Rzeka podziemna, Tomasz Jastrun

rzeka podziemna tomasz jastrunCzarna Owca, 2016

Liczba stron: 240

Chyba nikt zdrowy nie jest w stanie wyobrazić sobie, jak i co czuje człowiek z depresją. Chociaż od dawna nie jest to temat tabu, tylko jednostka chorobowa, którą można i powinno się leczyć, to wokół niej narosło wiele mitów., wyobrażeń i błędnych założeń. Człowiek chory na pewno nie wyzdrowieje tylko dlatego, że przyjaciel powie mu „Weź się w garść, głowa do góry”. Depresja jest zbyt podstępna, by dać się wygnać udawaną radością, wręcz przeciwnie, z wielką chęcią ogarnie umysł i ciało. Tomasz Jastrun podjął próbę opisania tego, co dzieje się z człowiekiem, kiedy ogarnia go mgła choroby lub, nawiązując do tytułu, zaczyna obmywać go podziemna rzeka.

Nie tak łatwo znaleźć początek choroby, każdy ma przecież słabsze dni, każdemu czasem obojętnieje praca, rodzina, drażnią obowiązki. Bohater tej powieści również nie umie wskazać od czego się zaczęło, po prostu pewne rzeczy zaczęły go przerastać. Z równowagi wyprowadzała go nieprzewidywalna matka, którą musiał co jakiś czas wyciągać z tarapatów, wymagająca, dobrze płatna praca, zaczęła przynosić więcej zażenowania niż satysfakcji, kobiety straciły blask, kot nie chciał pieszczot. Jedyne, co trzymało go w pionie to potrzeby seksualne i kilka kochanek, z którymi wówczas się spotykał. Potem jednak zrobiło się jeszcze gorzej.

Czy bohater miał świadomość, że jest w depresji? Jak najbardziej. Chodził do psychoterapeutów i psychiatrów, garściami łykał przepisane przez nich psychotropy, imał się terapii alternatywnych, odwiedzał szarlatanów. Wszystko to dawało mu nadzieję, lecz nie poprawiało jego stanu. Rzeka sięgała mu już do szyi. Czy był jakiś sposób, by wrócić do normalnego życia?

Jastrun pisze ciekawie i zajmująco. Stopniuje wrażenia i chociaż książka nie ma nic wspólnego z thrillerem, czytelnik zostaje wciągnięty w emocjonującą grę pomiędzy podstępną chorobą, a mężczyzną w sile wieku.  Czarny humor miesza się tu z czarnym nastrojem, bohater porusza się po świecie jakby przebijał się przez mgłę, jego reakcje są albo nadmiernie gwałtowne, albo zaskakująco obojętne. Czy po lekturze umiem sobie wyobrazić świat człowieka z depresją? Nie. Wiem jednak, że czerń ma wiele odcieni, a walka z nią zużywa wszystkie siły.

Jest w książce coś, co mnie do niej zrażało i drażniło. Bohater bowiem niemal nieustannie zachowuje się jak podstarzały satyr i przez długi czas najbardziej interesuje go z kim i jak odbyć stosunek. W związku z tym treść obfituje w sceny seksu w różnych konfiguracjach i pozycjach. Tak jakby pogrążony w depresji bohater/autor chciał udowodnić, że dopóki mu staje, to wciąż jest jeszcze sobą.

I jeszcze jedna rzecz sprawiła, że spojrzałam na ten przypadek choroby z pewnym rozbawieniem. Po miesiącach chorowania, niechodzenia do pracy, bohater konstatuje, że zostało mu jeszcze tyle pieniędzy na koncie, że stać go na kupno domu w ciepłym kraju. I to jest okropne w kontekście całej książki, bo od razu przychodzi do głowy myśl, że na „luksus” depresji mogą pozwolić sobie tylko bogaci. Normalnie zarabiający mieliby już na głowie komornika i groźbę eksmisji. I te ostatnie strony to samobójczy strzał ze strony autora/bohatera, a dla mnie przewartościowanie wszystkiego, co myślałam podczas lektury.

Nie jest to książka, która rozłożyła mnie na łopatki, lecz cieszę się, że ją przeczytałam, bo poruszyła we mnie wiele emocji. Niekoniecznie zgodnych z zamierzeniem autora, lecz autentycznych i silnych. Warto ją przeczytać, chociażby po to, by móc by zajrzeć do umysłu i w serce osoby pogrążonej w zabójczej apatii, która, jak by nie patrzeć, odgrywa główną rolę żeńską w tej powieści.

Podejrzana, Michał Łowicz

podejrzana michał łowiczWydawnictwo Penelopa, 2015

Liczba stron: 317

Jak zapewne wiecie, zwykle czytam po kilka książek naraz. Zawsze mam kilka rozpoczętych i zmieniam sobie lekturę w zależności od nastroju, pory dnia czy kaprysu. „Podejrzaną” zaczęłam czytać wieczorem i skończyłam w nocy. Tak, wchłonęłam ją za jednym posiedzeniem, a raczej poleżeniem, bo czytałam w łóżku. Szkoda mi było się od niej odrywać, bo opowiedziana historia kryminalna wciągnęła mnie bez końca. To naprawdę wyjątek.

