Głusi, Rodrigo Rey Rosa

Wielka Litera, 2014

Liczba stron: 284

Oprawa graficzna oraz państwo pochodzenia autora działają na wyobraźnię. Nigdy wcześniej nie czytałam książki autora pochodzącego z Gwatemali, lecz już skrótowy opis państwa w Wikipedii oraz notka na okładce roztoczyły przede mną wizję przygody. Książkę czytałam więc z nadzieją na rozrywkę oraz dawkę emocji i suspensu.

Akcję śledzimy z punktu widzenia ochroniarza. Dzięki protekcji „miastowego” wuja młody chłopak ze wsi dostaje pracę jako osobisty ochroniarz córki miliardera, choć tak naprawdę najbardziej pociąga go proste życie na prowincji. Fabuła jednak nie rozwija się w stronę, którą znamy z filmu z Whitney Houston. Przez dłuższy czas jego obowiązki są dość przyziemne, żeby nie powiedzieć, że nudne. Starsza od niego pracodawczyni podoba mu się, lecz chłopak nie czyni żadnego gestu, by zmienić swój status. Tym bardziej, że milionerka ma jakiegoś tajemniczego kochanka. Pewnego dnia kobieta znika bez śladu. Wkrótce pojawiają się żądania okupu.

Poszukiwania porwanej kobiety prowadzą w głąb kraju, w miejsca, gdzie prawo sądowe miesza się z prawem Majów. Im dalej w głąb książki, tym dziwniej. Tak jakby jawa mieszała się ze snem. Akcja wytraca tempo na jakiś czas, po czym znowu gwałtownie przyspiesza. Nie wiadomo co tak naprawdę dzieje się z porwaną, czy wszystko odbywa się za jej przyzwoleniem, czy też działają podawane jej substancje. Autor przyjął taką konwencję i konsekwentnie dążył do tego, by czytelnik nie wiedział co jest prawdą, a co tylko się zdaje. Odnoszę wrażenie, że tytuł książki może być pewną wskazówką – czyżbyśmy byli głusi na fakty i wybierali wygodniejszą wersję rzeczywistości?

Książka ta jest opowieścią o honorze. To również historia o poszukiwaniu siebie. Ten, który był niewinny i uczciwy, zostaje skażony światem miejskiej rozpusty, pożądania, przemocy. Wreszcie i on, walcząc w słusznej sprawie, dokonuje czynu, który być może przeważy na jego przyszłości. Powieść jest niepokojąca, ale nie umiem jednoznacznie powiedzieć czy mi się podobała. Raczej odczuwam zawód, że nie do końca po drodze mi z pisarzami mieszkającymi na południu od USA. Wyjątkiem jest chyba tylko Llosa.

Przemoc kobiet. Historia społecznego tabu, Christophe Regina

Świat Książki, 2013

Liczba stron: 345

Podtytuł książki „Historia społecznego tabu” sugeruje coś, z czym nie do końca się zgodzę – jakoby powszechnie sądzono, że kobiety nie są zdolne do przemocy. A przecież wystarczy włączyć TV lub otworzyć gazetę, by znaleźć mnóstwo przykładów zachowań nieakceptowanych społecznie, w których stroną agresywną była kobieta. Autor zakłada jednak, że społeczeństwo nie dostrzega przemocy kobiet, jako że na pierwszy plan wysuwa się przemoc w stosunku do nich.

