Śpiewaj ogrody, Paweł Huelle

Wydawnictwo Znak, 2014

Liczba stron: 318

Moja wcześniejsze doświadczenia z prozą Pawła Huelle sprowadzają się do tylko jednego literackiego spotkania. Media i recenzenci sprawili, że moje oczekiwania w stosunku do „Śpiewaj ogrody” były wysokie. Spodziewałam się, że nie będę mogła się oderwać od książki. Z tego właśnie powodu zostawiłam ją sobie na czas urlopu, żeby w razie czego mieć noc w zapasie. Okazało się, że czytanie tej książki przebiegało zupełnie odmiennie od moich wcześniejszych wyobrażeń.

Huelle zabiera nas do przedwojennego Wolnego Miasta Gdańska, gdzie rozpoczyna się opowieść snuta przez Gretę – śpiewaczkę operową. Jej historia, będąca pierwszym filarem powieści, dotyczy miłości i życia w mieście, nad którym od lat trzydziestych zbierają się czarne chmury nadciągające z Niemiec. I choć Greta i jej mąż, kompozytor, są Niemcami, to boją się przyszłości i nieobliczalności Hitlera. Niestety, historia za sprawą odnalezionej, niedokończonej opery Wagnera wedrze się pomiędzy nich i doprowadzi do tragedii.

To książka o przenikaniu i o tym, że historia pełna jest zakrętów i nieprzewidywalnych zwrotów. Willa, w której mieszkają muzycy, powoli odsłania swoje tajemnice, gdy zostaje odnaleziony pamiętnik jednego z pierwszych jej właścicieli, co daje książce drugi punkt podparcia. Późniejsze losy domu oraz wojenne przeżycia Grety rekonstruowane są latami przez chłopca-narratora, który w dzieciństwie mieszkał w willi podzielonej na wiele mieszkań. Trzecim filarem, na którym opiera się powieść, są powojenne i wojenne losy rodziny narratora oraz jej kaszubskiego przyjaciela.

„Śpiewaj ogrody” czytałam powoli. Bardzo powoli. Cały czas miałam wrażenie, że jestem gdzieś obok, bo autor specjalnie trzyma mnie na dystans. Dużą barierą były opisy partii muzycznych i proces komponowania. Wyglądało to tak, że odkładałam książkę, ale po chwili znowu do niej wracałam. Najpierw po to, by mieć już ją za sobą, później dlatego, że wciąż myślami wracałam do bohaterów. I choć mogłoby się wydawać, że odetchnę z ulgą po przeczytaniu ostatniej strony, to było inaczej. Skończywszy książkę długo jeszcze o niej myślałam. Próbowałam dopowiedzieć sobie to, co pozostało niedopowiedziane. Zastanawiałam się m.in. nad postacią pozostającą w cieniu – matką narratora, myślałam o tym, czy było coś między jego ojcem a Gretą. Ta powieść otwiera się tylko przed tymi, którzy mają cierpliwość, znajdują w sobie spokój i skupienie. Ostatecznie stwierdzam, że warto.

Ofiara, Pierre Lemaitre

Muza SA, 2014

Liczba stron: 349

Książki Pierre’a Lemaitre zawsze dostarczają wielkiej porcji emocji i rozrywki. Przemyślane, zagmatwane, niebanalne. Nie mogą być banalne, jeśli główny bohater, policjant kryminalny Camille Verhoeven ma zaledwie sto czterdzieści kilka centymetrów wzrostu. Brak wzrostu i urody amanta kompensuje niezrównaną spostrzegawczością, inteligencją i umiejętnością kojarzenia faktów. Jest idealną osobą na tak odpowiedzialnym stanowisku. Teraz właśnie znajduje się na dobrym etapie życia – udało mu się otrząsnąć z depresji po śmierci żony i próbuje budować nowy związek. Sielankę przerywa brutalny napad, w którym ofiarą pada jego kochanka, Anna.

Anna przypadkowo znajduje się w złym miejscu, o złej porze. W centrum handlowym, do którego wstąpiła z samego rana dochodzi do napadu na jubilera. Anna ma pecha, jako jedyna widzi napastników zanim zakładają kominiarki. Zostaje brutalnie pobita i tylko cudem unika śmierci, gdy bandyci celują do niej z pistoletu. Verhoeven zabiega o to, by dostać tę sprawę i oczywiście ukrywa, że zna ofiarę. Kłamstwa i wykręty piętrzą się, a oficerowi grozi zawieszenie a nawet zwolnienie z pracy w policji. Wie jednak, że musi zrobić wszystko, by uchronić leżącą w szpitalu Annę, na którą zapadł wyrok śmierci.