Nad brzegiem rzeki w podwarszawskiej miejscowości zostaje znaleziony trup z raną postrzałową. Sprawa jest dość tajemnicza od samego początku. Powinna przypaść w udziale szefowi grupy dochodzeniowej, lecz on właśnie ma problemy natury alkoholowo-osobistej i zostaje tymczasowo zawieszony. Śledztwo prowadzi więc policjant Krzysztof Muser przez bliskich kolegów nazywany Pomidorem. Nie jest nowicjuszem, więc podchodzi do sprawy profesjonalnie i bez paniki, aczkolwiek trochę obawia się współpracy z panią prokurator, o której krążą niezbyt pochlebne opinie.

W międzyczasie śledzimy gwałtowny rozpad związku młodej, seksownej Pati z podstarzałym handlarzem antykami. Gdy dziewczyna ulatnia z życia swojego sponsora, z jego gabinetu znika również niezwykle cenny eksponat. Rozpoczyna się pościg za uciekinierką z pominięciem policji, która z pewnych względów nie powinna dowiedzieć się o zajściu. Nie chodzi tu o kwestie obyczajowe, w końcu związek siedemdziesięciolatka z dwudziestolatką w pewnych kręgach nie jest niczym niezwykłym.

„Podejrzana” to kryminał, który portretuje świat kolekcjonerów i handlarzy sztuką oraz jego powiązania z nielegalnym półświatkiem oraz wysoko postawionymi funkcjonariuszami dawnego reżimu. Przedstawia również nieodrealniony obraz polskiej policji. Chociaż  książkowi policjanci nie są ideałami – często spóźniają się do pracy, pracują na etacie w policji i dorywczo w sklepie żony, nie stronią od alkoholu, to są ludźmi z pasją. Ciekawa sprawa, taka, która wytrąca ich z codziennej rutyny i stawia przed nimi trudną do rozwiązania zagadkę, potrafi wyrwać ich z marazmu i zaangażować w stu procentach.

To druga książka autora, którą przeczytałam. Debiut „Zniknieni” był  również bardzo wciągający i oparty na dobrym pomyśle – obie książki mają wspólnych bohaterów i skupiają się na podobnych dziedzinach życia – sztuce, przestępczości i mozolnej pracy policjantów próbujących rozwikłać sprawy pozornie ze sobą niezwiązane. Wczytując się w „Podejrzaną” cały czas gdzieś w głowie miałam pewne pytanie: Dlaczego duże wydawnictwa, mające pieniądze na promocję, jeszcze nie zainteresowały się tym autorem, który ma świetne pomysły, dobrze prowadzi akcję powieści i pisze ciekawsze i bardziej wciągające historie od wielu modnych autorów? Ja mocno mu kibicuję, wierzę, że wreszcie trafi w dobre ręce, co będzie z korzyścią dla czytelników, i czekam już na najnowszą powieść pt: „Kukułcze jajo”.

Linie kodu kreskowego, Krisztina Toth

linie kodu kreskowego krisztina tothKsiążkowe Klimaty, 2016

Liczba stron: 225

Kod kreskowy. Nie ma w nim nic zaskakującego. Tak naprawdę to w ogóle nie zwracamy na niego uwagi, chyba że akurat zapomnimy zważyć owoców i trzeba zawrócić od kasy do wagi. A jednak dla nas, wychowanych w czasach komuny, kod kreskowy był powiewem Zachodu. Czymś magicznym, co znajdowało się na przedmiotach i produktach spożywczych pochodzących z lepszego świata. Piętnaście zawartych  tomie opowiadań nawiązuje tytułami do kodów kreskowych, choć tematycznie obejmują znacznie większy obszar doznań.

Krisztina Tóth pisze o dziewczynkach, dziewczynach i kobietach. Przedstawia fragment ich życia, który wiele mówi o samej bohaterce i o otaczającym ją świecie. Dziewczynki bywają zazdrosne, szczególnie gdy chodzi o chłopaka. Gorzej gdy zazdrość i zawiść ma swoje źródło w czymś innym, na co nikt nie ma wpływu. Jedna z bohaterek gości swoją rówieśniczkę ze Stanów Zjednoczonych. Z początku jest nią zafascynowana, potem przelewa na nią całą gorycz związaną z uświadomieniem sobie różnicy, jaka jest między nimi. Dodajmy, że różnicy, na którą przecież żadna z dziewczyn nie ma wpływu. Po prostu urodziły się w innych krajach.

