Witaj 2014!

Na zdjęciu chatka z piernika, którą za sprawą siostry i szwagra znalazłam w tym roku pod choinką. Nie muszę chyba mówić, że skakałam pod sufit z radości. Jeszcze czuję się oszołomiona po tym skakaniu 😉 Dziękuję!

W tym roku późno zabrałam się za liczenie książek z tego powodu, że na skutek różnych zdrowotnych zawirowań dopiero przed kilkoma godzinami wróciliśmy do domu. Ale nic to. Lecimy z wyliczanką, jak co roku. Kto już się bawi, przeczyta roczne statystyki jutro do późnego śniadania 🙂

W 2013 przeczytałam 170 książek.

77 książek polskich autorów.

51 książek z literatury faktu.

14 książek swoich z tzw. półki.

Wysłuchałam 23 audiobooków.

Ukazały się 3 przetłumaczone przeze mnie książki: Lewa strona życia, Wiking I. Dziecko Odyna i Dom służących.

Lista wszystkich zrecenzowanych w tym roku książek znajduje się w zakładce 2013 nad tym wpisem, wśród nich kilkanaście, które jeszcze nie doczekały się recenzji.

Integralną częścią Czytam, bo lubię stał się Facebookowy fanpage, który do teraz polubiło 26.522 osób. Dziękuję, to o prawie 7 tysięcy więcej niż rok temu o tej porze.

Zaistniałam również na Instagramie. Znajdziecie mnie pod nickiem @agaczyta. Publikuję nie tylko zdjęcia książek, więc zapraszam abyście dołączyli do grona 555 obserwatorów.

O najlepszych książkach 2013 roku dziś już nie będę pisać, ale postaram się zamieścić taki wpis jeszcze w tym tygodniu.

Cmono. Rozmowy z pisarzami, Grzegorz Jankowicz

Wydawnictwo Poznańskie/Tygodnik Powszechny, 2013

Liczba stron: 149

Wydaje mi się, że reklamowanie i polecanie książki „Cmono. Rozmowy z pisarzami” nie ma większego sensu. Nie dlatego, że to słaba pozycja – jest wręcz przeciwnie – lecz dlatego, że sama okładka, na której widnieją nazwiska pisarzy z pierwszej ligi światowej, jest dla czytelnika wystarczającą rekomendacją. Grzegorz Jankowicz przeprowadził wiele wywiadów ze znanymi literatami, większość z nich powstała na potrzeby Tygodnika Powszechnego, stąd nie ma jednej myśli przewodniej. I akurat to wydaje mi się zaletą, ponieważ każdy wywiad jest inny i dotyczy innych aspektów życia człowieka. Celowo używam frazy „życia człowieka”, ponieważ niektóre rozmowy tylko luźno są powiązane z zawodem literata, a rozmówcy autora mówią przede wszystkim o doświadczeniach życiowych oraz uniwersalnych problemach.

Sporo miejsca poświęca się kwestii wyjazdów i powrotów, podróży i emigracji. Pamuk i Keret twierdzą, że tworzyć mogą tylko w swoim kraju, Skvorecky i Ugresic natomiast doskonale odnaleźli się na emigracji, gdzie ich pisarstwo mogło rozkwitnąć. Bardzo ciekawe stanowisko przyjmuje Mariane Satrapi, która niemal w każdej rozmowie musi wyjaśniać, że w swoich komiksach nie sportretowała tylko i wyłącznie swoich doświadczeń. Manguel mówi dużo o czytaniu, a Pamuk twierdzi, że „Czytanie i pisanie nigdy się nie kończą. Nasze umysły składają się z tekstów, a zatem nasz stosunek do świata polega na nieustającej lekturze. Patrzeć znaczy tyle, co czytać.”

Chociaż nie wszystkich pisarzy znam, a nie znam przede wszystkim poetów, to spotkanie z nimi było równie satysfakcjonujące, co czytanie rozmowy z lubianymi przeze mnie literatami. Polecam tę lekturę jako przeciwwagę do sieczki i głupot serwowanych przez telewizję – czytając oszczędnie, można spędzić kilka wieczorów w towarzystwie mądrych ludzi, którzy naprawdę mają sporo do powiedzenia o kondycji współczesnego świata, człowieczeństwie i literaturze.

Warto, bez dwóch zdań!

