Księgowość 2016

img_8761-kopia

Jak zawsze w Sylwestra zapraszam na krótkie podsumowanie czytelniczego roku bez wskazywania najlepszych książek, bo na to jeszcze przyjedzie czas. Statystyki z ubiegłych lat znajdziecie TUTAJ. Dojrzewam do ostatecznych wyborów, więc takiego wpisu spodziewajcie się w pierwszym tygodniu 2017 roku.

Według mojego notesu w tym roku przeczytałam 176 książek, ostatnią mam nadzieję skończyć przed północą. Wynik podobny do poprzednich lat, więc inaczej po prostu się nie da. Nie biorę udziału w żadnych wyzwaniach, nie ścigam się z nikim, czasem jedynie walczę ze snem, żeby dłużej poczytać, gdy żal mi odkładać dobrą historię. Wśród tych 176 aż 71 książek napisali Polacy. 42 to literatura faktu (reportaże, biografie, wywiady, eseje itp.) Sporo czytałam po angielsku – w ubiegłych latach jęczałam, że powinnam więcej, teraz już na to nie narzekam. Prawie kompletna lista przeczytanych książek z linkami do recenzji jest TUTAJ.

Poległam na jednej książce. Nie dałam rady wysłuchać audiobooka „Shantaram” – za dużo w książce złotych myśli, przez co wydała mi się kiczowata, więc odpuściłam.

Przetłumaczyłam 6 książek. Ukazały się już reportaże: „Morderstwo w Himalajach” i „Polowanie na Escobara” oraz powieść „Sukienka w kolorze nocnego nieba”. Pozostałe będą miały premiery w pierwszej połowie nowego roku.

Oprócz bloga wciąż jestem aktywna na fanpage Czytam, bo lubię (w tej chwili 66105 obserwujących) oraz na Instagramie pod nazwą @agaczyta (6738 polubień). Ten blog każdego miesiąca odwiedza ok. 20 tys. czytelników.

Tak, ten powyższy akapit jest o Was! Z całego serca dziękuję za Waszą obecność, coraz liczniejsze spotkania w „realu”, rozmowy, setki wiadomości i tysiące komentarzy, które dodają mi skrzydeł, sprawiają, że po ośmiu latach obecności w książkowej blogosferze nadal mam ochotę pisać o przeczytanych książkach.

Życzę Wam pomyślności w Nowym Roku, czasu na przyjemności, zdrowia na szaleństwa oraz dużo miłości, która dodaje skrzydeł i sprawia, że wszystko pozostałe ma sens.

Rok królika, Joanna Bator

rok-krolikaWydawnictwo Znak, 2016

Liczba stron: 480

Z wielką ciekawością zabrałam się za czytanie „Roku Królika”, lecz z każdą kolejną stroną robiłam coraz większe oczy i bardziej zdziwioną minę. Tego się nie spodziewałam.

Julia Mrok jest znaną pisarką, tworzy poczytne romanse historyczne. W związku z tym jest szczególnie wyczulona na dobre historie, które tropi na każdym kroku. W życiu prywatnym kieruje się tylko swoją przyjemnością. Mieszka z dwoma kochankami, lecz pewnego dnia postanawia porzucić swoje dotychczasowe wygodne życie. Ma podstawy, żeby przypuszczać, że kochankowie czyhają na jej życie. W tajemnicy przed wszystkimi przygotowuje się do ucieczki, starannie zaciera ślady po sobie i wyrusza w podróż na południe. Trafia do hotelu w Ząbkowicach Ślaskich, dawnego Frankenstein, w którym działa Spa pod Królikiem. Wszystko, co ją otacza, jest złowieszcze, groteskowe i tajemnicze. Mieszkańcy Ząbkowic oraz klienci spa skrywają wiele tajemnic i zachowują się jak postacie w horroru klasy B.

Bohaterkę powieści fascynują tabloidy, im bardziej sensacyjne tytuły, tym bardziej pobudzają jej wyobraźnię. Cały „Rok Królika” jest napisany w stylu tabloidowym. Książka obfituje w bardzo przerysowane opisy, groteskowe postacie, dziwne zdarzenia. Bardzo długo nie wiadomo w jakim kierunku zmierza akcja, zastanawiałam się nawet, czy w ogóle do czegoś zmierza. Przez większość czasu Julia Mrok goni za jakimiś wyimaginowanymi historiami, zanurzając się w ponurej atmosferze miasteczka. Bohaterka nie jest postacią, której chciałoby się towarzyszyć – to antypatyczna, egoistyczna snobka, która próbuje zmienić się w równą dziewczynę bez przeszłości.

To nie jest dobra książka – jak na pastisz tabloidów jest stanowczo za długa, po stu stronach ma się jej dość. Jak na kryminał – zawiera za mało sensacji, brak w niej suspensu i przestępcy z prawdziwego zdarzenia. Jak na horror – brak horroru, chociaż zawiera pewne niepokojące sceny, to w ogólnym rozrachunku raczej denerwują niż straszą. Jak na powieść obyczajową – brak w niej punktu zahaczenia, brak bohatera, z którym czytelnik mógłby się utożsamiać, brak ciekawej akcji. Chciałabym napisać, że szkoda potencjału i pomysłu, ale nie widzę tu pomysłu – po prostu groch z kapustą podany w wyjątkowo mało strawny sposób. Szkoda.

