Nowe przygody grzecznego psa, Wojciech Cesarz & Katarzyna Terechowicz

Wydawnictwo Literatura, 2013

Liczba stron: 175

Widzicie co Winter wyprawia na okładce? Moczy się w oczku wodnym we WŁASNYM ogrodzie! Jego właściciele kupili dom z ogrodem, sprawiając wielką frajdę swoim psom, które mają teraz więcej miejsca na figle, mogą hasać po rabatkach z kwiatkami, uczestniczyć w przyjęciach wyprawianych w ogrodzie, podjadać mięso z talerzy gości, a nawet sprawdzać, co znajduje się za płotem.

Winter uwielbia patrolować teren wokół domu i przeganiać te psy, które chciałyby podnieść łapę przy ogrodzeniu. Gdy mu za ciepło (czyli prawie zawsze) chłodzi się w dołku wykopanym pod wiśnią, który raz po raz staje się pułapką na Henryka. Nie brakuje mu przygód – rodzina często wyjeżdża z psami w góry, nad jezioro, w odwiedziny do znajomych. Podczas zimowego  wyjazdu na narty, Winter dostaje nauczkę, która prawdopodobnie niczego go nie uczy 😉 On jest całkowicie odporny na naukę, ostrzeżenia, prośby, groźby i przekupstwo. Sam wie najlepiej jak być grzecznym psem.

Winter kocha wszystkich, co okazuje całym swoim psim sercem i całym malamucim ciałem. Jak smakuje miłość malamuta wiedzą goście, których po wylewnym przywitaniu przez Wintera trzeba zbierać z podłogi. Domownicy natomiast wyprowadzają Wintera na spacer na własne ryzyko – nigdy nie wiadomo jaką wiewiórkę czy psa spotka i w którą stronę pociągnie człowieka. Bo to, że pociągnie jest prawie pewne. Tym bardziej, że Winter jest zakochany…

Mój entuzjazm i sympatia do Wintera nie osłabły po przeczytaniu drugiej części przygód malamuta, a niektóre wyrażenia z książki na stałe weszły do naszego domowego słownika. W książce znajdziecie ogromną porcję pozytywnej energii (aż chce się merdać ogonem i biegać w kółko), mnóstwo humoru sytuacyjnego i słownego, doskonałe ilustracje oraz ciekawe historie – ciekawe dla dzieci i dla dorosłych. To trzeba przeczytać!

Zwykłe niezwykłe życie, Dorota Sumińska

Wydawnictwo Literackie, 2012

Liczba stron: 285

Autorka znana mi i lubiana. Dotychczas czytałam książki o zwierzętach, autobiografię oraz bajkę o jeżu. To pierwsza powieść Doroty Sumińskiej, która wpadła mi w ręce i chyba pierwsza jaką pisarka wydała (ale tu nie mam pewności). Jest to saga rodzinna opowiadająca o okresie od czasów wojny aż po lata sześćdziesiąte, a nawet później, bo epilog dotyczy przełomu wieków.

Wacek był na wojnie, kiedy jego żona urodziła córkę. Rzecz to była niesłychana i niebezpieczna, ponieważ Aniela chorowała na suchoty i nie powinna rodzić dzieci. Wacek żony nie kochał, a poślubił ją z litości – Anieli dawano rok życia, a ona zakochana po uszy w przystojnym dalekim kuzynie sama poprosiła go o rękę, nie ukrywając, że przed śmiercią chciałaby zaznać szczęścia. Ku rozpaczy Wacka, Aniela ozdrowiała. Jego jedyną pociechą w nieudanym małżeństwie była córeczka, na szczęście ani wyglądem, ani charakterem nie przypominająca matki. Wacek nie wiedział wszystkiego o córce – kobiety w jego domu, żona, teściowa i pomoc domowa ukrywały wielką tajemnicę.

Co za ciepła opowieść! Bohaterowie tej powieści to ludzie kochający zwierzęta, nietuzinkowi, otwarci i przyzwoici. Najsłabiej wypada Aniela – niezadbana, skąpa, kłótliwa i zrzędliwa. Te negatywne i wyróżniające ją cechy dodają powieści smaczku i podkreślają kontrast między nią a jej mężem. Wacek jest komornikiem. Ma niewdzięczny zawód, ale jest człowiekiem szanowanym, ponieważ wykonuje go z wielkim taktem idealnie balansując tak, aby pracodawcy byli zadowoleni i aby nie stracić twarzy wśród ludzi. Wacek jest samotny – towarzystwem dla niego są sówki, które zamieszkały w jego kanciapie oraz gęś Kasia, pełnoprawna mieszkanka domu. Wraz z rozwojem akcji przez dom bohaterów przewija się wiele zwierząt, oprócz gęsi i sów, także psy oraz mały niedźwiadek.

