Magda, Meike Ziervogel

Marginesy, 2015

Liczba stron: 144

„Magda” jest powieścią, nie biografią, ale opiera się na prawdziwych wydarzeniach z życia Magdy Goebbels, zwanej „matką narodu niemieckiego”. Przedstawia ją wielopłaszczyznowo, pokazuje różne etapy jej życia oraz wydarzenia i ludzi, którzy mieli wpływ na to, jaką kobietą się stała. Autorka oddaje głos matce Magdy, która nigdy nie rozumiała swojej córki, oraz najstarszej córce Goebbelsów w ostatnich dniach przed kapitulacją Berlina.

Powieść nie usprawiedliwia zbrodni, której przed śmiercią dopuściła się ta oddana nazistka, lecz jest próbą zrozumienia, co skłoniło matkę do podania trucizny swoim dzieciom. Jak w wielu opowieściach z tragicznym końcem, istotne zdają się być pierwsze lata życia i doświadczenia z dzieciństwa tytułowej bohaterki. W przypadku Magdy Goebbels trudno mówić o sielskim dzieciństwie, bowiem charakteryzuje je psychiczne i fizyczne oddalenie od bliskich, przemoc i chłód klasztoru, w którym pobierała naukę. Lata młodości pogłębiają przepaść między członkami rodziny, a Magda stara się wziąć życie we własne ręce i wybić ponad otaczającą ją przeciętność. Gdy naziści dochodzą do władzy, zyskuje swoją szansę. Przez kilkanaście lat jest na szczycie.

Postać Magdy w książce Meike Ziervogel ze strony na stronę staje się coraz bardziej oddalona od prawdziwego życia. Jest skupiona na służeniu Hitlerowi, rodzeniu i wychowywaniu dzieci i wcale nie jest dobrą matką. Choć jej dzieci są zadbane, dobrze ubranie i niczego im nie brakuje, matka trzyma je na dystans, a w ich relacjach czuć chłód. W ostatnich dniach spędzonych w bunkrze pod Berlinem narasta napięcie, coś złego wisi w powietrzu, zło i przemoc wypełzają z kątów. Przerażające jest to, co Magda Goebbels robi zanim podaje dzieciom truciznę. Najpierw wkłada dużo wysiłku w sprzątanie – zamiata i szoruje podłogi, ustawia wazonik z kwiatkami na stole, bo pragnie, by nikt nie powiedział o niej złego słowa. Chce być zapamiętana jako świetna gospodyni. Ale my pamiętamy ją przede wszystkim z tego, co zrobiła zaraz potem.

Jeśli nie obawiacie się, że autorka pozostawiła po sobie zbyt mocny ślad i nacechowała książkę swoimi przemyśleniami, czytajcie. Uważam, że warto spróbować rozgryźć, co mogło siedzieć w głowie dzieciobójczyni, przez lata gloryfikowanej i stawianej za przykład matkom w Niemczech. To lektura wymagająca, ważna i smutna.

Analfabetka, która potrafiła liczyć, Jonas Jonasson

W.A.B., 2015

Liczba stron: 416

Jonas Jonasson znany jest z tego, że gdy wymyśla fabułę powieści, krępuje go tylko jego wyobraźnia, a tę ma nad wyraz bujną. „Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął” był doskonałym przykładem tego, dokąd fantazja zawiodła autora i jego bohatera. „Analfabetka” jest potwierdzeniem umiejętności komplikowania losów książkowych bohaterów.

Nombeko Mayeki jest mieszkanką Soweto – biednej i niebezpiecznej dzielnicy Johannesburga. Dziewczynka jest analfabetką jak większość mieszkańców Soweto, lecz ma niezwykły talent do liczb. Dodaje, odejmuje, mnoży, dzieli bez pomocy kalkulatora, dzięki czemu jest prawą ręką kierownika wydziału toalet publicznych, który sam nie radzi sobie z matematyką. Nombeko udaje się nakłonić kogoś, by udzielał jej lekcji czytania., a gdy opanowuje tę umiejętność, świat staje dla niej otworem. Na krótko, bo dziewczyna ma niewyobrażalnego pecha. Po wielu perypetiach dociera wreszcie do Szwecji wraz z wielotonową bombą atomową, którą pragnie przekazać w dobre ręce – królowi lub premierowi. Czeka ją jeszcze wiele zabawnych i strasznych przygód, wiodących do najbardziej zakręconego finału, jaki można sobie wyobrazić.

