Magiczne święta i czary

Wydawnictwo Tatrzańskiego Parku Narodowego, 2014

Liczba stron: 216

Magia pełniła w kulturze ludowej bardzo ważną rolę. Przede wszystkim pozwalała wyjaśnić, to co niezrozumiałe oraz była narzędziem i wyrazem ludowej wizji świata. Miała różne cele i przejawiała się na wiele sposobów. Jednym z okresów, gdy zabiegi magiczne były najskuteczniejsze, był czas przesilenia zimowego i przypadający zaraz potem okres Bożego Narodzenia.

Autorki – Urszula Krzywda-Janicka i Katarzyna Ceklarz – omówiły góralskie czary w sposób przypominający leksykon. Umieszczone alfabetycznie hasła wyjaśniają najważniejsze aspekty magii górali. Ja wybrałam z książki te fragmenty, które mówią o tradycjach związanych ze świętami Bożego Narodzenia. W związku z tym, że czas wykonywania magicznych zabiegów nie był obojętny, okres świąteczny jest tym, w którym czary działały najlepiej.

Aby zidentyfikować tych, którzy szkodzili społeczności wiejskiej należało poczynić niezbędne przygotowania i już 12 grudnia rozpocząć pracę nad stołkiem magicznym. Taki niewielki stołeczek zabrany 24 grudnia do kościoła na jutrznię lub pasterkę pomagał właścicielowi rozpoznać czarownice wśród modlących się kobiet. W drodze do kościoła lub wracając z niego trzeba było obserwować padające w świetle księżyca cienie. Gdy ktoś rzucał cień bez głowy, niechybnie był podpalaczem.

Cały artykuł dostępny pod tym linkiem:

http://ksiazki.onet.pl/magiczne-swieta-wedlug-ksiazki-czary-goralskie/9z2e7

Korea Północna. Tajna misja w kraju wielkiego blefu, John Sweeney

Muza SA, 2014

Liczba stron: 387

W ostatnich latach ukazało się kilka książek o najbardziej tajemniczym z państw na świecie. Mimo tego Korea Północna za sprawą dynastii Kimów pozostaje ciemną plamą na mapach. I to w sensie dosłownym – zdjęcia wykonane nocą przez satelitę ukazują nieoświetloną plamę położoną pomiędzy oświetlonymi Chinami i Koreą Południową. Ciemną plamą kraj zapisuje się również w sensie przenośnym – blokada informacji oraz ścisła kontrola turystów przybywających do Korei uniemożliwiają jakiekolwiek kontakty ze zwykłymi ludźmi. John Sweeney, dziennikarz i pisarz, podając się za naukowca, wybrał się z żoną i grupą studentów (prawdziwych i nieprawdziwych) do kraju owianego złą sławą. Dowiedział się niewiele więcej niż wiemy z przekazów medialnych. Na własne oczy ujrzał jednak wszechobecne przejawy kultu Kimów i machinę państwa nie liczącego się ze swoimi obywatelami.

Miejscami surrealistyczna relacja z pobytu w Korei polegająca na odwiedzeniu obowiązkowych punktów na mapie, przeplata się z rozdziałami przedstawiającymi kraj z perspektywy uciekinierów, którym udało przedrzeć się przez pilnie strzeżone granice oraz osób, które przez pewien czas związane były z Koreą i spędziły tam więcej czasu. Sweeney pisze też o początkach dynastii oraz najnowszej historii tego kraju. Są zatem rozdziały o różnym stopniu oddziaływania na czytelnika – te opisujące rozgrywki polityczne bywają monotonne. Te, opisujące próby przechytrzenia opiekunów na każdym kroku towarzyszącym grupie Sweeneya, wprowadzają element dramaturgii. Natomiast te, w których mowa o rzeczach, których przybysze z zagranicy nie powinni widzieć, a zobaczyli, zasmucają i pokazują ogrom kłamstw i zniewolenie narodu.

Podróż Sweeneya nie jest odkrywcza ani demaskatorska – nie udało mu się dotrzeć do miejsc i ludzi, którzy mogliby zdradzić coś więcej niż oficjalna wersja. Większość zgromadzonych przez autora informacji jest ogólnie dostępna – wystarczy poszukać. A jednak autor dokonał wyjątkowo ciekawej kompilacji. Zestawienie tego, co powszechnie wiadomo, z tym czego dowiedział się podczas rozmów  przeprowadzonych poza Koreą, daje szeroki ogląd na sytuację mieszkańców tego kraju. Autor przeprowadził wywiady z byłymi członkami IRA, którzy w Korei uczyli się konstruować ładunki wybuchowe, uciekinierami oraz osobami, które osobiście znały ludzi uprowadzonych i uwięzionych za czasów Kima II. Wszyscy rozmówcy, wszystkie niezależne dokumenty i to, co zobaczył podczas kilkudniowego pobytu potwierdzają, że Korea Północna to kraj na pokaz – z pustymi szpitalami, uniwersytetem, hotelami i nieczynnymi fabrykami. Nie na pokaz są jego mieszkańcy – udręczeni ludzie, którzy przeszli pranie mózgu, trzymani na krótkiej smyczy i rządzeni żelazną ręką przez władców ignorujących podstawowe prawa człowieka.

