W dół, Tim Johnston

w dol tim johnstonMarginesy, 2016

Liczba stron: 400

Chociaż w teorii thrillery należą do gatunku powieści rozrywkowych, to w tym przypadku ta klasyfikacja zupełnie się nie sprawdza. Czytanie tej książki ani przez chwilę nie było rozrywką, bo na pewno nie nazwę w ten sposób uczuć, które towarzyszyły mi podczas lektury. To, co czułam, najłatwiej zdefiniować podając przykład: miałam wrażenie, że na mojej piersi leży wielki bal drewna i utrudnia mi oddychanie.

Historia wydaje się banalna i przerabiana dziesiątki razy przez różnych autorów. Rodzina z dwójką nastoletnich dzieci wyjeżdża na wakacje w góry. Dziewczyna, Caitlin, jesienią ma zacząć studia, swoją przyszłość wiąże ze sportem – jest utalentowaną biegaczką. Chłopiec jest młodszy, pulchny i zapatrzony w siostrę. Pierwszego ranka rodzeństwo wyrusza na trening w góry – Caitlin biegnie, brat jedzie za nią na rowerze górskim. Wówczas dochodzi do wypadku, chłopak jest mocno poturbowany, dziewczyna znika bez śladu. Poszukiwania trwają tygodniami, ale nie przynoszą żadnego rezultatu.

W pogrążonej w żalu i wzajemnych oskarżeniach rodzinie dochodzi do rozpadu. Każdy musi sobie poradzić z bólem na własny sposób. Ojciec zostaje w górach, gdzie ma nadzieję wpaść na jakiś ślad, a przynajmniej przypominać swoją obecnością szeryfowi, że sprawa nie jest zamknięta. Matka pogrąża się w depresji. Młodszy syn szybko dojrzewa i odcina się od rodziców.

To jedna z najbardziej przygnębiających książek, jakie czytałam, a jednocześnie jeden z najlepszych thrillerów, jakie przeszły przez moje ręce. A przeszło ich wiele. Choć paskudnie się czyta trzymając na piersi kilkutonowy ciężar, to wrażenia z lektury zapisują się w pamięci na bardzo długo. Mrok, brud życia i napięcie porównałabym do powieści „Galveston” Nica Pizzolatto, choć „W dół” ma więcej cech typowego thrillera, łącznie z zaskakującym zakończeniem. Nic więcej nie napiszę, bo żadne słowa nie są w stanie wyrazić tego, co przeżywałam podczas czytania. Po prostu musicie sami sprawdzić.

Pół wojny, Joe Abercrombie

pół wojny joe abercrombieRebis, 2016

Liczba stron: 456

Ostatni tom trylogii „Morze Drzazg” zamyka toczące się spory i walkę o panowanie. Wciąż mamy tych samych bohaterów, co w dwóch poprzednich tomach, ojca Yarviego i wojowniczą Zadrę, lecz schodzą oni na drugi plan. Pierwszoplanową postacią tej części jest księżniczka Skara, której krewni zginęli a królestwo spłynęło krwią po podstępnym ataku Yillinga Wspaniałego – rycerza, który czci wyłącznie Śmierć. I choć dziewczyna została sama, to dobrze zapamiętała nauki swojego dziadka oraz ministra.
Sojusz między trzema królestwami, do którego doprowadził ojciec Yarvi, chwieje się w posadach, choć jeszcze nie doszło do rozstrzygającej walki z Najwyższym Królem i Babką Wexen. Każdy z władców na inną wizję przyszłości. Nikt nie spodziewa się, że do walki zagrzewać będzie ich niepozorna kilkunastoletnia księżniczka, która co prawda nie ma doświadczenia w walce, lecz wie jak wiele może stracić i ile zyskać. I chociaż nie ustrzegła się błędów, to popełniła je w sferze uczuciowej a nie państwowej.

W tej części jest nieco więcej elementów „magicznych”. Ojciec Yarvi chwytając się ostatniej i jedynej szansy na zwycięstwo z o wiele liczniejszą armią wrogów, decyduje się na wyprawę do miasta elfów po tajemniczą, potężną broń, która da im przewagę. O ile przeżyją zejście na ląd i zapanują nad jej mocą.