Wybrany, Bernice Rubens

Wiatr od Morza, 2013

Liczba stron: 285

„Wybrany” jest doskonałym dowodem na to, że dobrze napisana powieść się nie starzeje. Nie umiałam umiejscowić jej w czasie i zupełnie mi to nie przeszkadzało. Po prostu, podążałam śladem opowiadanej historii, starając się zrozumieć przyczynę rozpadu sportretowanej rodziny Zwecków.

Postacią centralną jest Norman Zweck – genialny prawnik żydowskiego pochodzenia, obecnie nie wykonujący swojej praktyki adwokackiej. Norman jest singlem, wciąż mieszka ze swoim ojcem i zdziwaczałą siostrą, którzy mają z nim same kłopoty. Po zażyciu narkotyku, od którego się uzależnił, Norman ma halucynacje, podczas których walczy z rybikami. Sytuacja zaczyna przerastać staruszka ojca, który chciałby jak najlepiej dla swoich dzieci. Ostatecznie Norman trafia do szpitala psychiatrycznego, co powoduje ogromne wyrzuty sumienia u jego ojca i siostry. Sam pacjent szybko zadomawia się w nowym otoczeniu, tym bardziej, że paradoksalnie, w szpitalu łatwiej mu zdobyć swój narkotyk.

Chociaż miejscami powieść iskrzy humorem, autorka podjęła się głębokiej analizy rodziny, która z zewnątrz wydaje się być idealnym stadłem. Okazuje się, że od dawna toczona jest przez różnego rodzaju dysfunkcje. Na dobrą sprawę żaden członek rodziny Zwecków nie radzi sobie w życiu. Starego rabina przerasta niemal wszystko – świat współczesny go osacza, a on nie potrafi rozwiązać niemal żadnego ze swoich problemów bez pomocy żony, która, kiedy żyła, zajmowała się wszystkimi sprawami doczesnymi, w tym wychowaniem dzieci. Dopiero teraz, gdy dzieci są w średnim wieku, widać jak kiepsko jej to wyszło.

Odkrywanie sekretów Normana i jego sióstr jest fascynujące. Jego postać usnuta jest z wielu tajemnic i to właśnie on stoi w centrum zawirowań niszczących rodzinę. Jednak trudno go obwiniać o wszystko, co się stało, ponieważ sam Norman był niewinną ofiarą zaborczości toksycznej matki.

Humor wynikający z nieprzystosowania ortodoksyjnego Żyda do współczesnego świata oraz prostolinijności starego Zwecka sprawia, że lektura nie przytłacza, a jedynie staje się punktem wyjścia do rozważań nad normalnością i odmiennością.

Doskonała, niestarzejąca się powieść!

Włoskie buty, Henning Mankell (audiobook)

Biblioteka Akustyczna, 2013

Czas nagrania: 11 godz. 5 min. Czyta Leszek Filipowicz

Liczba stron: 256

To, że Mankell pisze również książki obyczajowe nie było dla mnie niespodzianką. Wcześniej czytałam już serię powieści młodzieżowych, w których nie było ani trupów, ani zagadek do rozwiązania. Muszę przyznać, że jeśli chodzi o nastrój „Włoskie buty” mocno ją przypominają. Podobieństwo jednak na tym się kończy. Ta powieść skierowana jest do dorosłego czytelnika i porusza „dorosłe” problemy.

Były chirurg, Frederick Welin, od dwunastu lat mieszka samotnie na wyspie, którą odziedziczył po dziadkach. Mieszka skromnie, może nawet trochę jak pustelnik. Niczego nie żąda od świata i niczego mu nie daje. Nikogo do siebie nie zaprasza, a jedyny regularny kontakt ze światem ma dzięki wizytom listonosza. Frederick nosi w sobie niejedną tajemnicę i niezaleczoną ranę na sumieniu. Ponurą egzystencję na dobrowolnym wyganianiu przerywa się pojawienie schorowanej kobiety, osoby z przeszłości. Ich ponowne spotkanie stanie się początkiem licznych i gwałtownych zmian w życiu Fredericka, który wreszcie będzie musiał się zmierzyć z tym, przed czym całe życie uciekał.

Widziałam niezbyt pochlebne recenzje tej książki w jednej z księgarń internetowych i uważam, że są niesprawiedliwe, bo to bardzo dobrze skonstruowana powieść, pełna zaskakujących zwrotów akcji. Mankell nawet w tego rodzaju książce wspaniale podtrzymuje suspens i stopniowo odkrywa kolejne karty, a jednocześnie na drodze byłego eremity stawia coraz to nowe postaci.

