcie stanu wojennego. Może to wpłynęło na jego fotograficzny los.

Jedynym mankamentem książki jest to, że nie ma wszystkich zdjęć, o których pisze Miller, a reszta mogłaby być wydrukowana na lepszym papierze – w końcu to książka fotografa. Niektóre z brakujących zdjęć można obejrzeć w  książce pt „O wojnach”.

„Miller a chuj!” to jego swoiste „banzai – hurra!”

Włącza wówczas receptory radzące sobie z krótkotrwałym stresem, pozwalające funkcjonować, gdy inni truchleją i kiedy umysł ma kłopot z przetrawieniem obrazu oglądanego w wizjerze aparatu. Ale to hasło nie zawsze pomaga, a na pewno nie wtedy, gdy leży się w okopie metr na metr pod ciężkim ostrzałem moździerzowym. Wtedy, co tu ukrywać, panem życia i śmierci jest zwykły fart lub niefart.

Na wyjazdy Miller na ogół jeździł z kimś, bo tak i bezpieczniej, i raźniej. Tworzył tandem najpierw z Marią Wiernikowską, a potem z Wojciechem Jagielskim – świetne zdjęcia do świetnego tekstu. W tej książce Miller nie epatuje wojennymi okropnościami, lecz opowiada o świecie jaki widział i w jakim musiał przeżyć. Nie przesadza, nie konfabuluje.

Wiele razy chciałoby się krzyknąć: Miller, nawet kot ma tylko siedem żyć!

W książce znajdziemy sytuacje mrożące krew w żyłach, jak tę kiedy gazik prowadzony przez jakiegoś młokosa spadł ze zbocza wielokrotnie koziołkując wpadł do lodowatej rzeki. Jagielski pod wodą walczył o życie, a kierowca zamiast go ratować ubolewał nad zniszczonym autem. Dla przeciwwagi sporo jest także sytuacji humorystycznych, np. gdy z żołnierzami „łowił” ryby za pomocą granatnika przeciwpancernego. Raz na wojnę poszedł odziany w krótkie wojskowe spodnie. Zaprzyjaźnieni wojacy uznali, że to nie przystoi dorosłemu facetowi i załatwili mu długie spodnie od Armaniego. Z pomocy humanitarnej, którą prawdopodobnie sam dostarczył.

Fotografując opowiada o rzeczach strasznych, irracjonalnych, nie mieszczących się w głowie. Książka, którą się z nami podzielił, to świadectwo trudu, samotności, rozterek i bezsilności, samotności długodystansowca, która prędzej czy później dopadnie fotografa. Chyba, że wcześniej dopadnie go kawałek metalu. Często w wygodnym fotelu oglądając zdjęcia w gazecie myślimy, że taki fotoreporter to ma boskie życie – niemal wszystko podane na tacy . Nie mówi się głośno, że wiele redakcji chętniej ubezpiecza swój sprzęt niż fotografa. Że żadna akredytacja czy legitymacja prasowa nikogo nie ochroni w sytuacji, gdy ma się przystawioną lufę do głowy. Przed rozgniewanym tłumem czy kulą snajpera nie ochroni go też aparat fotograficzny. Na wojnie nigdy i nigdzie nie jest się bezpiecznym. Podczas snu w oknie jego hotelowego pokoju eksplodował pocisk. Angielscy dziennikarze przybiegli, by udokumentować jego śmierć, nie łudzili się, że ktoś przeżył. Ale przeżył, choć to raczej cud.

Pamięci, tej w głowie, nie da się sformatować tak jak karty w aparacie.

Fotograf zostaje sam z tysiącami zdjęć, które nie zostały nigdy opublikowane, ale które są w jego głowie. Demony wojny zagnieździły się także w głowie Millera. Nie wychodził z warszawskiego mieszkania bojąc się rosyjskiego ostrzału moździerzowego. W domu kotary były zasłonięte, żeby nie trafił go snajper. On za to trafił na leczenie do kliniki stresu bojowego, gdzie okiełznał swoje demony. Skończył także celująco studia, choć fotograf z takim doświadczeniem może pewnie wykładać na każdej uczelni.

Miller zabrał nas za kulisy wydarzeń: tych światowych i tych osobistych. Ma w sobie bardzo dużo pokory dla żywych i martwych bohaterów swoich zdjęć. Niektóre ze swoich prac tworzy techniką mokrego kolodionu, do której używa się bawełny strzelniczej, dzięki tej symbolice bohaterowie jego zdjęć stają się nieśmiertelni.

Dziennik norymberski, G. M. Gilbert

Świat Książki, 2012

Liczba stron: 512

Ujęci po II wojnie zbrodniarze wojenni oraz osoby, które przyczyniły się do propagowania faszyzmu i wyniesienia Hitlera na szczyty władzy, zostali osadzeni w Norymberdze, gdzie odbył się międzynarodowy proces. Oskarżeni dostali szansę na zapoznanie się z aktem oskarżenia, przygotowanie swojej linii obrony oraz konsultacje z przydzielonymi im adwokatami. Wśród aresztowanych znaleźli się: pierwszy człowiek Rzeszy zaraz po Hitlerze – Göring, minister spraw zagranicznych – Ribbentrop, przywódca Rudolf Hess, gubernator ziem polskich – Hans Frank, architekt i minister uzbrojenie – albert Speer. W sumie proces dotyczył ponad dwudziestu hitlerowców, którzy w większości otrzymali wyroki skazujące. G. M. Gilbert uczestniczył w pracach Międzynarodowego Trybunału w Norymberdze, gdzie pełnił rolę psychologa. Jako lekarz mógł dość swobodnie rozmawiać z aresztantami, a oni obdarzali go sporym kredytem zaufania. Gilbert na bieżąco spisywał swoje wrażenia oraz rozmowy z hitlerowcami. Wydał je potem w formie nieco skróconej pod tytułem „Dziennik norymberski”.

