Tych cieni oczy znieść nie mogą, Alan Bradley (Flawia de Luce 4)

Vesper, 2012

Liczba stron: 276

Szybki powrót do Flawii 🙂 Tym razem jest zima, zbliżają się święta, więc Flawia postanawia sprawdzić czy Mikołaj naprawdę istnieje. Zastawia na niego pułapkę na dachu, by przydybać świętego, gdy będzie podrzucał prezenty do komina. W niektórych sprawach dziewczynka jest rzeczywiście bardzo dziecinna. W innych wyprzedza dorosłych o dwie długości.

W Buckshaw dochodzi do małej rewolucji. Aby podreperować finanse, ojciec dziewczynki zgadza się użyczyć domu ekipie filmowej. Ta zjeżdża z kamerami, sprzętem i dokonuje niezbędnych poprawek otoczenia. Pojawiają się też gwiazdy. Wśród nich sławna Phyllis Wyvern, która wydaje się Flawii nieco dziwna. Na wszelki wypadek dziewczynka postanawia mieć na nią oko. Po bożonarodzeniowym spektaklu, który artyści za namową pastora odegrali dla mieszkańców wsi, dochodzi do tragedii. Jedna z osób zostaje zamordowana. Narzędziem zbrodni jest taśma filmowa. Podejrzanych jest sporo. To sprawa w sam raz dla Flawii. Czym prędzej zabiera się za zbieranie dowodów i poszlak. Nie przyjmuje do wiadomości, że policja zajmuje się tą sprawą. I nie uznaje zamkniętych drzwi. Każdy zamek i kłódkę jakoś da się obejść.

To jak dotąd moja ulubiona część cyklu. Wartka akcja i barwni bohaterowie dostarczają wiele rozrywki. Widoczne są sympatie i antypatie pośród ludzi filmu, a ich świat tylko w kinie wydaje się być kolorowy i przepełniony dobrymi intencjami. Flawia szybko rozumie jak jest naprawdę. Przy okazji na jaw wychodzi skrzętnie skrywana tajemnica ciotki dziewczynek. Ciotka to cicha woda…

Nieźle się bawiłam przez całą powieść. Wieńcząca wątek kryminalny scena jest niesamowita: jednocześnie mrozi krew w żyłach i skłania do niepohamowanego śmiechu. Ostatecznie Bradley posunął się nawet tak daleko, że sprawił, iż starsze siostry Flawii zaczęły być dla niej miłe. Niesamowite, prawda? O taką „perwersję” nigdy bym go nie posądziła. Przeczytajcie, co je skłoniło do takiego nieszablonowego zachowania!

Morderstwo jako dzieło sztuki, David Morrell

Albatros, 2014

Liczba stron: 480

Powieści osadzone w czasach wiktoriańskich mają dla mnie nieodparty urok. Pociąga mnie podwójna moralność, zderzenie nieoświeconego konserwatyzmu z postępowymi ideami i wykraczającymi poza epokę umysłami. Opisy nędzy, upadku, brudu działają jak tabu – z jednej strony kuszą, z drugiej obawiam się swojej reakcji na opisywaną niesprawiedliwość i zło. Wydawało mi się, że powieść Morrella będzie idealną, mroczną opowieścią o seryjnym mordercy buszującym po Londynie drugiej połowy XIX wieku. Spodziewałam się mrocznej, dołującej opowieści nierozświetlonej ani jednym promieniem słońca. Okazało się, że w ponurą opowieść o chorym z nienawiści złoczyńcy można wpleść nieco weselsze wątki, lekkie dialogi i garść scen sensacyjnych.

Thomas De Quincey jest jednym z najbardziej kontrowersyjnych pisarzy swojej epoki. Jego autobiograficzne wspomnienia o opiumowym nałogu pt: „Wyznania angielskiego opiumisty” sprowadziły na niego falę krytyki i pogardy. Prywatnie De Quincey to człowiek udręczony nałogiem, lecz błyskotliwy, niezwykle inteligentny i oczytany. Niestety, klepie straszną biedę. By poprawić nieco swoje finanse, zgadza się na przyjazd do Londynu, gdzie ma promować swoją najnowszą książkę, kontynuację wielkiego hitu „Morderstwo jako dzieło sztuki”, w którym opisał krwawą zbrodnię popełnioną kilkadziesiąt lat wcześniej.

Gdy przybywa do Londynu wraz ze swoją córką, od razu wpada w kłopoty. Okazuje się, że w mieście pojawił się naśladowca mordercy sprzed lat, który dosłownie zaszlachtował całą rodzinę sklepikarza. Detektyw prowadzący śledztwo zwraca się do de Quincey’a o pomoc. Jednocześnie ktoś stara się tak zainscenizować wypadki, by autor został głównym podejrzanym. Detektyw, jego pomocnik, De Quincey oraz jego wyemancypowana córka mają mnóstwo nieprzyjemnych przygód, z których każda coraz bardziej zbliża ich do poznania prawdy.

