Rozpoznani. Powstanie Warszawskie, Iza Michalewicz & Maciej Piwowarczuk

Agora i Muzeum Powstania Warszawskiego, 2014

Liczba stron: 248

„Rozpoznaj” to tytuł akcji zorganizowanej przez Muzeum Powstania Warszawskiego, dzięki której udało się zidentyfikować dotychczas anonimowych bohaterów taśm filmowych nakręconych podczas Powstania Warszawskiego. Dzięki aktywności widzów i zwiedzających udało się powiązać postacie z nazwiskami oraz dopisać przed- i powojenne biografie powstańców. Książka ta jest zwieńczeniem akcji i zawiera bogaty materiał ilustracyjny związany z życiem zidentyfikowanych osób. Nie brak w niej wzruszających historii.

Jest opowieść o nowożeńcach, sanitariuszce i oficerze z ręką na temblaku, którzy wbrew radom rodziców pobrali się podczas powstania. Oboje przeżyli, wciąż są za sobą i cieszą się swoimi wnukami i prawnukami. Jest historia chłopca, który na filmie pomaga budować barykadę. Jego opowieść skupia się na czasie wojennym i powodach, dla których postanowił dołączyć do powstańców. Jest też wspomnienie o powstańcu, którego wizerunek w apaszce w grochy widnieje na okładce – o życiu dziadka opowiada jego wnuk i rodzina. Co zaskakujące sam Stanisław Firchał, bo tak nazywał się rozpoznany powstaniec, niechętnie wracał do sierpnia 1944. Piękna jest historia odznaczonego orderem Virturi Militari Witolda Kieżuna, który za udział w powstaniu został wysłany na Archipeleg Gułag.

Wszystkie opowieści są dobrze opowiedziane i udokumentowane. Chociaż dotyczą ułamka powstańców, dają pojęcie o tym dlaczego ruszyli do walki, jak walczyli, jakie mieli uzbrojenie i jak ryzykownych podejmowali się akcji. Wspomnienia ocalałych upamiętniają tych, którym się nie udało, których dosięgała kula, granat czy gruz z bombardowanych budynków. Pokazują również życie po wojnie, w kraju, który tyko udawał, że jest wolny lub za granicą, gdzie wolność istniała, lecz okupiona była tęsknotą za bliskimi. Dużo miejsca poświęcono również tym, którzy stali za okiem kamery – operatorom, filmowcom i reporterom wojennym, którzy z z narażeniem życia dokumentowali walkę o wolną stolicę.

To piękna książką, którą warto mieć na swojej półce. Jest nie tylko ładnie wydana, zawiera dużo archiwalnych zdjęć, lecz także opowiada o ludziach, których warto zapamiętać za to, że walczyli o wolność, której często nawet nie zdążyli zakosztować.

On wrócił, Timur Vermes

Biblioteka Akustyczna, 2014

Czas nagrania: 12 godz. 10 min. Czyta Jarosław Boberek

Liczba stron: 400

Adolf Hitler dostaje drugą szansę. Ponownie pojawia się na ziemi w roku 2011. Budzi się gdzieś na ławce w parku w Berlinie mając wciąż na sobie mundur Rzeszy. Nie wie który jest rok, nie wie jak skończyła się wojna, zupełnie nie orientuje się w sytuacji politycznej i społecznej kraju. Wie jedno – musi zakończyć swoją misję. Najpierw jednak musi się jakoś ogarnąć, rozejrzeć, odświeżyć. Pomocy udziela mu właściciel kiosku z gazetami widząc w nim zdziwaczałego rozbitka życiowego obdarzonego talentem aktorskim. Nie bierze go na poważnie, aczkolwiek pomaga mu jak może i postanawia wspomnieć o nim producentom telewizyjnym, którzy często zachodzą do kiosku. Ci zapraszają Hitlera na nagrania próbne satyrycznego show. Okazuje się, że ten świetnie sobie radzi. Tylko, że to, co publiczność uważa za dowcip, Hitler mówi zupełnie poważnie.

Autor opisuje perypetie Hitlera we współczesnym świecie. Mnóstwo w książce elementów komicznych – obsługa komórki, komputera z mysim aparacikiem, zakładanie konta poczty elektronicznej, stosunek do aktualnej mody czy programów telewizyjnych budzą śmiech. Ale zdziwicie się ile razy przyznacie rację głównemu bohaterowi krytykującemu miałkość tematyki poruszanej w mediach. Oczywiście faszystowskie poglądy Hitlera nie uległy zmianie – wciąż jest rasistą, wciąż ma plan podboju świata i zadziwiające jest jak potrafi być elastyczny i jak świetnie przystosowuje się do nowej sytuacji. Potwór ma również ludzkie oblicze, które widać na przykład w jego opiekuńczym stosunku do młodej sekretarki.