„Analfabetka, która potrafiła liczyć” jest książką humorystyczno-przygodową, w której może zdarzyć się dosłownie wszystko i trzeba się nastawić na dość bezkrytyczne czytanie, żeby docenić walory rozrywkowe tej powieści. Ale to nie wszystko. Jeśli ktoś woli poważniejsze tematy, książka ma też drugie dno – porusza kwestie związane z międzynarodową polityką, wyścigiem zbrojeń, prawami człowieka i fanatyzmem, który jest niebezpieczny w każdej postaci. Powieść wyszydza tych, którzy zajmują eksponowane, ważne stanowiska, na które zostali wybrani nie dzięki wiedzy i umiejętnościom, lecz z powodów niezwiązanych z kompetencjami. Pokazuje, że wiele w życiu zależy od przypadku, choć warto losowi pomagać.

Powieści nie trzeba polecać tym, którzy znają „Stulatka” czy to w wersji książkowej, czy z ekranizacji. Jeśli dotychczas nie znaliście twórczości Jonasa Jonassona „Analfabetka” może być dla Was dużym zaskoczeniem. Są dwie opcje – albo pozwolicie zabrać się w literacką podróż bez ograniczeń prędkości, ciesząc się wszystkim tym, co autor postawi na Waszej drodze, albo odrzucicie jego propozycję już po kilkunastu stronach, określając ją jako niedorzeczną i naciąganą.

Burdubasta albo skapcaniały osioł, czyli łacina dla snobów, Stanisław Tekieli

Poradnia K, 2015

Liczba stron: 72

Język łaciński z roku na rok staje się coraz bardziej martwym językiem. Praktycznie zniknął już z programów nauczania szkół średnich, więc mało kto rozumie łacińskie sentencje i wtrącenia w treści dzieł literackich. Ci, którzy silą się na upiększanie swoich wypowiedzi za pomocą łacińskich słówek, czasem zyskują odwrotny efekt – przekręcając słowa i myląc końcówki.

Stanisław Tekieli postanowił zrobić coś dobrego dla łaciny oraz dla jej potencjalnych użytkowników i napisał książkę, w której przybliża 139 sentencji i powiedzeń łacińskich. Czyni to w sposób jak najbardziej zrozumiały, lekki, łatwy i nade wszystko przyjemny. W treści pisanej prozą przybliża kontekst kulturowy, odnosząc się i do starożytności i do późniejszych epok, które upodobały sobie łacinę. W części pisanej wierszem w sposób zabawny ilustruje użycie sentencji, bawi się językiem. Zwraca uwagę na pułapki związane z użyciem zwrotów łacińskich, w nawiasie podaje wymowę, dla tych, którzy chcieliby zabłysnąć w towarzystwie.

Jaki jest stopień trudności zawartych w książce sentencji i wyrażeń? Zróżnicowany. Są tu tak oczywiste i znane chyba każdemu jak: Veni, vidi, vici czy Memento mori, te nieco trudniejsze, lecz rozumiane przez wielu: tabula rasa, czy nihil novi sub sole oraz rzadko obecnie używane, takie jak tytułowy burdubasta. To zabawne słowo oznacza starego, zdychającego osła w sensie dosłownym, natomiast prześmiewczo nazywano tak podstarzałego gladiatora. Autor sięga również po terminy używane dawniej i obecnie w prawie, np: A mensa et toro (odseparowanie od łoża i stołu), o którym pisze taki zgrabny czterowiersz:

„Odgrodziła mnie małżonka a mensa et toro,

powiedziała, że pożycie nasze sprawą chorą.

Sprowadziła jako świadków trzech swoich kochanków,

szczęściem w porę odgrodziłem ją od konta w banku.”

„Burdubasta” to pouczająca, zabawna, ładnie ilustrowana książka, którą z zainteresowaniem przeczyta każdy, który lubi wiedzieć więcej bez względu na wiek i wykształcenie. POLECAM!

Historia kotów, Madeline Swan

Znak Horyzont, 2015

Liczba stron: 320

Aż trudno uwierzyć, że koty były popularne także przed epoką Internetu. Oczywiście, pisząc to puszczam do Was oko, chociaż, nie ukrywam, że odnoszę wrażenie, iż popularność kotów wciąż rośnie, a zdjęcia i filmy z puchatymi indywidualistami biją rekordy oglądalności. Madeline Swan podjęła próbę prześledzenia związków ludzi z kotami na przestrzeni wieków, pragnąc pokazać na jakie przywileje mogły liczyć te zwierzęta w niektórych epokach i z jakim okrucieństwem były tępione, gdy zmieniała się moda i światopogląd.

„Historia kotów” przedstawia wydarzenia chronologicznie i zaczyna się w starożytności, kiedy koty były czczone przez Egipcjan, którzy następnie mumifikowali martwe zwierzęta i umieszczali je w grobowcach władców. Koty nie były ulubieńcami Greków i Rzymian – postrzegano je jako szkodniki polujące na piękne ptaki. Średniowieczni i renesansowi Europejczycy mieli dość ambiwalentny stosunek do kota – z jednej strony cenili go za to, że pozwalał uwolnić się od plagi myszy, z drugiej, przypisywali mu złe moce i zaczęli kojarzyć kota z czarownicami i pogańskimi praktykami. Szczególnie znienawidzone były koty z czarnym futerkiem.

