Zupa z gwoździa, Anna Onichimowska

Agencja Edytorska Ezop, 2013

Liczba stron: 296

Chociaż Anna Onichimowska znana jest z książek dla młodzieży, ja poznałam tylko jej twórczość dla dorosłych. Po udanym i intrygującym zbiorze opowiadań, przyszła czas na pierwszą powieść dla dorosłych. Trochę obawiałam się, że książka uderzy w znane i nielubiane przeze mnie schematy – dojrzała kobieta, kryzys, domek na wsi, nowa miłość i happy end. Świetnie, że autorka zdołała mnie zaskoczyć. Kobieta, co prawda jest, ale na drugim planie, pierwszy plan konsekwentnie zajmuje jej małżonek.

 Jan i Maria są małżeństwem z długim stażem. Mają dorosłą córkę i zięcia. Dni wypełniają im schematy, poza które ciężko im wyjść. Jan pracuje w redakcji gazety, gdzie zajmuje się listami od czytelników, pisze również blog kulinarny o nazwie Zupa z gwoździa. Nie przepada za swoją pracą, lecz nie ma motywacji, by szukać czegoś lepszego. Zresztą, nie ocenia zbyt wysoko swojej konkurencyjności na rynku pracy. Maria nie pracuje w swoim zawodzie, od lat sprzedaje sprzęt AGD w dużym markecie. Pragnie od życia więcej niż ma, marzy o prostych i osiągalnych rzeczach – wyjściu z mężem do teatru lub do znajomych. Ten konsekwentnie odmawia, woląc spędzać wieczory na kanapie lub przed komputerem.

Jest rok 2012 i zbliża się 21 grudnia, czyli spodziewany koniec świata. Nieuzasadniony lęk wkrada się do domu i rzutuje nawet na przygotowania do świąt. Na domiar złego, okazuje się, że w redakcji Jana szykują się poważne zmiany, a jego etat jest mocno zagrożony. To nie jest doby grudzień. Kończy się jeszcze gorzej, bo rodzina spędza święta w niekompletnym gronie.

Żartobliwy ton i nie do końca śmieszna treść – to przepis lepszy niż ten na zupę z gwoździa z blogu Jana. Pod zabawną opowieścią o kryzysie wieku średniego, kryje się coś więcej. W końcu Jan i Maria nie są wyjątkową parą, takich znam mnóstwo. Ich wspólne życie wydaje się udane, mają jakiś komfort materialny, odchowane i wykształcone dziecko, które jest w szczęśliwym związku, mają swoje zainteresowania i pasje, tylko siebie nawzajem im brakuje. W ich małżeństwie panuje letnia temperatura, którą długo można tolerować, ale w końcu następuje chwila, gdy pragnie się jakiejś odmiany, a opcje są następujące: żar namiętności lub całkowite zamrożenie stosunków.

Książkę czyta się świetnie. Wciąga od pierwszej strony i trzyma w napięciu do ostatniej. Perypetie Jana w pracy, jego dziwactwa i swobodny sposób bycia wywołują uśmiech na twarzy. Kochliwy staruszek, wuj,  wprowadza elementy rubasznego humoru, co równoważy niepokój wynikający z nieszczęścia, jakie spada na tę rodzinę tuż przed świętami. Czy Janowi uda się wyjść na prostą i ponownie scalić małżeństwo? Przeczytajcie! To nie będzie stracony czas.

Grandhotel, powieść nad chmurami, Jaroslav Rudis

Książkowe Klimaty, 2013

Liczba stron: 238

Kiedy pytają mnie jakie lubię książki, nie umiem udzielić prostej i krótkiej odpowiedzi na to, zdawałby się, proste pytanie. Prędzej powiem jakich książek nie lubię. Podczas czytania „Grandhotelu” wielokrotnie przychodziło mi na myśl zdanie: „Takie książki lubię”, więc jakby ktoś był ciekawy, to wie już gdzie szukać odpowiedzi. To moje drugie spotkanie z prozą Rudisa i drugie tak samo udane. Proszę o więcej!

Przewodnikiem po Grandhotelu, futurystycznej budowli stojącej na szczycie góry w Libercu, jest Fleischman, trzydziestolatek bez imienia. Fleischman, w Grandhotelu zajmujący się sprzątaniem, jest dość specyficzną postacią – nie ma żadnych potrzeb, do niczego nie dąży, nie pragnie zmian w życiu. Najbardziej interesuje go pogoda, chmury i zmiany atmosferyczne. Z perspektywy hotelu ma doskonały ogląd na sytuację pogodową. Jego całym światem jest Grandhotel i jego pracownicy, przyjacielem – staruszek, niemiecki weteran drugiej wojny światowej, przed śmiercią przyjeżdżający do miasta, w którym się urodził i przeżył dzieciństwo. Stałym punktem są dla Fleischmana wizyty w mieście u pani doktor, która pomaga mu wyjść z sytuacji impasu – prawdopodobnie na skutek traum z dzieciństwa, Fleischman nie potrafi wyjechać z miasta. W końcu zdaje sobie sprawę, że jedyna droga za miasto wiedzie przez chmury…

Uwielbiam postacie takie jak Fleischman – trochę naiwne i ograniczone swoimi lękami, a jednak niezwykle spostrzegawcze, mówiące wprost, dociekliwe i nieobojętne. Uwielbiam postacie zagubione we współczesnym świecie, lecz podążające za swoimi pasjami. Uwielbiam Fleischamnów tego świata – ludzi, których interesują inni ludzie, choć nie zawsze potrafią przemóc nieśmiałości, by zbliżyć się do drugiego człowieka.