„Dziennik norymberski” pokazuje zachowania, rozmowy oraz linię obrony przyjętą przez zbrodniarzy. Większość z osadzonych okazała się w testach ludźmi o wysokim ilorazie inteligencji. Jednakże nie przekładało się to na jakość argumentów użytych przez nich w swojej obronie. W przypadku zbrodniarzy wojennych obrona nie mogła się udać, nawet jeśli ci twierdzili, że nic nie wiedzieli o popełnianym ludobójstwie, to istniały dowody pisane stwierdzające coś przeciwnego. Skrywany przez większość z nich antysemityzm raz po raz wymykał się spod kontroli w cynicznych wypowiedziach.

Ważną postacią procesu norymberskiego okazał się Göring mający ogromną charyzmę i wpływ na pozostałych. Większość ze zbrodniarzy próbowała się bronić zrzucając winę na Hitlera, jego niepoczytalność i brutalność. Göring natomiast do końca próbował być wierny Rzeszy i lojalny wobec jej przywódcy. Swoimi uwagami i groźbami próbował manipulować innymi więźniami. Postać Göringa jest doprawdy przerażająca, większego hipokryty w Norymberdze na pewno nie było.

Co dała mi ta lektura? Przede wszystkim wgląd w umysły hitlerowców, ukazała ich cynizm, hipokryzję i małość. Dała pojęcie o tym jaki szalony był Hitler i jakimi ludźmi się otaczał. Uświadomiła fakt, że Rzesza była ogromną machiną państwową nastawioną na produkcję zbrojeniową i działania wojenne, co finansowane było głównie środkami pozyskanego z zagrabionego majątku żydów i innych podbitych narodów. Do Berlina spływały transporty złotych zębów, wartościowych przedmiotów osobistych i dzieł sztuki, które grabili ludzie pokroju Göringa. Książka pokazuje co na swoją obronę mieli naziści i jak winni się okazali. „Dziennik norymberski” to wstrząsające świadectwo, które trzeba przeczytać.

Wstydliwa historia piękna, Ruth Brandon

Agora, 2012

Liczba stron: 216

Początek XX wieku sprzyjał powstaniu i rozwojowi wielkich koncernów kosmetycznych, takiej jak L’Oreal, Helena Rubistein czy Elizabeth Arden. Okres ten stał się czasem wielkich przemian kulturowych, a kobiety powoli zaczęły domagać się głosu w życiu społecznym. Ruch sufrażystek i wzór idący z góry, od ówczesnych ikon stylu – Heleny Rubinstein oraz aktorek i piosenkarek, o których pisano w mediach i które angażowano do reklam kosmetyków, uświadomił kobietom, że szminka, puder i odpowiednia fryzura dają im siłę i poczucie bezpieczeństwa. Nawet w czasach kryzysu kosmetyki sprzedawały się wyjątkowo dobre – ludzi nie było stać na nowe stroje i wyjazdy wakacyjne, więc szminka stała się namiastką luksusu i utraconej pozycji społecznej.

Aby jednak zaistnieć i utrzymać się na kapryśnym rynku trzeba było dużo sprytu i szczęścia. Helena Rubinstein swoją potęgę zbudowała inwestując w reklamę od samego początku działalności oraz otaczając się zaufanymi ludźmi, głównie rodziną. Generalnie trudno porównać Rubinstein z drugim opisywanym w książce przedsiębiorcą branży kosmetycznej – Eugene Schuellerem. Rubinstein była skąpa, niezbyt wylewna w uczuciach, była złą matką, intrygantką w rodzinie, ale była świetnym przedsiębiorcą i wzorem dla wielu kobiet, pragnących wyrwać się spod wpływów mężczyzn. Nie knuła nigdy na wielką skalę, nie wdawała się w politykę. Ponadto była żydówką i w czasie drugiej wojny światowej ratowała krewnych z Polski, dając im możliwość wyjazdu za granicę i pracę. Starała się również wyratować swoich bliskich uwięzionych w obozie koncentracyjnym.

Założyciel L’Oreala, Eugene Schueller, ma na swoim koncie znacznie poważniejsze grzechy. Dość mocno imponowała mu ideologia nazistowska i chętnie wprowadzał nowinki podpatrzone w fabrykach Henry’ego Forda, łącznie z głęboką ingerencją w prywatne życie swoich pracowników. Ponadto przedsiębiorca wdał się we flirt z polityką i finansował działania francuskiej grupy faszystowskiej, zwanej La Cagoule i powiązanej z rządem Vichy oraz wspierającej kolaborację rządu z nazistami. Oczywiście, duże pieniądze oraz powiązania z możnymi tego świata uratowały mu tyłek po wojnie i umożliwiły dalszy rozwój firmy. Co więcej, po wielu niezbyt fortunnych decyzjach, które zapadły po śmierci Heleny Rubistein, jej firma zalazła się w rękach Schuellera, faceta od farb do włosów, jak pogardliwie nazywała go Madame.

Książkę Ruth Bradon dobrze się czyta, chociaż powiela wiele informacji o Rubinstein z książki Michelle Fitoussi, to są one tak wyselekcjonowane, że zgodnie z zamierzeniem autorki pokazują trudny charakter założycielki koncernu. Jej wstydliwą historię. Całkowitą nowością był dla mnie życiorys założyciela L’Oreal, bo choć o uszy obiła mi się jego niechlubna historia z lat 30 i 40 ubiegłego wieku, to nie miałam tak szerokiego oglądu sprawy. Autorka w końcowej części pokrótce opowiada też o dziedziczkach fortuny i ich nierozważnym i kontrowersyjnym postępowaniu. Warto przeczytać!