Warszawa lata 50

Bosz, 2014

Liczba stron: 112

„Warszawa. Lata 50”  to kontynuacja serii  Foto Retro wydawnictwa Bosz. We wstępie aktorka, Krystyna Sienkiewicz, zabiera nas na spacer po stolicy. Wspomina nie tylko o zabytkach odbudowanych po wojennej pożodze, lecz także opowiada o tym, gdzie bywali znani pisarze i aktorzy, gdzie się stołowano i gdzie oblewano sukcesy. Wspaniała to podróż, choć tempo szaleńcze. Jak na album fotograficzny przystało najważniejsze są zdjęcia. Jest ich ponad 200. Dzięki nim mamy możliwość podpatrzenia zmian, które zaszły w samym mieście oraz codziennego życia jego mieszkańców.

Sześć lat po wojnie Warszawa rozwija się, powstają nowe domy, parki, kina. Stolica pięknieje i chce być nowoczesna. Ruchome schody wożą warszawiaków z trasy W-Z na wyżej położony Plac Zamkowy. Zakupy można zrobić w najnowocześniejszym Centralnym Domu Towarowym, przy którym bledną obecne hipermarkety. Już w latach pięćdziesiątych trwają prace przy budowie metra! W architekturze mocno widoczny jest socrealizm. Jednym z głównych projektów jest budowa Placu Konstytucji, który szczelnie wypełnia się ludźmi podczas pochodów i przy obchodach świąt państwowych. Na tym właśnie placu zabawia warszawiaków reprodukowany na okładce Adolf Dymsza.

W albumie możemy również zobaczyć wnętrza sklepów i kawiarni. Choć część fotografii jest typowo propagandowa, to ogląda się je z uśmiechem. Niektóre miejsca ze zdjęć niewiele się zmieniły do dnia dzisiejszego, innych już nie ma, jeszcze inne przeszły długą drogę i nie wyglądają jak dawniej. Wśród nich jest Stadion X-lecia. Oddany do użytku w 1955 roku, przez długi czas był ważnym miejscem na mapie stolicy nie tylko ze względu na sport. Mam nadzieję, że jego losy zostaną pokazane w kolejnych wydaniach Foto-Retro.

Album nie pozostawia wątpliwości co do tego, że Warszawa lat 50 mozolnie podnosiła się z ruin. Stolica zniszczona po wojnie wymagała pomocy z zewnątrz. Zapewne każdy z pokolenia 50 i 60-latków pamięta cegiełki o różnych nominałach z napisem: „Dar na odbudowę stolicy”,  które niemal wszyscy byli zmuszeni nabywać przy różnych okazjach. Na elewacji oddanego w 1950 r. gmachu Społecznego Funduszu Odbudowy Stolicy znalazł się charakterystyczny napis CAŁY NARÓD BUDUJE SWOJĄ STOLICĘ.  Pomimo tego, że budynek pełni dziś inną rolę, to napis pozostał dla przypomnienia, że wszyscy byliśmy budowniczymi i sponsorami odbudowy Warszawy.

Biesłan. Pęknięte miasto, Zbigniew Pawlak & Jerzy A. Wlazło

Znak, 2014

Liczba stron: 308

Od ataku terrorystów na szkołę w Biesłanie minęło już 10 lat. Autor powraca pamięcią do roku 2004, wraca też fizycznie na Kaukaz, by przekonać się, co się przez ten czas zmieniło i czy czas zaleczył rany. Jego opowieść to po części reportaż, po części książka o osobistych doświadczeniach. Rozmowy z pogrążonymi w żałobie ludźmi to nie praca dla reportera, tu bardziej liczy się człowieczeństwo, niż profesjonalne podejście do rozmówcy.

Chociaż autor spędził w Rosji wiele lat, to do Biesłanu jechał z Polski. Atak miał miejsce kilka miesięcy po przeprowadzce jego rodziny do kraju. Dotarcie na miejsce okazało się trudniejsze niż oczekiwał – Rosjanie odcięli Biesłan od świata i nie wydawali zgody na przyjazd ani dziennikarzom, ani osobom prywatnym. Wystarczy poczytać, co spotkało Politkowską w drodze do Biesłanu. Gdy wreszcie tam dotarł, kończył się właśnie 40-dniowy, tradycyjny okres żałoby. Ludzie chcieli mówić, dzielić się swoimi historiami, zrzucić z siebie ciężar i ten związany z utratą bliskich, i ten wynikający z kilkudniowej bierności w obliczu największej tragedii, jaka dotknęła ten region.

