Wszystko się spieprzyło, ale chyba będzie lepiej, Richard Farina

Officyna, 2014

Liczba stron: 320

Richard Farina zginął wkrótce po wydaniu swojej pierwszej powieści. Jego postać m.in. z tego powodu otoczona była kultem pokolenia bitników. Autor był osobą nietuzinkową, co przekłada się na powieść. Jej główny bohater obdarzony został licznymi elementami życiorysu pisarza. Gnossos Pappadopoulis to wieczny student, włóczęga, człowiek, któremu wszystko wisi, który przed wszystkim pragnie dobrze się bawić.

Po wielu miesiącach spędzonych w podróży obfitującej w mniej lub bardziej niebezpieczne przygody, Gnossos przybywa na kampus, gdzie od razu wpada w wir zabawy, podbojów łóżkowych i zostaje uwikłany w polityczne machlojki. Zostaje uwikłany, ponieważ ma taką naturę, że najchętniej stoi z boku i chadza własnymi ścieżkami. Hulaszczy tryb życia oznacza ciągłe imprezy suto zakrapiane alkoholem, testowanie substancji odurzających oraz przebywanie w szemranym towarzystwie. Jedyną kotwicą jest dziewczyna, pierwsza prawdziwa miłość Gnossosa. Dla niej gotowy jest osiąść i skończyć z nieustającym buntem, który według niego i jego pokolenia jest wyrazem wolności. Niestety, sielankę przyjaciół z kampusu zakłóca tragiczne wydarzenie. A potem wszystko zaczyna się pieprzyć.

Mam problem z tą książką. Wydaje mi się bowiem, że aby ją w pełni docenić musiałbym być albo starsza, albo młodsza. Już wyjaśniam to absurdalne przekonanie. Gdybym była starsza, mogłabym identyfikować się z pokoleniem bitników i czytać o ich buncie przeciw mieszczańskim tradycjom z sentymentem i nostalgią. Gdybym była młodsza, miałabym możliwość porównania swoich lat studenckich z latami sześćdziesiątymi, posmakować pijacko-humorystycznych scen, które mnie trochę irytowały. A ja plasuję się gdzieś po środku i ani mnie nie bawi czytanie o hulankach, ani nie kręcą „momenty”. Najchętniej czytałam o tym jak bardzo młodym ludziom zależało na zburzeniu skostniałych, irracjonalnych zasad kultywowanych z zaciekłością na kampusie i ograniczających wolność studentów. Podobało mi się, że potrafili się skrzyknąć i walczyć o swoje prawa z idealistycznym zacięciem, nieświadomi zakulisowych przepychanek i walki o władzę. W tej pozornie lekkiej powieści, da się wyczuć zaskakująco dużo goryczy, co czyni książkę uniwersalną i strawną nawet po prawie 60 latach od premiery.

Teoria zła. O empatii i genezie okrucieństwa, Simon Baron-Cohen

Smak Słowa, 2014

Liczba stron: 212

Simon Baron-Cohen jest psychologiem, który na „warsztat” wziął pojęcie zła, jego przyczyny możliwe do określenia za pomocą testów psychologicznych oraz dogłębnego badania mózgu przy użyciu najnowocześniejszych urządzeń. Jego teoria skłania do odrzucenia stereotypowego pojęcia zła i spojrzenia na nie pod innym kątem. Naukowiec próbuje dowieść, że zło to nic innego jak brak empatii, która w zależności od różnych okoliczności i typów osobowości może doprowadzić do mniejszego lub większego okrucieństwa.

Autor dokonuje opisu trzech typów osobowości, którą znamionuje zerowy poziom empatii przynoszący negatywne skutki. Osobowości psychopatyczna, borderline i narcystyczna dają naukowcom szerokie pole do badań oraz wielość przykładów zachowań odbiegających od społecznej normy. Okazuje się jednak, że zerowa empatia niekoniecznie wiąże się ze skłonnością do wyrządzania zła. Osoby dotknięte autyzmem i zespołem Aspergera również cechuje brak empatii, jednakże nie mają one skłonności do okrucieństwa, wręcz przeciwnie, trzymają się ustalonego porządku i przestrzegają zasad prawa.

Autor bardzo mocno podkreśla jak ważne w rozwoju człowieka jest dzieciństwo spędzone w warunkach sprzyjających rozwojowi w atmosferze zrozumienia i miłości. Jeśli dziecko zostanie „nasycone” dobrem ze strony rodziców lub opiekunów, dobro będzie procentować w przyszłości. Baron-Cohen nazywa to „garncem złota”, z którego człowiek czerpie przez całe życie.

Jeden rozdział opisuje również budowę mózgu i funkcje jakie przypisane są jego poszczególnym obszarom, skupiając się na tych, które pełnią istotną (choć nie do końca jeszcze poznaną) rolę w odczuwaniu empatii lub jej braku. Te fragmenty, w przeciwieństwie do reszty książki nieco mnie nużyły. Nic dziwnego, nie mam wiedzy, by w pełni zrozumieć terminologię, nie interesuje mnie również medycyna.