Autorka nie zapomina o tle historycznym – współpracownikach i donosicielach, problemach z paszportem, układach, które umożliwiały ich zdobycie i nie tylko. Historia nie wybija się na pierwszy plan, ale wciąż towarzyszy rodzinie w jej perypetiach. A te śledzimy od czasów, aż Wacek i Aniela zostają dziadkami.

Powieść napisana z humorem, lekkim piórem – tak też się ją czyta – szybko, przyjemnie, z uśmiechem i sympatią dla bohaterów. Nie ma tu pogłębionych analiz psychologicznych, długich i łzawych opisów nieszczęść, bo choć nie wszyscy są w powieści szczęśliwi, to potrafią znaleźć rzeczy, zajęcia i zwierzęta, które czynią ich pogodnymi. Ta książka zadowoli swoją nienachalną pogodą ducha nawet tych, którzy tak jak ja, nie trawią powieści ku pokrzepieniu serc. Polecam gorąco!

Niebezpieczna gra, Mari Jungstedt

Bellona, 2012

Liczba stron: 421

Odtrąbiłam już w październiku koniec serii z komisarzem Knutasem, a tu przed końcem roku 2012 ukazała się kolejna powieść o policjantach z Visby. Wcale mnie to nie martwi, a wręcz przeciwnie, z przyjemnością wróciłam w znajome miejsca i do znanych mi bohaterów. Tym razem akcja rozgrywa się na Gotlandii oraz w Sztokholmie, a autorka wzięła w obroty branżę modelek.

Na Gotlandię przybywa kilkuosobowa ekipa – Jenny, modelka pochodząca z tych stron i robiąca oszołamiającą karierę w modelingu, fotograf, starszy od niej, prywatnie jej kochanek, stylistka, makijażystka i może jeszcze ktoś, ale nie pamiętam :). Gdy Jenny wyrusza wieczorem do położonej na uboczu chaty fotografa w wiadomym celu (to jemu zależy na tym, żeby ukrywać romans), znajduje go w kałuży krwi. Nieznany sprawca zaatakował go siekierą. Okazuje się, że mimo obrażeń ofiara żyje, jest jednak w stanie krytycznym i nie może zostać przesłuchana. Gdy po niedługim czasie w podobny sposób ginie właściciel agencji modelek – policja wie, że sprawca w jakiś sposób powiązany jest z tą branżą i nic poza tym. Czy Jenny ma coś z tym wspólnego? Czy coś jej zagraża?

W międzyczasie śledzimy Agnes – nastolatkę znajdującą się w środku dla anorektyczek w Sztokholmie. Dziewczyna, choć waży niewiele ponad 40 kg uparcie stara się nie przytyć. Ima się wielu sposobów na oszukanie swoich opiekunów, bo chociaż mocno się zżyła z przydzielonym jej pielęgniarzem / opiekunem, to nie potrafi przeciwstawić się chorobie. To dziewczyna po przejściach, słaba psychicznie.

Wątek kryminalny jest dość wciągający, poznawanie Agnes i Jenny całkiem przyjemne, osobiste perypetie Knutasa i jego zastępczyni jak zwykle emocjonujące. Pomiędzy linijkami autorka poddaje krytyce branżę modową, promowanie niezdrowej chudości, poniżanie modelek, rozwiązłość ludzi pracujących przy sesjach, zbyt swobodny styl życia. Całość, jak zwykle, zgrabnie napisana. Od kilku miesięcy nie przeczytałam żadnego kryminału (tak wyszło), więc tym bardziej chętnie poznawałam kolejne etapy śledztwa i brałam udział w wyścigu z komisarzem o to, kto wcześniej wytypuje mordercę.

Pieśń o poranku, Paullina Simons – niedoczytana

Świat Książki, 2013

Liczba stron: 688

Zazwyczaj kończę rozpoczęte książki, nawet gdy są trochę nudne. W przypadku tej pozycji, która liczy tak wiele stron, odpadłam w okolicach 200,  a kontynuowanie było ponad moje siły. Z wiadomych względów nie jestem w stanie omówić tej pozycji, wytłumaczę jednak, co mnie skłoniło do lektury i dlaczego w rezultacie przez nią nie przebrnęłam.