Christophe Regina jest historykiem z wykształcenia, więc swoją tezę próbuje potwierdzić przy pomocy przykładów zaczerpniętych z historii. Sięga głęboko w przeszłość  – do postaci biblijnych oraz mitologicznych, przywołuje osobę Joanny D’Arc oraz bardziej współczesną zbrodniarkę zakopującą swoje ofiary na farmie. Nie ukrywam, że najciekawszą częścią książki były przykłady, lecz autor stanowczo zbyt rzadko po nie sięgnął fiksując się na udowadnianiu, że białe jest białe, a czarne jest czarne. Zastanawiałam się czy rzeczywiście społeczeństwo francuskie skłonne jest do wypierania faktu, że kobiety bywają agresywne, czy też założenie przyjęte przez autora powstało na podstawie jego własnych obserwacji. Strasznie dużo miejsca zajmuje autorowi próba dowiedzenia, że istnieją mężowie, którzy padają ofiarą przemocy ze strony swoich żon. Wydawałoby się, że to oczywiste i że każdy z nas słyszał o podobnych przypadkach. Regina jednak zakłada, że jego czytelnik żyje w medialnej próżni i nic nie wie o świecie.

Na szczęście całość napisana jest językiem przystępnym i zaskakująco szybko się czyta. Niestety, końcówka książki potwornie rozczarowuje – autor uznał za stosowne zamieszczenie kilkudziesięciu ankiet przeprowadzonych przez siebie na temat stosunku do przemocy w ogóle i przemocy kobiet w szczególe. Nie chciało mi się ich czytać, tym bardziej, że wcześniej zostały przeanalizowane, a ich wyniki przedstawione w wykresach.

Nie wiem czy polecać Wam tę książkę – chyba tylko jako przykład tego jak można położyć temat. Jeśli chcecie przeczytać ciekawie napisaną książkę na podobny temat, sięgnijcie po „Polskie morderczynie” Katarzyny Bondy. „Przemoc kobiet” jest pierwszą książką z mojej ulubionej serii Sfery, która mnie rozczarowała. Ech…

Joy, Jonathan Lee

Muza SA, 2014

Liczba stron: 349

Zwykle nie czytam książek z różowymi akcentami na okładkach, ale w tej zaintrygował mnie opis: „Młoda utalentowana prawniczka Joy Stephens spada z tarasu widokowego, z kilkunastu metrów na marmurową posadzkę. Czy skoczyła? Czy może spadła? Czy odzyska przytomność? Czy to nieszczęśliwy wypadek, czy próba samobójstwa? „

Tytułową Joy poznajemy dzięki relacjom osób, które ją znały. Opowiadają o niej (oraz o sobie) podczas wizyt u psychologa, który po wypadku został zatrudniony przez firmę zatrudniającą Joy. Rozmowy te mają na celu zmniejszyć stres personelu obecnego podczas zdarzenia. Autor oddaje też głos samej Joy – godzina po godzinie śledzimy jej zajęcia i wydarzenia, które doprowadziły do nieszczęśliwego wypadku.

Joy, na przekór swojemu imieniu, wcale nie czuje się radosna ani szczęśliwa. Nosi w sobie poczucie winy, doskwierają jej zerwane więzy z rodziną, jej małżeństwo tylko z pozoru jest udane. Wiedzie jej się tylko w pracy. Dzień wypadku miał być dniem jej awansu na wspólniczkę w firmie. Jako prawniczka jest dokładna, rzetelna i nie liczy godzin spędzonych w biurze.

Powieść zawiera elementy satyryczne – autor przerysowuje bohaterów – są nimi frustraci, którzy mają różne obsesje i dziwne przyzwyczajenia. Mąż Joy, który wykłada literaturę na uniwersytecie, mówi używając metafor oraz wielu pseudonaukowych dygresji. Jej współpracownik, przyjaciel i były kochanek, Peter, chętnie relaksuje się w pracy w sposób co najmniej obsceniczny. Z ich relacji wyłania się złożony obraz Joy, kobiety nieszczęśliwej. Okazuje się bowiem, że sukces zawodowy nie jest wyznacznikiem zadowolenia z życia.

„Joy” to ciekawa książka o tragedii rodzinnej, która nawet po latach rzutuje na relacje całej rodziny. To również powieść o klasie średniej pragnącej coraz bardziej prestiżowych stanowisk, a jednocześnie tuszującej swoje dziwactwa i słabości. Wszyscy bohaterowie lawirują na cienkim lodzie, który lada chwila może się pod nimi załamać i obnażyć ich prawdziwe twarze. Nie bójcie się różowości na okładce, ta książka jest mądrzejsza niż sugeruje jej szata graficzna.