Za wyjątkiem wspomnianego rozdziału, książka jest ciekawie, spójnie i logicznie napisana, przez co jest zrozumiała nawet dla laika. Autor stara się wyjaśnić pozornie irracjonalne zachowania przestępców, choć nie usprawiedliwia ich działania. Zadaje również pytanie o kwestie moralno-etyczne osądzania przestępców na karę więzienia, jeśli zbrodnie, których się dopuścili wynikały z nieprawidłowego działania mózgu, na które osadzeni nie mieli wpływu. Jeśli nie boicie się pozycji popularno-naukowych i interesują was zagadki ludzkiego mózgu, na pewno nie zawiedziecie się na tej książce. Polecam.

Drugi dziennik. 21 czerwca 2012-20 czerwca 2013, Jerzy Pilch

Wydawnictwo Literackie, 2014

Liczba stron: 281

Są takie książki, którym trzeba się poświęcić w stu procentach. Nie wybaczą rozkojarzenia, nie otworzą się przed tymi, którzy nie oczyścili głowy z myśli o sprawach przyziemnych. Dziennik Pilcha należy właśnie do grupy do tych wymagających, choć przecież jest tylko dziennikiem – zapiskami prowadzonymi bardziej lub mniej regularnie przez okres roku. Obawiam się, że w pędzie związanym z różnymi obowiązkami, za bardzo ślizgałam się po powierzchni zadowalając się lukrem i nie docierając do wnętrza. A jednak, coś zapamiętałam, czego daję wyraz pisząc o książce ponad miesiąc po jej lekturze.

Pilch sporo miejsca poświęca tematyce, która od dawna mnie ciekawi – pisze o literatach, kolegach po piórze.  Pochyla się nad dziwnymi zasadami, które wygłaszają publicznie. Bierze pod lupę zdanie niewiadomego autorstwa, w którym mowa o tym, że „w czasie pisania, nie czytam, aby uniknąć wpływów”. Pięknie się z nim rozprawia, cudownie wytyka idiotyzm tego cytatu. „Malarz, gdy maluje, obrazów nie ogląda? Nie widzi? Pejzażysta z zamkniętymi oczami po świecie łazi? Rzeźbiarz rzeźb unika, a jak jaki pomnik w dali spostrzeże – śmiertelnie przerażony, iż artyzm jego wtórnością skażony zostanie – w przeciwną stronę spiernicza, aż się kurzy?” Aż by się chciało wiedzieć do kogo pije doświadczony pisarz. Może wiecie? Obrywa się też grafomanom, którzy choć wykształceni, doświadczeni i przekonani o własnej wielkości, nie potrafią pochylić się i zrozumieć innego człowieka.

W obliczu nieuleczalnej choroby, z którą się zmaga, autor dziennika częściej myśli o umieraniu oraz o tych, którzy byli mu drodzy, a już odeszli. Wspomnienie o nich na kartach książki ocali ich od zapomnienia i pozostawi coś więcej niż nekrolog w gazecie. Pilch opisuje również drobne i coraz większe zmiany jakie zachodzą w jego życiu w związku z Parkinsonem, lecz nie roztkliwia się nad sobą, tylko przyjmuje całkiem rzeczowy ton.

Erudycja i oczytanie autora zabijają mnie „na śmierć”. Pilch przywołuje fragmenty przeczytanych książek, polemizuje z autorami – padają takie nazwiska jak Camus, Nabokov, Cioran – i sprawnie żongluje faktami i opiniami. To właśnie w tych momentach uznałam, że przydałby mi się bardziej wypoczęty umysł (lub książka na własność, żeby wrócić do niektórych fragmentów).

Nie czytałam pierwszego Dziennika, bo jakąś okrężną drogą dotarło do mnie, że sporo w nim o piłce nożnej. Po Drugi dziennik sięgnęłam ze względu na to, że znalazł się na długiej liście do Nagrody Nike i choć jego początek przypada na okres Euro 2012, to futbolu w nim prawie nie ma. Ostatecznie, lektura  dała mi więcej niż się spodziewałam. To gęsty, osobisty tekst, w którym znajdziecie prawdy uniwersalne podawane bez moralizowania i wywyższania się nad innych.

Maus, Art Spiegelman

Wydawnictwo Post, 2010

Liczba stron: 302

Osobom, które nie interesują się tematem, komiksy kojarzą się stereotypowo – z superbohaterem lub Kaczorem Donaldem w wersji gigant. Wiele osób na pewno się zdziwi, gdy dotrze do nich, że w tej formie literatury można zamknąć grozę holokaustu i przejmującą wojenną historię. Zadania podjął się Amerykanin – Art Spigelman, prywatnie syn polskiego Żyda, który przeżył holokaust, pobyt w getcie oraz obozie koncentracyjnym.