Z propozycją przeczytania i zrecenzowania „Pieśni o poranku” zwróciła się do mnie przedstawicielka wydawnictwa. W pierwszym odruchu zamierzałam zignorować email, jak wiele innych, w których proponowane są książki gatunków, których nie czytam. W tym przypadku znałam nazwisko autorki, przeczytałam mnóstwo recenzji jej cyklu o „Jeźdźcu miedzianym” i wiedziałam, że te wcześniejsze powieści ABSOLUTNIE NIE SĄ DLA MNIE. Romansów nie czytam, ponieważ nudzą mnie śmiertelnie. Żeby tylko nudziły – przez to, że wszystko jest tak przewidywalne i schematyczne, po prostu zaczynam irytować się naiwnością fabuły, autora, potencjalnych czytelników, całego świata.

W tym przypadku złapałam się na marketingowy haczyk:

„Pieśń o poranku” to poruszająca opowieść o miłości, zdradzie i trudnych życiowych wyborach. Larissa Stark ma wszystko, o czym tylko można zamarzyć – przystojnego, kochającego męża, trójkę wspaniałych dzieci i piękny dom na przedmieściach. Mogłoby się wydawać, że odnalazła się w roli przykładnej żony i oddanej matki. Jednak przypadkowe spotkanie z młodszym nieznajomym mężczyzną zupełnie odmienia jej życie. Larissa zaczyna kwestionować wszystko, w co do tej pory wierzyła. Zadaje sobie pytania, które wcześniej były nie do pomyślenia. Czy zdobędzie się na odważny krok w nieznane? Czy podąży za swoimi pragnieniami? Cokolwiek postanowi, ktoś zostanie zdradzony…

Po części kryminał, po części romans, po części dramat rodzinny – jednym słowem idealna książka.
Daily Mail

Wyróżniłam pogrubieniem to, co przykuło moją uwagę i co sprawiło, że ostatecznie zamówiłam książkę. Miałam nadzieję, że Paullina Simons odeszła nieco od wałkowanych przez lata schematów i postanowiła napisać powieść trzymającą w napięciu. Tym bardziej, że pierwsze rozdziały sugerują tajemnicze zaginięcie głównej bohaterki. Niestety, nie dowiedziałam się dlaczego zniknęła (i czy naprawdę zniknęła), ponieważ zaraz potem nastąpiła retrospekcja zdarzeń – czyli wszystko to, co w opisie. Poznanie młodszego od siebie mężczyzny, zauroczenie, kłamstwa i gorący romans. Wymiękłam przy scenach łóżkowych, nie wiem na ile stron się ciągnęły, ale ciągnęły się przeokrutnie.

Zresztą, jak wszystko w tej książce – dialogi rozdęte do monstrualnych rozmiarów, które o krok nie popychają akcji, opisy wyglądu bohaterki (jakbym widziała samą pisarkę), rytuały pielęgnacyjne, które zakonserwowały jej ciało, opisy codziennych zakupów! (stek, lody,) itp. Nie ma tu żadnego kryminału jest romans. Najbardziej łopatologiczny przypadek. Nuda. Nie mam siły czytać dalej.

Przedstawicielkę wydawnictwa przepraszam, rzadko zdarza mi się mylić w wyborach. To książka nie dla mnie, ale na pewno nie zawiedzie fanów Tatiany i Aleksandra.

Często porzucacie rozpoczęte książki? To pierwsza moja w tym roku, więc naprawdę pechowo wyszło.

Polonez na polu minowym, Dorota Wodecka

Agora, 2013

Liczba stron: 256

„Polonez na polu minowym” to kilkanaście rozmów z pisarzami. Każda z nich w mniejszym lub większym stopniu dotyczy polskości i Polaków. Jak to jest być Polakiem? Czym jest polskość? Czy da się ją zdefiniować i podać charakterystyczne cechy mieszkańców niewielkiego kraju w Europie Środkowej? Niczym u lekarza, autorka i jej rozmówcy dokonują diagnozy problemów nękających Polaków. Jak wypadamy podczas tego prześwietlenia? Jakie choroby nas toczą? Czy jest na nie ratunek? Czy w ogóle mamy się z czego cieszyć?