Pierre Lemaitre dał się zapamiętać jako twórca jednych z bardziej zakręconych fabuł. Nic w jego książkach nie jest oczywiste, przyjaciel może być wrogiem, a ofiara mordercą. Również w tej powieści czytelnik jest zaskakiwany, gdy fabuła nie toczy się tak, jak by się spodziewał. Odnoszę wrażenie, że w tej książce akcja przyspiesza ruchem jednostajnym, bo zupełnie nie daje wytchnienia podczas czytania. I choć jej akcja zamyka się w ciągu trzech dni rozpisanych na poszczególne godziny, to wydaje się, że opisuje znacznie dłuższy okres czasu, bo wraz z detektywem wędrujemy między szpitalem, więzieniem, komisariatem i bierzemy udział w wielkiej obławie na podejrzanego, robiąc przy tym uniki przed przełożonymi i najbardziej zaufanym z podwładnych. Polecam! Doskonała rozrywka.

Msza żałobna. Arne Dahl

Czarna Owca, 2013

Liczba stron: 408

Cykl o Drużynie A Arne Dahla czytam po kolei, bo tak jest lepiej i panuję nad serią. Co prawda narobiłam sobie trochę zaległości i w domu zebrały mi się aż trzy nieprzeczytane tomy, lecz jestem na dobrej drodze, by przed końcem wakacji wyjść na zero w tej kwestii. Kryminały tego autora po prostu pochłaniam w ciągu 1-2 dni, bo trudno mi się od nich oderwać, stąd okres urlopowy jest najlepszy na ich lekturę.

„Msza żałobna” od samego początku funduje czytelnikowi dużo emocji – terroryści zajmują działający w centrum Sztokholmu bank, biorą zakładników (pracowników i klientów) i dobierają się do skarbca. Wielkiego pecha ma była żona Paula Hjelma – Cilla, która zostaje zakładniczką. Wydarzenie tej wagi trafia oczywiście na biurko Drużyny A. Poza tym w trybie natychmiastowym zostaje sprowadzony jej były szef – Jan Olov Hultin, który od jakiegoś czasu cieszy się już emeryturą. Hultin zostaje konsultantem w sprawie. Prowadzone są negocjacje, ale finał napadu na bank daleki jest od spodziewanego. W śledztwie zmierzającym do ustalenia przyczyn niepowodzenia akcji, na jaw wychodzą coraz to nowe okoliczności. Wydaje się, że sprawa ma swoje korzenie w latach 40, a zainteresowane nią są służby wywiadowcze kilku krajów.

Arne Dahl jest mistrzem skomplikowanych fabuł. Zwykle do sedna sprawy prowadzi kilka splątanych ze sobą nici, których końce trzymają poszczególni członkowie Drużyny A. W tym przypadku również jej były członek – Hjelm. Chociaż ze względu na awans zawodowo zajmuje się czym innym, tym razem czynnie uczestniczy w śledztwie, nie tylko ze względu na nieprzyjemną przygodę byłej żony. Odnoszę wrażenie, że z książki na książkę seria jest coraz lepsza i niech żałują ci, którzy nie przebrnęli przez jej pierwsze części. Teraz wraz ze zmianą tłumacza powieści nabrały lekkości, a wraz z doświadczeniem autora zyskały na dynamice. Gorąco polecam!

PS.

Wydaje mi się, że książki o Drużynie A można czytać również nie po kolei.

Śpij!, Annelies Verbeke

Draft Publishing, 2014

Liczba stron: 108

Uwielbiam spać. Najlepiej długo. Zwykle nie mam problemów z zasypianiem i sen ogarnia mnie zaraz po przytknięciu głowy do poduszki. Na szczęście nie wiem, co to bezsenność. Natomiast bohaterka tej książki, Maya, nie pamięta już jak to jest być wyspaną. Od dłuższego czasu cierpi na bezsenność, na którą nie pomagają rady znajomych, ani leki. Rozdrażnienie wynikające z niewyspania sprawia, że nie wytrzymują ani przyjaźnie, ani związek. Maya pozostaje sama ze swoim problemem. Z każdą nieprzespaną nocą narasta w niej chęć zemsty na tej części społeczeństwa, która smacznie śpi. Dziewczyna wyrusza w miasto. Podczas jednej z takich wypraw poznaje Benoit, dużo od niej starszego mężczyznę, który zmaga się z podobnym problemem. I choć źródłem bezsenności w przypadku Benoit są najprawdopodobniej traumatyczne przeżycia z dzieciństwa, para ta znajduje nić porozumienia. Bo kto lepiej zrozumie osobę niewyspaną niż permanentnie zmęczony człowiek?