„On wrócił” to pozornie lekka, zabawna powieść. Dużo się w niej dzieje, główny bohater jest bardzo charakterystyczny, obdarzony wieloma przypisywanymi mu powszechnie cechami, które dzięki przerysowaniu tworzą rys komiczny. Im dalej się jednak brnie, im więcej za czytelnikiem przeczytanych stron, tym większa konsternacja. To, co najpierw wydawało się być zabawne, zaczyna coraz bardziej przerażać. Hitler ma plan i aby go zrealizować nie potrzebuje już wojska, ciężkiego sprzętu i doskonałych generałów. Wystarczą media i ludzka naiwność. Mający na względzie oglądalność i wpływy producenci telewizyjni nieopatrznie go wspierają. Społeczeństwo w większości oczarowane jest pozornie bezbronnym pajacem, który „udaje” Hitlera.

To słodko-gorzka powieść, którą w miarę możliwości powinniście posłuchać zamiast czytać. Chociaż zazwyczaj nie lubię, gdy lektor książki nadmiernie gra, tu aż się prosi, by Hitler brzmiał jak Hitler. Interpretacja Jarosława Boberka jest doskonała, najlepsza jaką można sobie wymarzyć. Polecam!

Beksińscy. Portret podwójny, Magdalena Grzebałkowska

Znak, 2014

Liczba stron: 480

Nie sposób było nie zauważyć zachwytów i setek pozytywnych recenzji tej książki. Starałam się je omijać szeroki łukiem zanim sama ją przeczytałam, ale dotarło do mnie dość, by sprawić, że dość długo wahałam się czy czytać. Często zdarza się bowiem, że to, co lubią wszyscy, nie jest zbyt dobre, a ja bardzo chciałam, by ta pozycja zrobiła na mnie wrażenie. Gdy się wreszcie przemogłam, wsiąkłam w świat Beksińskich, a chociaż przyglądałam mu się z konsternacją i przestrachem, to nie chciałam z niego wychodzić.

Jestem w takim wieku, że załapałam się w liceum i na studiach na słuchanie audycji Tomka Beksińskiego. Słuchałam ich i w pewnym sensie kształtowałam wówczas swój gust muzyczny. Czytałam również jego felietony w Tylko Rocku i jako studentka anglistyki podziwiałam za dowcipny przekład filmów o Monty Pythonie. Docierały do mnie pogłoski o próbach samobójczych Tomka, domyślałam się, że jest trochę „szurnięty”, lecz nie miałam ani chęci, ani możliwości, by dociekać dlaczego jest jaki jest. O twórczości Zdzisława czytałam w prasie, znałam reprodukcje jego obrazów, które przemawiały do mnie za sprawą nastroju, kolorystyki i atmosfery grozy. W pewnym momencie miałam nawet olejną kopię jednego obrazu Beksińskiego. Moja wiedza o Beksińskich była ułamkowa, dopiero lektura książki Grzebałkowskiej odsłoniła głębię i złożoność charakterów tych ludzi oraz skomplikowane relacje w ich rodzinie.

Autorka dotarła do bogatego archiwum listów, zapisków, wideo i audiokronik rodzinnych, z których pozlepiała chronologicznie to, co składa się na w miarę obiektywny obraz Beksińskich. Udało jej się również porozmawiać ze znajomymi i przyjaciółmi rodziny. Pokazuje korzenie Beksińskich, ich pracę, zainteresowania, pasje graniczące z obsesjami, stosunek do sztuki, przywiązanie do miejsc, dziwactwa i poglądy. Obraz jaki się z tego wyłania jest mocno zaskakujący. Zdzisław to człowiek wielu pasji, którym oddaje się całym sobą. Nie ma w jego życiu miejsca dla dziecka. Tomek od najwcześniejszych lat traktowany jest bardziej jak partner niż jak dziecko, któremu trzeba poświecić innego rodzaju uwagę. Brak w tej rodzinie ciepła, lecz nie wynika to z patologii, lecz specyficznego charakteru ojca. Z kolei Tomasz od zawsze był inny, a rodzicie podsycali w nim tę odmienność, która ostatecznie nie pozwoliła mu żyć pełnią życia.