David Morrell jest autorem powieści sensacyjnych (np. o Rambo), więc naszpikował książkę scenami mrożącymi krew w żyłach oraz opisami walk, pościgów, pułapek. Jednocześnie zadbał o przyjemne dialogi oraz zabawne sceny z wygadaną, pewną siebie, anielsko dobrą i piekielnie przebiegłą córka De Quinceya. Morrell doskonale przedstawił tło historyczne, opisy przedmiotów, pomieszczeń, warunków życia ludzi, stanu ich wiedzy urealniają akcję powieści. Postać Thomasa De Quincey jest autentyczna, choć Morrell nieco wydłużył mu życie odbiegając od prawdy historycznej, o czym wspomina w posłowiu. „Morderstwo jako dzieło sztuki” okazało się trochę bardziej sensacyjną lekturą niż się spodziewałam, ale mimo tego byłam oczarowana pomysłem na wątek kryminalny, postaciami i wiktoriańskim tłem. Bardzo polecam i mam nadzieję, że będzie kontynuacja.

Gniew, Zygmunt Miłoszewski

W.A.B., 2014

Liczba stron: 380

W przypadku serii o prokuratorze Szackim wykazałam się czytelniczą dyscypliną i czytałam tomy w kolejności ich wydawania. Nieco odwlekałam lekturę „Gniewu”, ponieważ nie chciałam jeszcze kończyć znajomości z intrygującym prokuratorem i skomplikowanymi sprawami, które prowadzi. W tej części Szacki mieszka w Olsztynie, jest w nowym związku z niezależną kobietą, sprawuje opiekę nad nastoletnią córką z pierwszego (i jedynego) małżeństwa i jak zwykle nudzi się okrutnie na prowincji. Czeka na jakąś większą sprawę. Ta pojawia się znienacka. Podczas robót drogowych w mieście, pracownicy znajdują szkielet. Wszyscy sądzą, że to powojenny trup. Przy bliższych badaniach okazuje się, że kościotrup jest całkiem świeży.

Szacki rzuca się na sprawę, przy okazji zaniedbując i lekceważąc inne swoje prokuratorskie obowiązki. Najmniej lubi te związane z przemocą domową. Nie rozumie dlaczego kobiety tkwią w toksycznych, wyniszczających je związkach. Nie wie, że przez indolencję organów ścigania dochodzi do niejednej tragedii. Niedługo jednak przyjdzie mu poznać problem przemocy domowej od podszewki.

To powieść kryminalna mocno zaangażowana społecznie i poruszająca ważny, spychany powszechnie (również przez polityków) problem. Sama tematyka jest mroczna i wkraczająca w pewne tabu – o przemocy domowej zwykle się nie mówi, tym bardziej, że bardzo często dotyczy tzw. normalnych, dobrze sytuowanych rodzin i może przybierać różne formy. Jeśli dołożymy do tego problemy domowe prokuratora, ponury grudniowy Olsztyn oraz wyjątkowo nieprzyjemną sprawę kryminalną otrzymujemy nastrój grozy i niepewności zwiastujący niezwykły finał. Finał istotnie jest niezwykły, nieprzewidywalny, mroczny i… niezbyt przekonujący. Jednak to niewiele znaczy w obliczu tej dawki emocji, którą autor serwuje nam na pozostałych 350 stronach.

Gorąco polecam tę i dwie wcześniejsze części cyklu.

Ucho od śledzia w śmietanie, Alan Bradley (Flawia de Luce 3)

Vesper, 2011

Liczba stron: 388

Tam, gdzie pojawia się Flawia, zawsze dzieje się coś niezwykłego. Nawet na wiejskim odpuście, gdzie dziewczynka poznaje starą cygankę i… doprowadza do spalenia namiotu wróżbiarki. Bez porozumienia z ojcem proponuje cygance miejsce na obozowisko nad brzegiem rzeczki przepływającej przez jej rodzinną posiadłość Buckshaw. Dowiaduje się, że cyganie obozowali już w tym miejscu, a gościny użyczyła im zaginiona matka Flawii. Niestety, dobry uczynek nie przynosi niczego dobrego – staruszka zostaje mocno poturbowana przez nieznanego sprawcę i trafia  do szpitala. W Buckshaw pojawia się jej ekscentryczna wnuczka oraz… trup, malowniczo zwisający z fontanny w kształcie Posejdona. Flawia ma pełne ręce roboty. Jak zwykle pracuje na wyścigi z policją i nie ujawnia wszystkiego, co wie. A dowiaduje się sporo o przeszłości Bishop Lacey.