Po przeczytaniu całej trylogii nadal uważam, że jest to świetny wybór dla tych, którzy lubią książki przygodowe, z wartką akcją, mrożącymi krew w żyłach perypetiami, gdzie walki i pojedynki nie zawsze rozstrzygają się tak, jakbyśmy chcieli, a bohaterami czasem stają się zupełnie niepozorni ludzie. To również opowieść o władzy, która uzależnia i o rozdarciu między powinnością a uczuciem. Bardzo dobra i nie tylko dla miłośników fantastyki.

tom 1 – Pół króla

tom 2 – Pół świata

Minuta ciszy, Siegfried Lenz

minuta ciszy siegfried lenzDobra Literatura, 2016

Liczba stron: 134

Tytuł książki zwiastuje opowieść o śmierci. I rzeczywiście tak jest, choć akurat śmierć nie jest najważniejsza w „Minucie ciszy”. Akcja skupia się bowiem na wkraczaniu w dorosłość i pierwszych zauroczeniach.

Senne nadmorskie miasteczko ożywiające się nieco w sezonie letnim. Lata siedemdziesiąte, choć akurat czas akcji nie jest istotny. Osiemnastoletni Christian zwykle pracuje z ojcem na barce – są „poławiaczami kamieni”. Usypują z nich falochrony i wzmacniają linię wybrzeża. Christian jest uczniem szkoły średniej, ani wybitnym, ani kiepskim. W czasie wakacji nawiązuje bliższą znajomość  ze swoją trzydziestoletnią nauczycielką języka angielskiego. To jego pierwsza miłość. Niestety, zakończona tragicznie.

„Minuta ciszy” to książka, w której nie ma jakichś większych zwrotów akcji, a jednak czyta się ją zaskakująco dobrze. Jest nieco melancholijna, nieco „staroświecka”, ale trafnie ukazuje dramat i naiwność nastolatka. Chłopak, który zakochuje się w dużo od siebie starszej kobiecie, do tego swojej nauczycielce, i wiąże z tym uczuciem i romansem plany na przyszłość, budzi moje politowanie. Chce być dorosły i zachowywać się odpowiedzialnie, żeby jego ukochana mogła na nim polegać, a jednak zachowuje się jak marzyciel i przedszkolak. A mimo wszystko jestem w stanie go zrozumieć, wytłumaczyć sobie jego postępowanie, przypisać jego irracjonalne zachowania burzy hormonalnej, niedoświadczeniu, młodzieńczemu optymizmowi.

Za nic w świecie nie rozumiem natomiast motywacji Stelli, nauczycielki, która przekracza wszelkie granice. Nie jest dla mnie wytłumaczeniem to, że pewnie czuła się samotna i niezrozumiana – dorosła osoba powinna umieć sobie z tym poradzić w inny sposób, niż rozkochując w sobie nastolatka, własnego ucznia.  Nie jest dla mnie usprawiedliwieniem to, że zwykle była bierna i nie inicjowała spotkań. Przeraża mnie próżność takich kobiet, pozornie łagodnych i nieszkodliwych, ale siejących zniszczenie w młodych umysłach.

Niewiele stron, wiele silnych emocji. Tak chyba najlepiej podsumować tę książkę. I wydaje mi się, że każdy wyczyta w niej coś innego. I świetnie, jednoznaczne książki są nudne.

Krivoklat, Jacek Dehnel

Krivoklat Jacek DehnelZnak Literanova, 2016

Liczba stron: 233

Zanim zdążyłam przeczytać książkę byłam na spotkaniu z autorem, podczas którego rozmowa toczyła się wokół „Krivoklata” w taki sposób, żeby za dużo nie zdradzić. Przeczytany fragment jak i treść wywiadu sprawiły, że moje oczekiwania wobec powieści wzrosły jeszcze bardziej. Brawo, „Krivoklacie”, stanąłeś na wysokości zadania!

Tytułowy Krivoklat spędził większość swojego dorosłego życia w zakładach zamkniętych. Trafia do nich zawsze po dokonaniu „dzieła” zniszczenia bezcennych obrazów znajdujących się w europejskich muzeach. Oblewa je kwasem z butelki, po to, żeby zniszczyć. Czy jest zwykłym wandalem? Czy jest osobą niezrównoważoną psychicznie?  Co stoi za jego szkodliwymi wybrykami?