Trzecią osobą rodzinnego dramatu jest matka Tomka, ukochana żona Zdzisława, która przez całe życie żyła w cieniu męża, usługując mu i podporządkowując się jego sztuce i pasjom. Nie ma w niej jednak rozgoryczenia, ponieważ wierzy w geniusz męża i wspiera go jak potrafi. Zofia jest najmniej widoczną, lecz najbardziej pozytywną postacią.

Ogromnie podobało mi się, że w książce są fakty, fakty, fakty i kilka subiektywnych wypowiedzi znajomych Beksińskich. Samej autorki w niej nie ma. Grzebałkowska nie wartościuje, nie ocenia, nie wyraża swojego zdania. Jest niczym aptekarz, który stara się wymierzyć doskonałe proporcje, takie, które nie przekłamują. Nie słodzi, ale i nie demonizuje. Pokazuje aspekt humorystyczny i dramatyczny. Wybiera materiały tak, by czytelnik sam mógł dokonać własnej oceny. Chociaż to biografia i wiadomym jest, że portretowane w niej osoby już nie żyją, powszechnie znane są okoliczności ich śmierci, to zbliżając się do końca denerwowałam się smutnym zakończeniem. Czy to świadomie, czy przypadkiem, autorce udało się zbudować napięcie jak w thrillerze.

Mogłabym pisać i pisać, bo to najlepsza książka jaką czytałam w ostatnich miesiącach – jest tak dobra, że mając ebooka, dokupiłam jeszcze wydanie papierowe. Koniecznie przeczytajcie.

Autorka, Magdalena Grzebałkowska, na spotkaniu autorskim w Bibliotece Raczyńskich.

Złodzieje koni, Remigiusz Grzela

Wydawnictwo Studio Emka, 2014

Liczba stron: 303

Okładka tej książki ma hipnotyzujący, fioletowy odcień, który wprawiłby w ekstazę Barbarę Wachowicz i lakierowany, lekko wypukły tytuł. Lubię taki wpadający w oko i przyjemny w dotyku dizajn. Jedyny kłopot miałam taki, że nie potrafiłam umiejscowić sobie twórczości Remigiusza Grzeli – bo choć nazwisko nie było mi obce, to już jego książki to terra incognita. Upewniwszy się, że to nie science-fiction, wzięłam byka za rogi.

„Złodzieje koni” to obraz rozkładu rodziny złożonej z trzech pokoleń. Akcja koncentruje się na  mężczyznach. Najstarszy z nich, Stanisław, od półwiecza mieszka w Stanach, nie utrzymuje kontaktów z jedynym synem, Jerzym. Do Polski przyjeżdża na zaproszenie telewizji, bo w Stanach ma nową rodzinę. W młodości był partyzantem, który  wykonywał wyroki na tych, którzy współpracowali z Sowietami po ich wkroczeniu do Polski. Jego syn, wychowywany tylko przez matkę i ciotkę, został aktorem, lecz od lat nie otrzymuje żadnych propozycji. Pogrąża się w marazmie i nie umie przyznać do życiowej porażki. Najmłodszy mężczyzna w rodzinie, Kamil, syn Jerzego, właśnie został wyrzucony ze studiów na wydziale reżyserii i zaczął pracę przy produkcji niskobudżetowego filmu.

Między głównymi bohaterami źle się dzieje. W tej rodzinie nikt nie doświadczył ciepła ani wsparcia od taty. Jerzy pielęgnuje w sobie odrzucenie i żal do nieznanego i nieobecnego ojca, Kamil dopiero niedawno wyprowadził się z domu i otrząsnął z toksycznego układu. Gdyby nie matka, chyba zerwałby stosunki z roszczeniowym i wiecznie niezadowolonym Jerzym. Obserwujemy tę rodzinę w momencie dla niej przełomowym – powracają wspomnienia, rozdrapywane są źle zabliźnione rany. Stanisław za sprawą telewizji wraca do czasów, gdy wraz z matką Jerzego ukrywali się w lesie. Jerzy rozpamiętuje wszystkie razy, gdy zawiódł siebie i innych. Kamil dopiero smakuje dorosłego życia – styka się z jego skrajnymi przejawami – miłością i śmiercią.

