Maraton Czytania – podsumowanie akcji

Na początku kwietnia zaprosiłam Was do wzięcia udziału w Maratonie Czytania, który odbył się w sobotę 11 kwietnia. Akcja polegała na tym, by tego dnia wygospodarować sobie więcej czasu na lekturę niż zwykle, odkurzyć porzucone książki, zacząć czytać nowe, oczekujące na naszą uwagę.

W akcji wzięło udział ponad 400 osób, a przynajmniej tyle zadeklarowało chęć uczestnictwa w Maratonie na facebooku. Pomysł spotkał się z ciepłym przyjęciem oraz kilkoma głosami krytyki (komuś nie pasowała data, ktoś inny stwierdził, że zawsze czyta w sobotę, więc nic mu po Maratonie). Na szczęście, większość z uczestników słusznie uznała, że chodzi o wspólną zabawę, a nie bicie rekordów.

Gdy obudziłam się 11 kwietnia z zaskoczeniem i radością odkryłam, że niektórzy już wystartowali i umieścili zdjęcia oraz opis swoich planów na cały dzień na stronie wydarzenia (TUTAJ) 🙂 W ciągu dnia wpisów przybywało. Pojawili się kibicie oraz nowi uczestnicy! WOW!

Przebieg Maratonu w wykonaniu uczestników można było śledzić nie tylko na Facebooku, lecz także na twitterze i instagramie (wpisy tagowaliśmy #maratonczytania). Niektórzy blogerzy zamieścili również na blogach wpisy relacjonujące przebieg Maratonu w swoim wykonaniu. Znajdziecie je tutaj:

Rudym spojrzeniem na świat

Kącik z książką

Jane Doe z offu

Pasjonatka książek

Lew Kanapowy

Stacja Książka

Tak jak zapowiadałam na FB, chciałabym wyróżnić notesami te osoby, które aktywnie relacjonowały przebieg Maratonu. Są to: Agnieszka Drygiel i Kasia Chojecka-Jędrasiak (dziewczyny podrzućcie mi swoje adresy).

Świetnie się bawiłam w dniu Maratonu, czytałam książki, śledziłam Wasze wpisy, czytałam komentarze i cieszyłam się każdą osobą, która w ostatniej chwili postanowiła dołączyć. Mam nadzieję, że i Wy uważacie ten dzień za udany i radosny.

P.S.

Jesteście gotowi na kolejną odsłonę Maratonu Czytania, tym razem edycję letnią?

Nauczycielka, Judith W. Taschler

W.A.B., 2015

Liczba stron: 256

„Nauczycielka” nie jest poradnikiem dla początkujących belfrów, nie jest też horrorem dla obecnych i byłych uczniów. Wydawca określa książkę mianem thrillera psychologicznego, a historia wbrew tytułowi nie rozgrywa się w szkole.

Matylda i Xaver od czasów studiów byli parą. On próbował swoich sił jako pisarz, ona wspierała go w przekonaniu, że ma talent i powinien skupiać się na pracy przy biurku. Po skończeniu studiów zatrudniła się jako nauczycielka niemieckiego i z wielkim oddaniem wykonywała swoją pracę, dzięki której mogli się z Xaverem utrzymać. Po kilkunastu latach i pierwszym literackim sukcesie narzeczonego Matylda wróciwszy z pracy, zastała puste mieszkanie. Jej partner wyprowadził się bez słowa pożegnania. Po wielu latach, za sprawą zbiegu okoliczności, ich losy ponownie się splatają. Xaver ma przyjechać do szkoły, w której uczy Matylda, by przeprowadzić kilkudniowe warsztaty kreatywnego pisania dla jej uczniów. Spotkanie to będzie okazją do podsumowań, rozdrapywania zabliźnionych ran oraz swoistą sesją psychoterapii.

Matylda nie wychodząc z roli czułej na fałsz nauczycielki, wytyka swojemu byłemu partnerowi wszystkie kłamstwa, matactwa i próby grania kogoś innego. Ta świetna obserwatorka wie o nim więcej niż on sam o sobie – widzi jego wady i zalety. Po latach, przeżytej żałobie po utraconym związku, potrafi go sprawiedliwie ocenić i pokierować jego życiem. Jest jak śledczy, psychoterapeuta i sędzia w jednej osobie.