Wśród rozmówców Doroty Wodeckiej znalazły się osoby, których nazwiska są szeroko znane, pisarze nagradzani, czytani, wydawani, stroniący od łatwej literatury. Ja najbardziej cieszyłam się na wywiady z tymi, których lubię czytać. Niemniej jednak dużą ciekawością zapoznałam się z zapisem rozmów z autorami, których dotychczas znałam z nazwiska i nie czytałam żadnych ich książek. Wiem, że wkrótce to się zmieni, a ja zapoznam się z ich powieściami.

Książkę otwiera rozmowa z Hanną Krall, która mniej koncentruje się na diagnozie polskości, za to więcej mówi o sobie, własnych doświadczeniach, wspomina Marka Edelmana. Dzięki temu, że więcej tu osobistych akcentów, pewne rzeczy zapadają w pamięć, bardziej w formie obrazów niż słów. Hanna Krall pisze podobnie jak mówi, więc od razu przypomniały mi się jej książki. Oprócz niej są tu jeszcze tylko dwie pisarki – Magdalena Tulli i Joanna Bator – obie na polskość patrzą z dystansem, jedna ucieka do Włoch, druga do Japonii. Kto czytał książki Joanny Bator, szczególnie „Ciemno, prawie noc” wie jak widzi Polskę – w kolorach brunatno-czarnych.

Grono pisarzy reprezentowane jest przez 12 literatów płci męskiej starszego, średniego i młodszego pokolenia. Aby nie przedłużać zacytuję kilku z nich:

O konformizmie mówi Eustachy Rylski:

„Lubimy zastrzyc uszami, złapać wiatr w nozdrza i zorientować się , czy nasz pogląd jest zgodny z poglądem bliźnich, bo jeśli nie, zamykamy usta. Lubimy  śpiewać w chórach, które fałszują, aż zęby bolą.”

Marian Pilot (jak we wszystkich znanych mi wywiadach) w obroty / w obronę bierze wieś i chłopów:

„Z trwogą, ze zdumieniem, z jakąś odrazą nawet myślę sobie o naszych wielkich i mniejszych romantykach. Mickiewiczach, Słowackich, Krasińskich… Ileż to łez oni się nawylewali za milijony. Jak wiadomo, całymi latami, od rana do wieczora cierpieli – czy w te milijony wliczony był jakiś zabity pod płotem chłop? Jeden choćby? Nie wiedzieli? Tumanami byli, ślepcami byli? Wszyscy co do jednego? Monstrualna obłuda.”

Jan Jakub Kolski, który więcej niż o pisarstwie mówi o filmach, zauważył, że:

„Dzisiaj odwaga niewiele kosztuje. Tanizna. Można najwyżej zgarnąć w ryja na pochodzie. Więc ja nie mam jakichś specjalnych zaleceń, ważne tylko, by trzymać się rozumu, patrzeć ludziom w oczy i omijać tych, którzy najczęściej wypowiadają słowa „ojczyzna” i ” patriotyzm.””

O wyjątkowości i mesjanizmie Polaków wypowiadało się wielu, mniej więcej w podobnym tonie jak Magdalena Tulli, na której zakończę cytowanie:

„Dla wielu Polaków, jeszcze dziś niełatwą rzeczą jest spojrzeć na siebie samych jako na zwyczajny, średni europejski naród, który nie musi nikogo rzucać na kolana, żeby być równie dobrym jak wszystkie inne. Nie lepszym ani nie gorszym. To pragnienie wyjątkowości bierze się właśnie ze zranionych uczuć. I naraża nasze uczucia na kolejne rany. „

Wywiady, które przeczytałam to w większości ciekawe rozmowy z niebanalnymi, myślącymi, wiele zauważającymi ludźmi o wyrobionym światopoglądzie. Wśród nich zdarzyły się ze dwa, których nie czytało mi się dobrze, bo miałam wrażenie, że rozmówcy Doroty Wodeckiej chcą być bardziej dramatyczni, mądrzejsi i wszystkowiedzący niż reszta świata. Raziło mnie również częste nawiązywanie do katastrofy lotniczej w Smoleńsku i krzyża pod Pałacem Prezydenckim. Ileż można wałkować ten temat? Rozumiem jednak, że wywiady przeprowadzane były w okresie po, gdy news był jeszcze gorący.

Jeśli jeszcze zastanawiacie się, czy warto przeczytać książkę Doroty Wodeckiej, zaręczam, że nie będziecie żałować i znajdziecie w niej sporo tematów do przemyśleń. Szczególnie polecam ją miłośnikom polskiej literatury.