„Grandhotel” nie jest opowieścią o hotelu, nie jest też historią miasta, choć wspomina się o skomplikowanych losach Liberca, położonego na styku dwóch kultur i krajów. „Grandhotel” to powieść o człowieku żyjącym w określonym miejscu i czasie, ponoszącym niezasłużone konsekwencje tego, że urodził się tam, gdzie się urodził, który radzi sobie jak może, mając ograniczone możliwości intelektualne, osobowościowe oraz brak wsparcia. „Grandhotel” jest wspaniałą powieścią o małomiasteczkowym dziwaku, który pod chłodną fasadą skrywa całe bogactwo uczuć, emocji i zainteresowań.

Kobieta w 1000C, Hallgrimur Helgason

Znak, 2013

Liczba stron: 432

Są takie książki, które wprost machają do mnie z półki. Nie znam autora, nie wiem o czym książka jest, ale mam pełną świadomość, że ta książka chce, żebym ją przeczytała i jeśli jej nie kupię, gotowa jest spaść mi na głowę przy najbliższej wizycie w księgarni. Podobnie było z „Kobietą w 1000°C”. Ostatecznie, okazało się, że autor nie był mi zupełnie obcy, ponieważ kilka lat temu kupiłam inną wydaną u nas książkę Helgasona. Zanim zaczęłam czytać, tylko pobieżnie zerknęłam na opis na okładce i zdałam się na opowiedzianą historię.

Narratorką i centralną postacią jest umierająca Herra, osiemdziesięcioletnia wnuczka pierwszego prezydenta Islandii. Kobieta opuszczona, samotna, schorowana, mieszkająca w garażu u obcych ludzi, połączona ze światem laptopem z szybkim internetowym łączem. Myli się ten, kto podejrzewa ją o depresję i załamanie. Herra, chociaż osobiście zarezerwowała już sobie spalanie w krematorium, wciąż jeszcze flirtuje z wirtualnymi kochankami oraz spisuje historię swojego niezwykłego życia, w które wdarła się druga wojna światowa, dokonując spustoszenia, lecz nie załamując młodej wówczas dziewczyny.

Narracja nie jest prowadzona liniowo, lecz tkana z fragmentów wspomnień, przeplatanych opisem niedomagań Herry i związanych z nimi problemów w codziennym życiu. Autor we wstępie przyznaje się, że opowiadając tę historię dał się chwilami ponieść wodzom fantazji, ubarwiając wydarzenia i wypełniając luki tym, co podpowiadała mu wyobraźnia. Nie można jednak odmówić talentu pisarzowi. Z burzliwego życia tej pozbawionej złudzeń i mocno stąpającej po ziemi kobiety, która nie była wzorem cnotliwości ani macierzyństwa, utkał powieść, którą czyta się doskonale i z wypiekami na twarzy. Niektórzy nazwali Herrę wzorem feministki, choć to chyba nie do końca tak jest. To, jaka stała się ta Islandka z biegiem czasu, było wynikiem niefortunnych decyzji jej rodziców oraz okrucieństwa, jakiego doświadczyła podczas samotnej wędrówki po ogarniętej wojną Europie.

Książka doskonała. Wywołująca i uśmiech, i dreszcz przerażenia. Jeśli lubicie niecukierkowe opowieści bez happy endu, polubicie Herrę i jej niesamowitą opowieść.

Tato, Anne Goscinny

Znak Emotikon, 2013

Liczba stron: 190

Anne Goscinny jest córką francuskiego pisarza, autora wielu znanych na całym świecie postaci, w tym Mikołajka, którego osobiście uwielbiam. Jej książka o wymownym tytule „Tato” została wydana w zeszłym roku i ozdobiona bardzo ładną okładką, na której, żeby nikt nie miał wątpliwości, napisano: „O autorze Mikołajka.” Widząc zdjęcie Rene Goscinnego oraz zapewnienie, że książka jest o nim, przystąpiłam do lektury z nadzieją, że otrzymam krótką, ciepłą biografię autorstwa córki (książka jest cienka). Okazało się, że nic nie jest takie, jakiego się spodziewałam. Moim zdziwieniom nie było końca.