Postacie męskie zostały doskonale sportretowane – każda z nich obdarzona dużym bagażem doświadczeń, skomplikowaną psychiką i potrzebą miłości. Z przejęciem śledziłam losy tej rodziny, zarówno jej amerykańskiej odnogi, jaki i tych, którzy zostali w Polsce. Udało się pokazać dramat jednostki na tle dramatu całego narodu w czasach powojennych, ale także dramat człowieka, który źle czuje się ze swoim konformizmem. Jednak w całym moim zachwycie nie do końca przekonana jestem do postaci kobiecych w tej książce. Dziewczyna Kamila wydaje się być postacią z marzeń każdego młodego chłopaka, ładna, zawsze chętna i niewiele mówiąca – postać w dużej mierze nierealna. Żona Jerzego i matka Kamila również mi nie pasuje – coś mi nie gra w jej zachowaniu, za dużo w niej sprzeczności. Szczęśliwie to postaci drugoplanowe.

„Złodzieje koni” to doskonała, współczesna, polska proza o ludziach, którzy chcieliby kochać i być kochani, lecz nie nauczyli się dawać miłości. Polecam gorąco!

Pan Mercedes, Stephen King

Wydawnictwo Albatros, 2014

Liczba stron: 576

Nie mam czołobitnego stosunku do twórczości Stephena Kinga, bo znam ją bardzo wybiórczo i szczątkowo – horrory i fantastyka to margines moich literackich zainteresowań. Powieści kryminalne to jednak inna sprawa, a King właśnie napisał swoją pierwszą powieść detektywistyczno-kryminalną. Nie muszę chyba wspominać, że zaczęłam ją czytać mając wysokie oczekiwania od powszechnie uznanego mistrza. Nie zawiodłam się ani na moment.

Pewnego dnia o świcie rozpędzony kierowca z premedytacją wjeżdża w tłum ludzi czekających na otwarcie targów pracy. Ciężkim, kradzionym samochodem marki Mercedes zabija osiem osób i rani kilkanaście. Śledztwo staje w martwym punkcie, a po kilku miesiącach prowadzący je detektyw Bill Hodges przechodzi na emeryturę. Nadmiar wolnego czasu nie służy Hodgesowi, wielokrotnie nagradzanemu policjantowi. Nie służy mu do tego stopnia, że zaczyna rozważać myśl o samobójstwie. Marazm i przygnębienie przerywa list, który detektyw znajduje w skrzynce pocztowej. Napisał do niego sam Pan Mercedes, jak nazywają sprawcę masakry. Jego intencje są jasne dla doświadczonego policjanta. Zdaje sobie również sprawę, że nie powinien zatajać listu przez osobą, która przejęła niezamknięte dochodzenie. Pokusa, by przyczynić się do ujęcia Pana Mercedesa jest jednak silniejsza. Hodges rusza tropem sprawcy.

Detektyw i morderca bawią się w kotka i myszkę – role ściganego i ścigającego często się zmieniają, niemal każda strona przynosi coś nowego. Dzięki temu, że możemy śledzić poczynania Pana Mercedesa i Hodgesa lepiej poznajemy obu mężczyzn, dowiadujemy się jakie przeżycia miały wpływ na to, że Mercedes został zbrodniarzem i jakie motywacje kierują byłym detektywem w samozwańczym pościgu. Hodges z każdą stroną budzi większą sympatię – ma poczucie humoru, jest dobry w tym, co robi, umie zjednywać sobie ludzi. Z kolei Pan Mercedes coraz bardziej przeraża, masakra nie zaspokoiła jego potrzeby zabijania.

Z ogromną sympatią czytałam o pomocnikach Hodgesa – czarnoskórym nastolatku z sąsiedztwa i znerwicowanej czterdziestolatce z wielkimi problemami psychicznymi. Wystarczy tylko wyobrazić sobie emerytowanego detektywa z nadwagą, bystrego nastolatka i cierpiącą na różne nerwice Holly, by zrozumieć jak niezwykły to team.

„Pan Mercedes” jest bardzo dobrym kryminałem, autor umiejętnie stopniuje napięcie, dozuje informacje, buduje przekonujących bohaterów i wiarygodne sytuacje. Intryga kryminalna opiera się na ciekawym pomyśle i trudno przewidzieć rozwój wydarzeń. Jednak samo zakończenie, sposób w jaki oczyszczono team Hodgesa z zarzutów wydawał mi się trochę zbyt hollywoodzki, ale być może w USA tak to funkcjonuje. U nas wszyscy pewnie poszliby siedzieć. Jeśli nie wierzycie, że King poradził sobie z kryminałem, sprawdźcie. Ale od razu ostrzegam – trudno się oderwać od książki, więc warto mieć urlop na żądanie na podorędziu.