Neuland, Eshkol Nevo

Muza SA, 2014

Liczba stron: 622

Poszukiwanie siebie vs poszukiwanie idealnego społeczeństwa to potężne tematy, tak jak i objętość tej książki. Nevo zmierzył się z nimi w sposób nader delikatny i subtelny. Punktem wyjścia jest zaginięcie ojca. Pogrążony w żałobie po śmierci żony Mani, zostawia rodzinę, bierze długi urlop i wyrusza w podróż po Ameryce Południowej. Jego przedłużająca się nieobecność oraz brak kontaktu alarmują jego dorosłe już dzieci, które postanawiają odnaleźć ojca – żywego lub martwego. Trzydziestokilkuletni syn Maniego, Dori, rusza śladem ojca, prowadzony przez doskonałego detektywa. Zanim go odnajdzie na jego drodze stanie Inbar, jego rówieśniczka, która wybrała się w podróż w nieznane pod wpływem impulsu. Jej celem jest odnalezienie wewnętrznej równowagi i przemyślenie swojego życia.

W tym miejscu oczekiwalibyśmy romansu. Nic z tego. Para podróżuje dalej wspólnie, lecz stawia przed sobą inne cele. Dori, nadopiekuńczy ojciec i niespełniony mąż zanurza się coraz bardziej w sobie – poszukiwania ojca dają mu możliwość zajrzenia w głąb swojego serca. Inbar analizuje swoje niezdrowe (głównie z jej przyczyny) stosunki z rodziną, rozważa odejście z pracy, która ją zawiodła, myśli o przyszłości swojego związku. W takim poważnym nastroju para (nie będąca parą w potocznym znaczeni tego słowa) dociera do miejsca pobytu Maniego. Jego podróż również zakończyła się inaczej – ukojenie w żałobie znalazł realizując wielki plan, na który wpadł przy pomocy wywaru z okolicznych roślin.

Mani założył zalążek idealnego społeczeństwa – Neuland. Projekt ten częściowo wzorował na Atlneulandzie – koncepcji wymyślonej przez Herzla, lecz  wypaczonej przez państwo Izrael. Jego postępujące rozczarowanie Izraelem, który miał być ziemią obiecaną, połączone z traumą powojenną, sprawiło, że zapragnął wdrożyć w życie idealistyczne koncepcje. Czy jednak możliwe jest stworzenie jednomyślnego społeczeństwa, kierowanego odgórnie i wyznającego jeden system zasad? Czy jego projekt ma szanse powodzenia? Odpowiedzi na to pytanie nie dostaniemy, lecz oczyma Doriego i Inbar obserwujemy Neuland od środka, dostrzegając w nim drobne pęknięcia i odstępstwa od głoszonych zasad.

Eshkol Nevo pisze z rozmachem, porusza też wiele tematów. Z tych pobocznych mogłaby powstać odrębna powieść. Typowo dla literatury izraelskiej nie pomija kwestii holocaustu i różnych współczesnych postaw względem Niemców, nawiązuje do drugiej wojny światowej, na tle której przedstawia niezwykłą historię niespełnionej miłości. Stawia przy tym pytanie czy warto przekreślić swoją przeszłość i rozpocząć życie na nowo, czy może trwać w dotychczasowym układzie i szukać pocieszenia w marzeniach i wspomnieniach? Czy związanie się Inbar i Doriego może zaradzić ich wewnętrznym rozterkom? To samo pytanie, lecz w skali makro zadaje pisząc o sprawach dotyczących państwa Izrael. Czy Neuland jest odpowiedzią na problemy państwa żydowskiego? Czy można zacząć wszystko od nowa?