Powieść napisana jest w formie monologu, w konwencji książek Thomasa Bernharda. Krivoklat opowiada o swoim życiu, ludziach, z którymi przyszło mu się zadawać w zakładzie zamkniętym, o swojej żonie, która jako jedyna na świecie w pełni go rozumiała, oraz o pacjencie, który podobnie jak on fascynuje się sztuką. Krivoklat jak na pacjenta „wariatkowa” ma bardzo bystry umysł i umiejętność błyskawicznej oceny sytuacji i ludzi. Bez problemu formułuje swoje myśli i zachwyca bystrością swoich obserwacji i sądów. Powoli poznajemy jego credo życiowe oraz powód, dla którego został postrachem muzealników. A mimo wszystko gdzieś w tle pobrzmiewa, że Krivoklat zdrowy nie jest, a my czytamy myśli szaleńca zamkniętego w Centrum Medycznym Zamek Immendorf, którego jedynym celem jest wydostanie się na zewnątrz i kontynuowanie swojego „dzieła”.

Centralnym tematem powieści jest sztuka – to jak ją postrzegamy, do czego jest nam potrzebna w życiu, czym są arcydzieła i dlaczego terapia sztuką nie ma najmniejszego sensu. „Krivoklat” to książka miejscami zabawna, miejscami poważna. Na pewno daje do myślenia i na pewno spodoba się fanom twórczości autora oraz tym, dla których sztuka to coś więcej niż puste słowo. Na pewno zaskoczy was zakończenie, wielokrotnie będziecie się zastanawiać nad słowami Krivoklata, a wasz stosunek do niego wahał się będzie między litością a podziwem. Polecam!

Mam na imię Lucy, Elizabeth Strout

mam na imie lucy elizabeth stroutWielka Litera, 2016

Liczba stron: 224

Czytałam wszystkie książki tej autorki, które ukazały się w Polsce. Lubię jej niespieszne tempo opowiadania historii i to, że więcej kryje między wersami niż podaje wprost. Nie inaczej jest w tej cienkiej książce o Lucy Barton.

Lucy trafia do szpitala, nie wiadomo, co jej dolega, lecz pobyt przedłuża się. Kobieta czuje się samotna i przygnębiona. Mąż nie ma czasu, by ją często odwiedzać, córeczki nie mogą same przyjść do mamy. Pewnego dnia przy jej łóżku pojawia się najmniej spodziewany gość. Jej matka. Kobieta, która nigdy nie interesowała się życiem swojej córki, a jeśli już się wypowiadała na temat życia Lucy, to zawsze krytycznie. Spotkanie po latach jest okazją do powrotu do przeszłości, do lat, kiedy dojmującym uczuciami były brak miłości, chłód i odtrącenie. O ile w ogóle będą umiały ze sobą rozmawiać.

Lucy przeprowadziła się do Nowego Jorku dzięki pomocy finansowej ze strony szkoły. Jako jedyna w rodzinie zdobyła wyższe wykształcenie, choć przez cały czas studiów doskwierało jej to, kim nie jest i co zostawiła za sobą. Teraz próbuje pisać, choć nie ma pewności, czy nie zostanie wyśmiana. Gdy ze swoich planów zwierza się sąsiadowi, ten radzi jej, by była bezwzględna w pisaniu. Czy taka będzie? Czy uda jej się opowiedzieć o swojej niepewności, swoich lękach, wstydzie, który towarzyszył jej przez większość życia?

Ta książka utkana jest ze wspomnień, pojedynczych obrazów, które składają się na obraz kobiety, która jeszcze do końca nie wierzy w swoje siły, lecz powoli staje na nogi i próbuje wziąć życie w swoje ręce. Najpierw musi rozliczyć się z przeszłością – walczyć lub wybaczyć. Pobyt w szpitalu daje jej możliwość wejrzenia w siebie i innych. Najbardziej wymowną sceną jest ta, gdy Lucy czekając na badania widzi oczy umierającego na AIDS człowieka – czy powinna być świadkiem tej intymnej chwili? Czy jest intruzem?

Niepozorna książeczka w niewielkim formacie, z dużą czcionką. Kto by pomyślał, że kryje w sobie tyle emocji i scen, które trudno wyrzucić z głowy. Strout pisze coraz lepiej, jest wrażliwą obserwatorką, która potrafi przekuć w słowa najintymniejsze myśli. Jej subtelność i takt przekładają się na styl książki, a fakt, iż nie zawsze pisze wprost, daje pole do popisu naszej wyobraźni. Uwielbiam takie angażujące powieści.