W kolejnych epokach zwierzęta te zyskiwały znanych orędowników – pisarzy, polityków, artystów oraz równie wpływowych przeciwników. Zostały utrwalone na obrazach, w listach, powieściach, wierszach i na fotografiach. Niektóre zdjęcia zostały reprodukowane w książce – m.im. to z kotem na ramieniu lotnika, czy maleńkim kotkiem karmionym przez żołnierza siedzącego w okopie. Robią ogromne wrażenie dzięki połączeniu siły człowieka w mundurze i delikatności małego, kruchego zwierzątka.

Niestety nie jest to książka, która zapisze się na długo w pamięci. Bywa schematyczna, nieco nudna, dość pobieżna. Na rozruszanie przydałoby jej się kilka ciekawych anegdot z kotami w roli głównej. Jako miłośniczka kotów bez kota czuję się z jednej strony dopieszczona – super okładka, sporo zdjęć z kotami w środku, a z drugiej, jestem nieco rozczarowana – spodziewałam się bardziej wnikliwej opowieści o burzliwych związkach dwóch gatunków ssaków.

Preparator, Hubert Klimko-Dobrzaniecki

Od Deski Do Deski, 2015

Liczba stron: 230

Najsławniejsza powieść dokumentalna „Z zimną krwią” Trumana Capote jest drobiazgowym opisem przestępstwa oraz zdarzeń, które do niego doprowadziły. „Preparator” Huberta Klimko-Dobrzanieckiego jest przykładem na to, że można napisać wstrząsającą powieść dokumentalną, nie skupiając się na drastycznych opisach, bo tzw. zwykłe życie niesie ze sobą wystarczającą dawkę zła i okrucieństwa, żeby wstrząsnąć czytelnikiem.

Bohaterem książki jest mężczyzna pracujący w kostnicy jako preparator zwłok, który został oskarżony o kazirodztwo, profanację zwłok oraz podwójne morderstwo. Postać książkowa wzorowana jest na autentycznej. Podczas gdy sądowe akta sprawy liczyły ponad tysiąc stron, Klimko-Dobrzaniecki opowiada tę historię na niewiele ponad dwustu, kumulując na nich ogrom złych emocji. Oddaje głos oskarżonemu – kolejne rozdziały wypełnia monolog, w którym preparator opowiada swoje życie, czyniąc liczne dygresje o stanie współczesnego świata.

W tej historii ważnych jest kilka spraw. Na pierwszy plan wysuwa się wpływ relacji w domu rodzinnym na psychikę człowieka, postrzeganie samego siebie i wiarę we własne możliwości. Snujący opowieść mężczyzna był dzieckiem odpychanym przez apodyktyczną matkę, która myślała o nim jak o tym gorszym, nieudanym potomku i wciąż porównywała go do spełniającej jej oczekiwania córki. W wyniku tego bohater książki przez całe dorosłe życie postrzega siebie jako mańkuta, jąkałę i nieudacznika. Dominująca postać wiecznie niezadowolonej matki jest dla niego punktem odniesienia i pewnego rodzaju wyrocznią. Podporządkowany jej ojciec we wspomnieniach syna staje się kimś ważniejszym niż kiedykolwiek był za swojego życia.

W ważnym punkcie stawia się również religię oraz pierwszą miłość i pierwszy zawód miłosny. Preparator w swoich dywagacjach nad stanem moralności podkreśla wyższość nauczania świadków Jehowy nad religią chrześcijańską. Ale chociaż sam jest jednym ze świadków, żyje w dość dużym oddaleniu od zboru. Zasady nagina tak jak mu wygodnie. Jest mężem i ojcem, ale każdą kobietę porównuje do swojej pierwszej kochanki, idealizując ją w marzeniach i wyobrażając sobie, że jego życie u jej boku byłoby o wiele lepsze.

Między wierszami czytamy, że odpowiedzialność za popełnione przestępstwa nie spoczywa tylko i wyłącznie na ich sprawcy, który jest tylko wykonawcą, niewyrachowanym narzędziem w rękach losu, produktem współczesnego społeczeństwa. „Preparator” sugeruje, że w tym konkretnym przypadku, wina rozkłada się na wiele czynników i ludzi. Między innymi: stygmatyzujący zawód, trudne dzieciństwo w toksycznej rodzinie, oderwanie od rzeczywistości wynikające z życiowych doświadczeń oraz bliskość ludzi wyrachowanych, wikłających bohatera w sytuacje bez wyjścia.

Doskonała powieść, stroniąca od drastycznych opisów, a jednak wywołująca całą gamę emocji w czytelniku. Bardzo współczesna, aktualna i potrzebna.