Powieść stawia wiele pytań, ale nie udziela tej samej liczby odpowiedzi. Tym bardziej warto wybrać się drogą prowadzącą do Neulandu i poznać bohaterów tej powieści, ich marzenia i rozterki. Warto dać się wciągnąć w snucie fantastycznych wizji społeczeństwa idealnego. Polecam!

Blogotony, Inga Iwasiów

Wielka Litera, 2013

Liczba stron: 340

Nie czytam bloga Ingi Iwasiów, więc wszystko to, co zastałam w tej książce było dla mnie świeże i nieznane. Ten zbiór różnych wpisów zaczyna się od felietonów, kończy obszernym fragmentem bloga – stąd pewne powtórzenia. Teksty tego typu mają to do siebie, że odnoszą się do spraw bieżących, tego, co dzieje się w kraju i na świecie – u Iwasiów  kilkakrotnie pojawiają się przygotowania do Euro 2012 oraz same mistrzostwa. Nie, autorka nie jest fanką futbolu, jest obserwatorką ludzkich zachowań. Pojawiają się też tony bardziej osobiste i zawodowe.

Sporo tu odniesień do feminizmu i roli kobiet w nauce, literaturze, rodzinie. Często pojawia się motyw wydawanego w Szczecinie pisma „Pogranicza”. Magazyn ten hołubiony przez Iwasiów, niestety musiał zakończyć działalność –  najprawdopodobniej ze względów politycznych. Gdy Iwasiów pisze o Pograniczach z jej słów bije rozgoryczenie, smutek i wielki zawód. Pojawiają się również nawiązania do osobistych problemów i kłopotów. Ale najważniejszym i najczęściej powracającym tematem jest szeroko rozumiana literatura.

„Nie wypada mówić takich rzeczy jak: kocham literaturę, żyję dzięki literaturze, nie odrywam ciała ani na moment od papieru, bo przestałabym istnieć. Z drugiej strony za pisanie takich rzeczy, oczywiście w sposób skomplikowany i wyszukany, można dostać nawet Nobla, vide Pamuk, który zawsze o tym pisze.”

I chociaż nie wypada, to Inga Iwasiów sporo pisze o literaturze – o byciu recenzentką, wykładowcą, pisarką, czytelniczką, krytyczką, jurorką w konkursach literackich. Pisze o radości ze spotkań z czytelnikami swoich powieści oraz rozterkach związanych ze swoim zawodem. Między innymi opisuje emocje jakie towarzyszyły jej, kiedy została nominowana do Nagrody Nike oraz uczucia, jakie targają nią, kiedy nagrodę tę przyznaje innym jako członek kapituły. Zastanawia się nad komercjalizacją literatury, znaczeniem nagrody dla pisarza i dla przeciętnego czytelnika:

„Jako pisarka na temat promocji opartej na zasadach marketingu mam złe zdanie, uważam, że nie działa, przyciągnąć do wartościowej oferty może nielicznych i właściwie jest zabójcza dla literatury. (… ) Oczywiście konkursy flirtują z światem marketingowo-medialnym, ale jednak przesuwają akcenty. W centrum uwagi staje ktoś, kto napisał wiersze, nie na przykład miał romans z agentem. To mimo wszystko różnica.”

Zdaniem Iwasiów różnego rodzaju nagrody literackie ułatwiają świadomemu czytelnikowi wybór, są znakiem jakości dzieła, czymś, na czym możemy się oprzeć i czemu możemy zaufać – w końcu zostają przyznawane przez fachowców.

Zdaję sobie sprawę, że bardzo spłyciłam „Blogotony” koncentrując się zaledwie na kilku rzeczach, lecz nie sposób w krótki sposób ogarnąć poruszanych w książce tematów. Napisałam o tych, które mnie najbardziej interesowały, przemilczałam te, które irytowały lub miałam do nich stosunek obojętny. Słyszałam różne głosy na temat „Blogotonów” – ja opowiadam się po stronie tych, którzy mówią, że warto je przeczytać.