Układanka, która rozpoczyna się kilkoma wymienionymi mailami między byłymi kochankami, rozrasta się do ogromnych rozmiarów. Pojawiają się nowe elementy, postacie, tajemnice. Wszystkie należą do przeszłości, która nie została odpowiednio zamknięta. Bardziej radykalna Matylda wyciąga z szafy kolejne trupy (dosłownie i w przenośni), które, wykorzystując spotkanie z Xaverem, chce odkurzyć i godnie pochować. Historia budowana z maili, rozmów i retrospekcji okazuje się zupełnie odmienna od tego, czego czytelnik spodziewa się po tytule, okładce, opisie i pierwszych stronach powieści. Jest znacznie lepsza niż można przypuszczać. „Nauczycielka”, choć ma niepozorny tytuł, jest książką z zaskakującą, doskonale przemyślaną fabułą, trzymającą czytelnika w garści od pierwszej do ostatniej strony.

Zaskórniaki i inne dziwadła z krainy portfela, Grzegorz Kasdepke & Ryszard Petru

NCK, 2014

Liczba stron: 228

Książka dla dzieci o ekonomii? A nie będą siedziały jak na tureckim kazaniu? To chyba za trudne! Czy można ciekawie opowiadać o podatkach, hipotekach i recesji? Grzegorz Kasdepke udowadnia, że ekonomia nie jest tak straszna jak nam, dorosłym, się wydaje, a opowiedziane przez niego historie, zilustrowane przez Daniela De Latoura i opatrzone fachowym komentarzem przez Ryszarda Petru, spodobają się nie tylko maluchom.

Pan Rysio otwiera Ogród Dziwnych Stworów, w którym umieszcza różne dziwadła z krainy portfela. Do opieki nad zwierzętami oraz prowadzenia ogrodu zatrudnia długiego i chudego Biletera, pękatego Dozorcę oraz rezolutną Praktykantkę. Ich podopieczni – stworzenia, stwory i stworki – stwarzają rozmaite problemy. Na samym początku INWESTYCJA przygniata Pana Rysia, ZAROBKI pracowników wyglądają jak chucherka, a FISKUS buńczucznie szczerzy kły. Wraz z popularnością ogrodu pojawia się w nim coraz więcej mniej kłopotliwych okazów. Wśród nich są: maleńka, pocieszna, włochata kulka z ogonkiem o imieniu ZYSK, mizerna DYWIDENDA oraz szalejące na placu zabaw POPYT i PODAŻ. Aby sprostać konkurencji Pan Rysio decyduje się otworzyć cyrk. Z tej przyczyny musi dokonać INNOWACJI i zainwestować w REKLAMĘ, by przyciągnąć zwiedzających.

W taki oto sposób, zupełnie mimochodem, dziecko poznaje kolejne pojęcia z dziedziny ekonomii. Na pewno wiele z nich wcześniej obiło mu się o uszy, więc z chęcią dowie się więcej o tajemniczych sprawach ze świata dorosłych, takich jak: EMERYTURA, KARTY PŁATNICZE, RATY, KREDYT, BANKRUCTWO czy GIEŁDA. Co więcej, pozna je jako miłe lub straszne stworki, które albo pomagają dorosłym, albo spędzają im sen z powiek. Każde pojęcie, które występuje w bajce jako stworek pod koniec krótkiego rozdziału zdefiniowane jest prostymi słowami.

Nie sposób nie wspomnieć o wspaniałych ilustracjach, dopełniających opowieść o Ogrodzie Dziwnych Stworów. Każdy podopieczny pana Rysia charakteryzuje się jakąś szczególną, wyróżniającą go cechą, np. wijąca się jak wąż AKCYZA przylepia się do tego, co niezdrowe, a PARABANK, choć wygląda prawie tak samo jak bank, ma czarne podniebienie i może pokąsać. Jest zabawnie, kolorowo, pomysłowo. Świetna książka dla tych dzieci, które lubią wiedzieć więcej. Do czytania samodzielnie lub z rodzicami.