Kolejne wyjazdy to spojrzenie na to, co wydarzyło się w Biesłanie od nieco innej strony: rozmowy z byłym członkiem grupy antyterrorystycznej, próba odpowiedzi na pytanie, o co tak naprawdę toczy się rozgrywka na Kaukazie oraz wiele spotkań z niebezpiecznym ludźmi. To także uczucie rozgoryczenia, gdy został zatrzymany na granicy z Czeczenią i nie dostał się z pomocą humanitarną do Groznego.

Biesłan bowiem to ani nie początek, ani nie koniec konfliktów w tamtym rejonie świata. Ta książka jest próbą ogarnięcia tematu w sposób przystępny dla czytelnika – bez wchodzenia w szczegóły i bez analiz politycznych. Przez większość czasu jest wyważona, nie gra na uczuciach – nawet o dramatycznych przeżyciach osób uwięzionych w sali gimnastycznej opanowanej przez terrorystów-samobójców pisze w sposób umiarkowanie emocjonalny. Wiadomo, wyobraźnia nadrabia braki w dramaturgii. Najbardziej jednak wzrusza opis Biesłanu i Groznego po upływie 10 lat od tragicznych wydarzeń. Opis wizyty w Mieście Aniołów – cmentarzu, gdzie znajdują się groby większości z ponad 300 ofiar bardziej wstrząsa niż wybuchy i wystrzały, które rozpoczynają opowieść.

To książka niedoskonała. Chwilami nużąca, drażniąca sztucznymi dialogami i osobistymi wtrętami. A jednak warto ją przeczytać, by zrozumieć, że tak naprawdę niewiele wiemy o tym, co dzieje się na wschodzie.

Pan Przypadek i korpoludki, Jacek Getner

Wydawnictwo Zakładka, 2014

Liczba stron: 231

Jacek Przypadek odnosi sukces za sukcesem. Chociaż nie stoi za nim sztab współpracowników ani laboratoria policyjne, Przypadek bez wysiłku doprowadza do zamknięcia kilku przestępców i zdemaskowania ich metod działania oraz motywów. Kluczem do sukcesu jest to „że ludzie są przewidywalni”. Szybko rozwiązane zagadki kryminalne stają ością w gardle pierdołowatemu policjantowi Łosiowi, który zleca ciągłą obserwację detektywa. Dzięki temu, że wciąż za nim chodzi, razem znajdują się w pobliżu miejsca popełnienia kolejnego morderstwa.

Ofiarą jest biznesmen. Podejrzanymi trzej inni zamożni właściciele i prezesi firm oraz pracownicy niewielkiej kawiarni, w której wszyscy zwykli przesiadywać. Łoś wie, że nie poradzi sobie ze sprawą, postanawia zaangażować Przypadka w roli konsultanta, żeby przypisać sobie jego spodziewany sukces. Detektyw w przeciwieństwie do policjanta nie ma kompleksu niższości i uniżonej postawy w stosunku do podejrzanych, co pomaga mu przeniknąć ich skrywane tajemnice.

Dwie kolejne opisane w książce sprawy również związane są z pracą w korporacji. Jedna z nich dotyczy firmy produkującej papierosy. W obleganej przez pracowników palarni ktoś zostawił paczkę po produkcie konkurencji. Podejrzenie padło na jedną z najbardziej oddanych pracownic. Czy słusznie? Ostatnia z zagadek dotyczy firm marketingowych, które prezentują niemal identyczną promocyjną. Kto skopiował od kogo? Jak w ogólne mogło do tego dojść? Przypadek ma pełne ręce roboty.

W książkach o detektywie Przypadku najbardziej lubię subtelną satyrę na współczesny świat. W tym tomie mamy wiele okazji, by uśmiechnąć się lub z politowaniem pokiwać głową. Rodzina biznesmena wychowuje dziecko na obywatela świata – od urodzenia mówiąc do niego po angielsku i izolując od wszystkiego, co polskie, by nie nabawił się kompleksów. Śmieszy nowomowa korpoludków i oddanie firmie graniczące z fanatyzmem. Czytelnik podobnie reaguje na uniżoną postawę policjantów w zetknięciu z wyniosłymi, zamożnymi biznesmenami oraz prezentowany przez nich poziom bystrości umysłu.

Serię o panu Przypadku czytam z przyjemnością, zostawiając ją sobie na dni, gdy potrzebuję rozrywki. Chętnie typuję sprawców i śledzę burzliwe losy rodziny detektywa, jego przelotnych romansów i przyjaźni z prawnikiem niebezpodstawnie zwanym „młodym bogiem seksu”. Polecam wszystkie wydane dotychczas części:

Pan Przypadek i trzynastka

Pan Przypadek i celebryci