Ta opowieść o dwóch życiowych rozbitkach, którzy ani w pojedynkę, ani razem nie budzą sympatii, nie tyle nakreśla problem bezsenności, co zagubienia we współczesności. Zmęczenie i niewyspanie są katalizatorem zachowań, które powszechnie uznawane są za niedopuszczalne, niemoralne lub dziwne. Kłopoty materialne, nieumiejętność bycia w związku, zachwiane relacje interpersonalne stawiają Mayę w gronie wyrzutków. Na nic jej wykształcenie, jeśli brakuje skupienia i spokoju ducha. Z normalnej kobiety wkrótce staje się swoim cieniem. Tak łatwo się stoczyć.

„Śpij!” to niepokojąca lektura. Wcale nie jest łatwa, na pewno nie czyta jej się szybko. Bohaterowie, szczególnie Maya, która jest impertynencka, nieprzystępna i egoistyczna, budzą niechęć. Powieść przedstawia świat pod mocno powiększającą lupą, gdzie już zacierają się kontury rzeczy, lecz doskonale widać nagromadzony na ich powierzchni brud, wobec czego na pewno nie jest to książka, którą się lubi. A jednak po przeczytaniu trudno niej zapomnieć.

Spotkać Iwaszkiewicza. Nie-biografia, pod red. Anny Król

Wilk & Król Oficyna Wydawnicza, 2014

Liczba stron: 184

O czym jest ta książka z okładką prezentującą Iwaszkiewicza z nietypowej, żeby nie powiedzieć dziwnej perspektywy? Czy kluczem jest tu słowo  użyte w podtytule – „nie-biografia”? Ale jeśli nie jest to biografia, to czym właściwie jest ta książka? Odpowiedź na to pytanie otrzymujemy już we wstępie napisanym przez redaktor tego wydania – Annę Król. Ta niewielka książeczka składa się z trzech części. Pierwsza to zbiór wywiadów z osobami, które blisko znały Iwaszkiewicza, mieszkały w Stawisku i wciąż kultywują pamięć o pisarzu. Druga część została złożona z esejów o pisarzu napisanych przez grono polskich literatów. Trzecia składa się z wyboru listów, tych pisanych przez Iwaszkiewicza i tych, które otrzymywał od swoich korespondentów.

Wywiady są trzy: z Wiesławem Kępińskim (usynowionym przez Iwaszkiewiczów); z Marią Iwaszkiewicz, córką pisarza oraz z ich wieloletnią gosposią, teraz opiekunką muzeum – Zofią Dzięcioł. I te wywiady są właśnie najlepszą częścią książki. Autorce udało się oddać i atmosferę, w jakiej przebiegały rozmowy, i osobowość rozmówcy, na przykład pan Wiesław jawi się jako lowelas, trochę zakochany w sobie łamacz niewieścich serc. Wywiad z córką Iwaszkiewicza odpowiedzialną za jego spuściznę pokazuje, że są ważniejsze sprawy niż stawianie pomników i nadawanie nazw ulicom.

Część druga o tym jak współcześni postrzegają Iwaszkiewicza jest dowodem na to, że życie tego pisarza wciąż fascynuje, a jego twórczość jest świeża i inspirująca. Zacytowane listy natomiast można podzielić na te od i do Iwaszkiewicza. I tak jak te adresowane do niego były raczej nudne, bo pisane stylem rozwlekłym, to te, które on wysyłał czytało się dobrze. Żadnego owijania w bawełnę, żadnego nadętego tonu – tam, gdzie się cieszył czuć było radość, gdy miał zmartwienia, nie ukrywał przygnębienia.

Wydaje mi się, że rozumiem ideę tej książki. Oprócz tego, że z przyjemnością zajrzałam za drzwi Stawiska i posłuchałam o codziennym życiu pisarza, to „Spotkać Iwaszkiewicza” podziałała w moim przypadku jak aperitif i pobudziła mój apetyt. Wydłubałam już z półek kolejne książki i o autorze i napisane przez niego. Nie rozstaję się więc z pisarzem, choć raczej nie rzucę się na trzytomowe wydanie jego dzienników.

PS. Jeśli chodzi o minusy to książka ma skandalicznie małą czcionkę. Przypisów w ogóle nie da się czytać.