Anatomia pewnej nocy, Anne Kim

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2014

Liczba stron: 232

Amarâq jest niewielkim miasteczkiem położonym na końcu świata. Leży w okolicy nieprzyjaznej, gdzie noc i dzień rządzą się swoimi prawami, a ludzie zmagają się z niedostatkiem ciepła i światła. Amarâq położone jest na wschodzie Grenlandii i stopniowo się wyludnia. Po pierwsze za sprawą masowej emigracji, po drugie przez liczne samobójstwa. Jedna noc wyjątkowo dramatycznie zapisała się w historii miasta. W ciągu kilku godzin dzielących zmrok od świtu życie odebrało sobie 11 osób. Te dramatyczne wydarzenia zostały opisane w prasie w sposób dość sensacyjny – samobójstwa w Amarâq porównano do szerzącej się epidemii. Jak było naprawdę?

Powieść przybliża wydarzenia prowadzące do tragicznego końca. Wychodzi poza ramy czasowe ostatniej nocy i wskazuje na problemy z przeszłości, które przyczyniły się do takiego, a nie innego zakończenia. Akcentuje się tu nie sam fakt odbierania sobie życia, lecz pozbawioną nadziei egzystencję w miejscu, o którym przez większość roku nikt nie pamięta. Amarâq jest miastem, gdzie nakładają się na siebie liczne problemy – bezrobocie, uzależnienia, bezprawie, patologie, brak rozrywek i dostępu do kultury, długie zimy, odcięcie od reszty Europy. Do tego dochodzą skomplikowane związki między ludźmi, którzy łączą się w pary na chwilę i rodzą dzieci (też czasami na chwilę, ponieważ potem oddają je na wychowanie, bądź porzucają w poszukiwaniu lepszego życia).

Piszę o tej książce po wielu tygodniach od jej zakończenia, ponieważ nie umiałam zebrać myśli na jej temat. Musiałam uporządkować jakoś swoje ekstremalnie ambiwalentne odczucia. Nie chciałam też zabrzmieć zbyt kategorycznie, jako że „Anatomia pewnej nocy” wymęczyła mnie niemiłosiernie. Nie mogłam wejść w rytm tej powieści, gubiłam się w narracji, wciąż wracałam do spisu występujących osób, który podano na początku – okazał się jednak mocno niekompletny. Dużo czasu zajęło mi rozwikłanie kto z kim jest związany i w jaki sposób – tym bardziej, że niektóre grenlandzkie imiona nie wskazują na płeć (może to moja ignorancja). Najbardziej jednak dobijało mnie to, że praktycznie każdy akapit mówi o kimś innym i opowiada jego lub jej historię często zaczynając od odległego punktu w czasie – oczywiście trzeba na to wpaść samemu, bo autorka nie podsuwa wielu tropów. Nie lubię takich eksperymentów i tak nowatorskiego stylu narracji. Nie imponuje mi, a raczej przeszkadza i irytuje, przez co jestem bardziej krytyczna w stosunku do całej powieści. Mam wrażenie, że w tym przypadku styl zabił pomysł na fabułę, która  dużo by zyskała, gdyby została opisana w bardziej tradycyjny sposób. Jestem ciekawa Waszego odbioru, więc nie zniechęcam, a nawet gorąco zachęcam do lektury i dzielenia się wrażeniami.

Dzień z Maratonem Czytania – relacja

Dołączyć można na Facebooku (KLIK) lub na innych portalach społecznościowych, tagując swoje wpisy #maratonczytania

Moja relacja:

Po 24 godzinach:

Wczoraj po 19:00 poczytałam jeszcze „Dwóch braci”. Doszłam do strony 353. To bardzo piękna książka i już teraz, 150 stron przed końcem, polecam ją Waszej uwadze. Wieczorem czas mi tak szybko upływał, że sądziłam, iż to będzie koniec mojego czytania. Koło północy wzięłam jeszcze do ręki najcieńszą z przygotowanych książek z zamiarem przeczytania 1-2 rozdziałów. Okazało się jednak, że „Burdubasta” jest tak fajnie napisana, że ani się obejrzałam, a już był koniec. Zanim zasnęłam, jak zwykle, przeczytałam jeszcze parę stron w łóżku – wczoraj padło na  „Test Marshmallow” – zanim zamknęły mi się oczy około drugiej udało się przeczytać jakieś 2 rozdziały. 2:00 to moja normalna pora chodzenia spać, więc nie poświęcałam się szczególnie w imię Maratonu.