Spiegelman podejmuje się napisania i narysowania historii opowiadanej przez ojca, gdy zaczyna do niego docierać fakt, że ojciec jest już bardzo stary i należy wysłuchać i zapisać to, co przeżył. Jest to sposób na poznanie rodziny oraz przekazanie szerszemu odbiorcy wiedzy o drugiej wojnie światowej. Opowieść zaczyna się od czasów przedwojennych – to czas dość beztroski, Żydzi w Polsce są zasymilowani, prowadzą prosperujące firmy, podróżują, cieszą się dobrobytem. Dojście Hitlera do władzy oraz niepokojące wieści dochodzące z Niemiec niepokoją wszystkich. Wybuch wojny jest dla bogatych Spiegelmanów na pewno mniej dotkliwy niż dla biedoty. Jednakże to tylko kwestia 2-3 lat, gdy wszyscy podzielą ten sam los. Utrata bliskich, wolności, godności i majątku jest tak samo tragiczna dla zamożnych jak i dla biednych. W ciągu kilku lat ludzie stają się numerami, a ich jedynym osobistym majątkiem łyżka, niedobrane do pary drewniaki i pasiak.

Rysownik nie ogranicza się jedynie do zapisu zdarzeń wojennych – tych smutnych i tych, które można nazwać łutem szczęścia. Używając prostych środków przekazu i wymownych przykładów ukazuje wpływ przeżyć wojennych na dalsze życie swoich rodziców. Jego ojciec stał się dziwakiem – człowiekiem niezwykle oszczędnym, sknerą, która wykłóca się o jedną zapałkę. Matka pogrążyła się w depresji. Życie z nimi nie jest łatwe. Rozmowa o wojennych przeżyciach jest dla narratora (i autora) próbą zrozumienia okoliczności, które ukształtowały jego rodziców. Tragizm losów Spiegelmanów rozciągnął się w czasie i przestrzeni. Wojna nie skończyła się dla nich w maju 1945 roku.

Skąd tytuł „Maus”? Spiegelman sięgnął do symboliki zwierząt – Żydów ukazał jako myszy, Niemcy to koty, Francuzi – żaby, Polacy – świnie. Bohaterowie komiksu mają zwierzęce twarze, lecz zachowania, uczucia, ubrania w stu procentach ludzkie. I nie ma się co oburzać symboliką stawiającą Polaków w niepochlebnym świetle. Żeby móc się wypowiadać na ten temat, trzeba przeczytać Mausa. Gwarantuję doskonałą, poruszającą lekturę.

Dziewczyny z Powstania, Anna Herbich

Znak Horyzont, 2014

Liczba stron: 317

Przypadająca w tym roku 70 rocznica Powstania Warszawskiego sprawia, że mamy wysyp książek związanych z sierpniem 1944. To jedna z ostatnich okazji, żeby dotrzeć do uczestników i uczestniczek powstania, osób, które walczyły i które próbowały przetrwać w mieście pogrążonym w chaosie walki.

Anna Herbich zainspirowawszy się powstańczą historią swojej babci, dotarła do wielu innych kobiet, których młodość przypadła na czas wojny i które latem 1944 roku znalazły się w wojennej Warszawie. Bohaterki książki to rodowite Warszawianki, kobiety, które przybyły do stolicy z ziem leżących na wschodzie, są wśród nich nastolatki i dwudziestolatki, mężatki i panny, szlachcianki, hrabianka oraz przedstawicielki niższych klas społecznych. Wszystkie je łączy jedno: Powstanie Warszawskie. Nie wszystkie czynnie w nim uczestniczyły, część z nich po prostu próbowała przetrwać, co było tym trudniejsze, gdy miało się pod opieką noworodka.

W opowieściach „dziewczyn” nakłada się kilka tematów – wybuch czołgu-pułapki, który dosłownie i w przenośni wstrząsnął powstańczą Warszawą, udział w konspiracji, atmosfera niecierpliwego oczekiwania na wybuch powstania i przekonanie, że walka trwać będzie nie dłużej niż kilka dni. Każda z historii jest jednak inna, choć większość to opowieści pełnometrażowe. Celowo uciekam się do filmowej terminologii, bo czytając miałam przed oczami obrazy jakby żywcem wzięte z dobrego dramatu wojennego.

Rzuciła mi się w oczy pewna prawidłowość. Kilka bohaterek opowiada o dobrych Niemcach. Jedna z nich po upadku powstania została uratowana przez Niemca, któremu przypominała córkę, inna została wolno puszczona z łapanki, jeszcze inna pielęgnowała w powstańczym szpitalu honorowego wroga. Żadna z dziewczyn nie mówi ani jednego dobrego słowa o Rosjanach, których miały nieszczęście spotkać na swojej drodze. Sam ich widok budził przerażenie, czyny natomiast nie mają nic wspólnego z „wyzwoleniem”, o którym przekonywano nas przez ponad 50 lat po zakończeniu wojny.

Autorka pyta swoje rozmówczynie o ocenę słuszności wybuchu powstania. Zdziwicie się jak różne są odpowiedzi. Stąd też moje przekonanie, że my, pokolenia powojenne, nie mamy moralnego prawa oceny słuszności tego działania. Nie wiemy jak byśmy się zachowali w takiej sytuacji, bo, „tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono”.

Lekturę książki polecam, dzięki nam, czytelnikom, powstańcze, dramatyczne historie przetrwają kolejne pokolenie.