W tomie znajduje się również opowiadanie opisujące warunki życia małej dziewczynki będącej pod opieką babci. Nikt z dorosłych nie przejmuje się losem dziecka wychowywanego w nieprawdopodobnym brudzie, biedzie, w towarzystwie osób, które pod swoją opieką nie powinny mieć nawet zdechłej myszy. Jest i historia wzorowej uczennicy, która w nagrodę za dobre stopnie wyjeżdża na obóz pionierów. I jest to jedno z najgorszych doświadczeń w jej życiu, porównywalne do przebywania w obozie pracy lub gdzieś na zesłaniu.

Dorosłe kobiety z opowiadań Tóth to często oszukiwane żony lub porzucone kochanki, które nie potrafią poradzić sobie z uczuciami. Pozują na twarde, podczas gdy naprawdę sypią się i próbują zmierzyć ze swoimi lękami.  Mnie drażniły, choć jednocześnie trochę fascynowały w swoim zaślepieniu i skupieniu na jednym temacie. W opowiadaniach o kobietach na dalszy plan schodzi tło społeczne, w tych o dzieciach i nastolatkach przebija szara, komunistyczna rzeczywistość zamkniętego kraju, smutek ubóstwa, tęsknota za barwnym światem, którego namiastką jest kolorowy piórnik zamykany na magnes lub zwykły kod kreskowy na opakowaniu produktu.

Nie wszystkie opowiadania mi się podobały, niektóre od razu po przeczytaniu umknęły mi z głowy, lecz kilka utkwiło mi w pamięci. Warto porównać swoje dziecięce doświadczenia z tymi opisanymi przez węgierską pisarkę. Nasze kraje łączy przeszłość, której sami byśmy nie wybrali, ale czy mamy podobne wspomnienia? Zachęcam!

Gastrobanda, Jakub Milszewski & Kamil Sadkowski

gastrobanda milszewski sadkowskiAgora & Smak Słowa, 2016

Liczba stron: 301

Nie zamierzam zakładać własnej restauracji, nie będę blogerem kulinarnym, bo nie lubię gotować, ale od czasu do czasu jadam na mieście i lubię wiedzieć, co działo się z kotletem zanim trafił do mojego brzucha. Poza tym czytałam kiedyś książkę z serii Babylon o działaniu restauracji odznaczonej gwiazdką Michelin. Chciałam sprawdzić, czy w polskiej kuchni restauracyjnej zapierdziela się podobnie.

Uwaga wstępna od autorów:

„To nie jest książka dla, powiedzmy językowych wegan. Tu się rzuca mięsem. Pozwól, że zademonstruję: chuj i kurwa. Jeśli te dwa słowa przyprawiły Cię o zawał albo wzbudziły w tobie gwałtowną potrzebę leżenia krzyżem, to lepiej nie czytaj dalej”.

Cała książka napisana jest w takim potocznym stylu, w języku, jakiego używa się w kuchniach. A nie ma tam czasu na językowy wersal i nikt nie zwraca się do nikogo w wyszukany i grzeczny sposób. Jeden z autorów przeszedł przez wszystkie etapy edukacji kuchennej, zna temat od podszewki, drugi jest dziennikarzem piszącym o jedzeniu, więc sporą część życia spędził w różnego rodzaju jadłodajniach.

O czym jest ta książka?  O tym, kto pracuje w restauracji i co należy do jego obowiązków. O tym, co dzieje się od momentu złożenia przez klienta zamówienia do chwili uregulowania rachunku. O tym, jak nie podpaść kelnerowi, barmanowi i kucharzowi. A jeśli już musisz się na kimś wyżywać, to z tej książki dowiesz się, jakie „kary” możesz ponieść. Z tym, że naplucie do talerza jest mało wyszukaną z zemst. Dowiesz się również co należy zrobić i ile mieć kasy, żeby próbować swoich sił w biznesie gastronomicznym. Autorzy odnoszą się również do takich spraw jak gwiazdki Michelina oraz inne prestiżowe wyróżnienia, do telewizyjnych show i programów kulinarnych, do kucharzy celebrytów i kucharzy z prawdziwego zdarzenia, którym udało się zaistnieć w mediach. W „Gastrobandzie” jest również sporo anegdot, strasznych i śmiesznych. Generalnie dominuje tu humor rubaszny.

Co wyszło z mojego porównania z tą książką? Otóż wiele rzeczy się potwierdza. Bycie szefem kuchni to praca, która wymaga całkowitego poświęcenia, praca, w której nie liczy się godzin. Chociaż zakres obowiązków czyni z kucharza również biurokratę, który musi zajmować się zamówieniami, fakturami, opieprzaniem nierzetelnych kontrahentów, to zazwyczaj jest on również mistrzem dla wszystkich pozostałych pracowników. Czy czegoś się nauczyłam? Tak. Czy jest to wiedza niezbędna do życia? To zależy, ja jadam poza domem, więc na pewno sporo rzeczy mi się przyda. Jeśli zamierzacie związać się z tym biznesem – jako kelnerzy, kucharze, barmani, to powinniście ją przeczytać, podobnie jak ci, którzy marzą o założeniu własnego gastrobiznesu na małą lub większą skalę.