Ostatecznie przeczytałam 2 książki (Zew lodu i Burdabasta) + ok. 100 stron „Dwóch braci” + 2 rozdziały „Testu Marshmallow”. To był bardzo udany dzień nie tylko ze względu na czytanie.

Więcej znajdziecie na moim instagramie – mój nick to agaczyta.

Godzina 19:00

Około 15:00 skończyłam czytać „Zew lodu” – 209 stron. Potem pooglądałam Wasze zdjęcia, poczytałam relacje, zajrzałam na twitter, instagram i na facebooka. Ucieszyłam się, że jest nas tak wielu 🙂 Następnie postanowiłam skorzystać z pierwszego tak ciepłego dnia w tym roku. Zabrałam czytnik, picie, okulary słoneczne i męża. Mąż poszedł zrobić zakupy, a ja zostałam na ławce przy placu zabaw. Było trochę głośno, ale na szczęście miałam ze sobą słuchawki. Na ławce czytałam „Dwóch braci”. Co prawda rano na stosiku pokazałam polskie wydanie papierowe, ale na spacer zabrałam oryginalne na Kindle’u. Przeczytałam jakieś 30 stron. Bardzo mi się podoba ta książka, ale czytam ją powoli – chyba podświadomie nie chcę poznać końca tej historii, której początki sięgają 1920 roku, gdy w Berlinie na świat przyszło dwóch chłopców.

Jak u Was? Przyjemnie spędzacie ten dzień?

Na zdjęciu „Dwaj bracia” strona 302.

Cdn.

Godzina 13:00

Zaczęłam czytanie przy śniadaniu (które sama sobie zrobiłam). Na pierwszy ognień wzięłam „Zew lodu”. Dobrze i szybko się czyta. Wydawało mi się, że jeszcze dużo stron do końca, ale na ostatnich kilkudziesięciu stronach są zdjęcia, więc wygląda na to, że niedługo skończę tę opowieść o zimowych podejściach na ośmiotysięczniki. Podoba mi się przekaz tej relacji – „Umiejętność rezygnacji nie jest cechą nieudaczników, tylko mistrzów – zarówno w Alpach, jak i Himalajach, na ulicach czy w dyskotekach. Scenariusz mojego życia piszę sam, nie może on być kopią ani powtórzeniem życia innych osób.”

Śniadanie w łóżku z książką 🙂

W menu owsianka z kaszą jaglaną, miodem i nasionami chia. Czarna kawa bez cukru. „Zew lodu” Simone Moro. W tej chwili jestem na stronie 143.

Cdn.

Godzina 10:00

Zaczęłam nieco po 10 rano. Najpierw obeszłam mieszkanie i pozbierałam książki, które chcę dziś poczytać (nie przeczytać, bo aż takiego tempa i samozaparcia nie mam). Postanowiłam wziąć w pierwszej kolejności te, które już zaczęłam, czyli: „Test Marshmallow” (jestem na 149 stronie) oraz „Dwaj bracia” (strona 265). W nocy zaczęłam czytać książkę wspinacza Simone Moro pt: „Zew lodu” o zimowych wejściach na najwyższe szczyty na ziemi (rano byłam na 39 stronie). Ponadto przygotowałam sobie jedną cienką i prawdopodobnie zabawną książkę – „Burdubasta albo skapcaniały osioł, czyli łacina dla snobów” (łaciny się uczyłam przez kilka lat). Tę pozycję wybrałam na wypadek, gdybym potrzebowała zastrzyku motywacji. Dołożyłam również egzemplarz przedpremierowy „Pura Vida”. Może uda się choć zacząć czytanie.