Sporo w tej powieści nawiązań do problemów finansowych ojca, który po zaginięciu żony nie ma uregulowanych spraw spadkowych. Buckshaw powoli podupada. Starsze siostry Flawii wciąż uparcie wmawiają jej, że to ona ponosi winę za śmierć matki, znęcają się nad nią również fizycznie. Odtrutką na domowe kłopoty są pasje jedenastolatki – chemia i odziedziczone po przodku świetnie wyposażone laboratorium w rzadko uczęszczanym skrzydle domu oraz zamiłowanie do zagadek detektywistycznych. Trzeba przyznać, że Flawia świetnie sobie radzi z reakcjami chemicznymi i ze ściganiem przestępców.

Flawia jest przemądrzała, bywa zgryźliwa, ma szeroką wiedzę, jest elokwentna i brak jej zahamowań, przez co czasem wpada w kłopoty. Dzięki inteligencji oraz sposobowi wypowiadania się wydaje się starsza niż wskazuje jej wiek. Jednak pod względem emocjonalnym to jeszcze dziecko. Dziecko, które jest nadmiernie obciążone sytuacją rodzinną – dość chłodnym i izolującym się ojcem, wrednymi siostrami żyjącymi w kompletnie innym świecie, brakiem przyjaciół. Dźwiga na barkach ciężar związany z tym, że nie zdążyła poznać matki, która zaginęła, gdy była mała, a wiedzę o niej czerpie z opowieści innych ludzi. Siostry nie ułatwiają jej życia i opowiadają okrutne, wyssane z palca historie. Szczęśliwym przypadkiem Flawia wchodzi w posiadanie pewnego obrazu, który wiele wyjaśnia w tej kwestii. Równie szczęśliwym trafem uchodzi z życiem w finale tej kryminalnej historii, który odbywa się w lochach pod posiadłością.

Bradley pisze coraz bardziej zajmująco, zagadki są skomplikowane, wprowadza elementy humoru (wypowiedzi gosposi), suspensu, powieści przygodowej i kryminalnej. Powieści o Flawii choć pisane są z myślą o nastoletnim czytelniku chętnie czytane są przez starszych wiekiem. Jeśli ich nie znacie, to natychmiast powinniście to zmienić.

Głosy Pamano, Jaume Cabre

Marginesy, 2014

Liczba stron: 656

Pisanie o książce, która hipnotyzuje i wbija w ziemię nie jest łatwe. Jaume Cabre posiadł sztukę opowiadania pozornie prostych historii w zajmujący sposób, czemu dał wyraz w wydanym w 2013 roku „Wyznaję”, a potwierdził w „Głosach Pamano”. W tej powieści łączy dość banalną współczesną opowieść o rozkładzie rodziny, ze skomplikowaną historią z czasów wojny domowej w Hiszpanii. Nauczycielka przygotowująca wystawę o przeszłości szkół w regionie, w wyburzanej szkole znajduje skrytkę, a w niej zeszyty zapisane ręką nauczyciela. Lektura zapisków sprzed ponad 50 lat dostarcza jej wzruszeń i intryguje. Na własną rękę próbuje dotrzeć do żyjących świadków zdarzeń, które rozegrały się nad rzeką Pamano i zostały uwiecznione przez uwikłanego w nie nauczyciela. Okazuje się, że w tej historii nie ma prostych odpowiedzi, nikt nie jest tym, za kogo się podaje, przepełniają ją kłamstwa, niegodziwość i ofiary. Losy bohaterów powieści splatają się z historią kraju, która miała największy wpływ na życie opisanych postaci – ludzi uwikłanych i współzależnych od siebie.

Opowieść rozwija się powoli. Minie dużo czasu i wiele rozdziałów zanim czytelnik zbuduje sobie przejrzysty obraz tej historii. Kolejne strony dostarczają tylko malutkich kawałków układanki. Ich położenie zmieni się jeszcze wiele razy przed końcem powieści, zaskakując czytelnika. Ta snuta z rozmachem historia miłości i niegodziwości, patriotyzmu i oportunizmu, upadku człowieczeństwa i jego rozkwitu subtelnie hipnotyzuje czytelnika i zostaje z nim na bardzo długo.

Nie jest sztuką mówienie o ważnych kwestiach, sztuką jest mówienie w taki sposób, by przekazać istotę rzeczy i by dotrzeć do odbiorcy. Cabre doskonale sobie w z tym radzi. Nie moralizuje, nigdy nie mówi wprost, co jest dobre, a co złe. Po prostu stawia czytelnika wobec problemu, jakiejś historii, która przydarzyła się jego bohaterom. Angażuje go w pełni.

Ze względu na kompozycję, niezbędną znajomość historii Hiszpanii oraz poruszaną tematykę, to książka dla bardziej wyrobionego czytelnika. Jej lektura jest przeżyciem i ucztą. Zaskoczeniem, że autor utrzymuje wciąż najwyższy poziom, bowiem „Głosy Pamano” i „Wyznaję” plasują się na samym szczycie wydarzeń literackich.