Książka składa się z dwóch części. Rozpoczyna od dwóch tekstów. Pierwszy to „Odgłos kluczy”, będący inwokacją, listem do ojca, który wyszedł z domu i już nigdy nie wrócił. Gdy Rene umarł, Anne była kilkuletnią dziewczynką, która nie do końca pojmowała rozmiar tragedii. Opisuje dni po jego śmierci i pogrzebie oraz swoje irracjonalne, narastające z wiekiem pretensje o to, że ją opuścił, czym zniszczył rodzinę. Druga część to mniej więcej ten sam temat, lecz bardziej pogłębiony, z większą ilością przykładów upadku Anne oraz jej matki, a wszystko to w stylu fabularnym. Anne otrzymuje tu inne imię, lecz z łatwością można oddzielić fikcję od prawdy.

To, co wyłania się z tej książki to nie sylwetka Rene Goscinnego, lecz jego córki, która zanim została tym, kim została, zaliczyła fazę buntu zapoczątkowaną śmiercią ojca. Książka jest próbą uporządkowania przeszłości. Nie zdziwiłabym się jakby powstała na prośbę psychoterapeuty. Po przeczytaniu wiem jednak, że nie lubię Anne Goscinny (a tak słodko wygląda na zdjęciu z ojcem). Wiem też, że nie warto wierzyć temu, co na wydawca umieszcza na okładce. „Nieznane oblicze Rene Goscinnego, najsłynniejszego francuskiego humorysty” – to kpina. O Rene dowiadujemy się, że miał dużo młodszą żonę i umarł w okolicznościach zakrawających na farsę, osieracając małą Anne, która przez całe życie obwiniała nieobecnego ojca o swoje depresje, smutki i upadki. Tyle. Nie warto.

Szczęście małych rybek, Simon Leys

Drzewo Babel, 2011

Liczba stron: 152

Odkąd kilka lat temu zobaczyłam gdzieś recenzję tej książki, wiedziałam, że muszę ją mieć. Recenzja nie była jakość szczególnie entuzjastyczna, ale wspominała o tym, że książką zachwycą się miłośnicy czytania. Niedawno udało mi się wreszcie kupić ten zbiór esejów Simona Leysa i od razu go przeczytać, notując co lepsze cytaty. A jest ich sporo.

Większość esejów powstawała na przestrzeni lat i drukowana była  w literackich periodykach, lecz czytelnikowi w niczym to nie przeszkadza, nawet jeśli zdarzają się jakieś pojedyncze powtórzenia. Leys zajmuje się szerokim spektrum tematów, powołując się na wypowiedzi znanych literatów. Kilka z nich szczególnie zapadło mi w pamięć. Autor zastanawia się m.in. nad tym jak pisarze przyjmują krytykę i czy w ogóle opinie czytelników (zawodowych recenzentów) mają dla nich znaczenie. Niektórzy z nich przyjmują postawę obronną i wypierają krytykę, mówiąc podobnie jak Simone Weil, że „kiedy ktoś ma do powiedzenia coś oryginalnego, to najpierw mogą go zrozumieć ci, co go kochają„. Norman Mailer mówi jednak wprost, że nie może oprzeć się czytaniu recenzji swoich książek: „Nie wyobrażam sobie, jak mógłbym kiedykolwiek powstrzymać się od przeczytania recenzji którejś z moich książek. To tak, jakbym nie przyjrzał się nagiej kobiecie, która znalazłaby się przypadkiem w otwartym oknie: brzydka czy ładna, jest w takich okolicznościach niewątpliwie interesująca.

Leys ma świadomość, że nie byłoby sztuki bez jej odbiorców. Czytelnik jest ważny, bo to on przetwarza słowa pisarza i dzięki niemu książka żyje. „Żaden pisarz nie dysponuje potęgą słowa zdolną rywalizować z wyobraźnią czytelników.” Autor głosi pochwałę powieści, bo to one rozwijają wyobraźnię, wrażliwość, ciekawość świata. „Ludzie, którzy nie czytają powieści ani poezji, mogą się roztrzaskać o mur faktów, albo zostać zmiażdżeni pod ciężarem rzeczywistości.”

Zainteresowało mnie również to jak postrzegana jest korelacja między jakością dzieła i jej sukcesem sprzedażowym. Cały czas mam bowiem przed oczami te pozycje, których kijem bym nie tknęła, a które miesiącami zajmowały szczyty list bestsellerów w Polsce i zagranicą. Znalazłam takie oto słowa: „Czasami dobra literatura sprzedaje się dobrze, a czasem bardzo zła literatura sprzedaje się równie dobrze. Zdarza się, że książki ważne sprzedają się dobrze i zdarza się, że książki absurdalne, śmieszne i kłamliwe sprzedają się również bardzo dobrze. Faktem jest po prostu to, że sprzedaż książki nie ma nic wspólnego z jej wartością”. (podkreślenie moje).

Jak można się domyślić po liczbie cytatów, „Szczęście małych rybek” bardzo mi się podobało i dało sporo do myślenia. W tym wpisie poruszyłam tylko część tematów, o których pisze Leys, dając Wam szansę na samodzielne poznanie esejów uczonego. Miłej lektury!