Bardzo mi się podobała ta powieść o pojednaniu ze sobą oraz przekaz, który niesie za sobą. Bo czyż nie lepiej jest złapać byka za rogi, niż chować się przed nim w obawie przed konsekwencjami? Ostatecznie nie wszystko przecież kończy się źle, więc lepiej przekonać się co czeka za zakrętem zamiast spędzać życie na unikach.

Powieść z klasą!

AutobiogRAPia vol. 1, Liroy

Wydawnictwo Anakonda, 2013

Liczba stron: 232

Wzięta do rąk na chwilę, żeby ją przekartkować, powąchać, zobaczyć co w sobie kryje, sami wiecie jak to jest. AutobiogRAPia będzie musiała poczekać, pomyślałam, bo czytam dwie inne, „bardziej znanych” artystów: florecisty pilotującego jumbo-jety i faceta, który po 10 latach w końcu wydał nową płytę. Liroy nie jest muzykiem, którego twórczość jest mi bliżej znana. Nie ma go pod literką L na moim regale z płytami, nie mam też pamiątkowych biletów z jego koncertów. Niemniej to Bruce Dickinson i David Bowie musieli poczekać, aż odłożę przeczytaną biografię polskiego rapera.

Co nietypowe i pomysłowe zarazem to to, że w książce są tylko dwie fotografie. Na początku biografii patrzy na nas kilkuletni Piotr Marzec, który sam jeszcze nie wie kim zostanie jak będzie duży. Na końcu książki spogląda na nas artysta, muzyk, raper, po prostu – Liroy, czyli facet, który dopiął swego.

Jego dzieciństwo nie było łatwe, ojciec alkoholik często znęcał się nad rodziną. Jak można się domyślić w domu się nie przelewało, zaczęły się drobne kradzieże i ucieczki z domu. Mimo tego, że Liroy nie unika trudnych tematów, to z książki bije optymizm i spora dawka humoru. Trzeba jednak przyznać, że Piotr Marzec miał w życiu bardzo dużo farta. Przykłady? Jako ośmiolatek poszedł do przychodni, żeby symulując chorobę dostać zwolnienie ze szkoły. Okazało się że w trybie natychmiastowym trafił na stół operacyjny. Zwykłe wyłganie się od szkoły uratowało mu życie. Udało mu się też nie trafić do poprawczaka, w którym jego muzyczne marzenia niemal na pewno by się posypały. Książka obfituje w wiele zabawnych historyjek, ale jedna rozśmiesza mnie do łez pomimo grozy sytuacji. Na początku stanu wojennego mały Piotrek wraz z kumplem postanowili wyjść na ulicę i udając partyzantów, walczyć z komuchami. Miał im w tym pomóc prawdziwy pistolet, który ojciec kolegi ukrył w domu!

Książka pokazuje nam zmagania młodego chłopaka, który jako pierwszy zaczął tworzyć rap po polsku. Wiedział, że ta muzyka niesie w sobie dotychczas nieodkryte jeszcze u nas możliwości wyrażenia siebie. Liroy krok po kroku uparcie rozpowszechniał rap, najpierw na dzielnicy, potem w mieście i w kraju. Od początku znał swoją wartość i szedł przed siebie. Pomimo różnych trudności, nie złamał się. Dostrzegł go sam Ice T, co było dla niego niemal jak namaszczenie. Książka kończy się w momencie ukazania się debiutanckiej płyty Liroya, a jej zwieńczeniem jest występ przed wspomnianym Ice T i Body Count. Teraz, gdy Liroy zaistniał już w naszym show biznesie, zapewne najciekawsze dopiero przed nami.

Autobiografia napisana jest językiem potocznym, chwilami wulgarnym, ale dzięki temu, odnosimy wrażenie, jakbyśmy słuchali opowiadającego Liroya. Gdyby język został wygładzony, zaistniałoby w moim umyśle podejrzenie, że książkę napisał ktoś inny. Przyznaję, że czyta się ją wyśmienicie i bardzo szybko, aż za szybko… To niesamowite, że znając raptem kilka utworów Liroya, nie mogę się doczekać drugiej części jego biografii.