Diabelski owoc, Tom Hillenbrand

diabelski-owocSmak Słowa, 2016

Liczba stron: 304

Nigdy wcześniej nie słyszałam o czymś takim jak kryminał kulinarny, ale to określenie okazało się dość pociągające. Bohaterem tej powieści nie jest żaden detektyw, żaden dziennikarz śledczy, lecz szef kuchni. Xavier Kieffer porzucił haute cuisine na rzecz niewielkiej restauracji w Luksemburgu, gdzie gotuje najwyższej klasy dania nie biorąc udziału w wyścigu o gwiazdki. Pewnego dnia w jego mało znanej restauracji pojawia się paryski krytyk kulinarny. Już samo jego przybycie jest podejrzane – skąd wiedział o Kiefferze? Najgorsze ma miejsce kilkanaście minut później – krytyk pada trupem po zjedzeniu przystawki. Czy ktoś chciał zaszkodzić Kiefferowi? Czy śmierć krytyka miała coś wspólnego z zawodem, który wykonywał?

Na czas śledztwa restauracja musi pozostać zamknięta, co daje Kiefferowi sporo czasu na poprowadzenie swojego prywatnego dochodzenia. Wkrótce okazuje się, że śmierć krytyka to nie jedyna dziwna rzecz, która miała ostatnio miejsce w biznesie gastronomicznym. Poszukując swojego zaginionego mentora, Kieffer znajduje w jego kuchni nieznany owoc. Postanawia dowiedzieć się czegoś o jego właściwościach i możliwym wykorzystaniu w daniach. Okazuje się, że owoc skrywa niejedną tajemnicę.

Połączenie kryminału ze światem wykwintnej kuchni to całkiem udany pomysł. Na szczęście autor nie podaje dokładnych przepisów i instrukcji wykonania dań. Zamiast tego szpikuje tekst obco brzmiącymi nazwami potraw oraz opisami ich wyglądu i smaku. Zdradza też działanie restauracyjnej kuchni oraz rozgrywek pomiędzy kucharzami z najwyższej półki. Wątek kryminalny jest jednak ciekawszy. Utrzymany jest bardziej w stylu klasycznym – bez pryskającej krwi i urwanych kończyn. Rozwiązanie zagadki wymaga gimnastyki umysłu, nie ciała, chociaż w międzyczasie wraz z rozwojem akcji Kieffer zostanie nieco przegoniony po okolicy.

Bardzo przyjemny kryminał zapewniający rozrywkę na niezłym poziomie, gimnastykujący szare komórki, przy którym nie poobgryzasz paznokci ani nie zaliczysz stanu przedzawałowego. Polecam.

Zagadka w bieli, J. Jefferson Farjeon

zagadka-w-bieliZysk i S-ka, 2016

Liczba stron: 317

„Zagadka w bieli” ukazała się pierwotnie w 1937 roku, od tego czasu nie była wznawiana aż do momentu, gdy w 2014 roku została wydana w  serii British Library Crime Classic. Jej popularność przerosła wszelkie oczekiwania, na listach bestsellerów przeskoczyła takie książki jak „Szczygieł” Donny Tartt. Co sprawia, że jest tak chętnie czytana?

Rzecz dzieje się w wigilię bożego narodzenia, oryginalny podtytuł brzmi „A Christmas Crime Story”. Śnieg nie tylko pobielił krajobraz, lecz także zdołał zasypać drogi, tory i domy. Śnieżyca nie ustępuje. W wigilijny wieczór grupa podróżnych utknęła w pociągu po środku niczego. Po niecierpliwym oczekiwaniu na odśnieżenie torów, pasażerowie jednego przedziału postanawiają wyruszyć na poszukiwanie pobliskiej stacji. Niestety, szybko gubią drogę we wszechogarniającej bieli. Na szczęście docierają do jakiegoś jasno oświetlonego domu. Wchodzą do środka, lecz okazuje się, że nikogo w nim nie ma. Są za to rozpalone kominki, zagotowana woda na herbatę i rozstawione filiżanki dla trzech osób. Bardzo ich to niepokoi, jednak nie mają wyjścia i albo zamarzną na dworze, albo skorzystają z zapasów zgromadzonych w domu i przeczekają najgorszą śnieżycę. Potem w tym samym domu pojawia się jeszcze jeden człowiek, który zgubił się podobnie jak oni, lecz swoim zachowaniem  nie wzbudza zaufania. Gdy z pociągu dociera do nich wiadomość, że w przedziale obok znaleziono zabitego mężczyznę, na wszystkich pada strach. Wydaje się, że sytuację kontroluje tylko jeden człowiek – starszy pan należący do towarzystwa parapsychologicznego, bardzo spostrzegawczy, analityczny, obdarzony cechami przywódczymi.

Wartka akcja, ciekawy wątek kryminalny, niejedna tajemnica do rozwiązania oraz charyzmatyczny, samozwańczy przywódca grupy pasażerów to niewątpliwe atuty tej książki. Mniej przekonywały mnie wątki paranormalne, lecz szczęśliwie są one tylko tłem i nie mają większego wpływu na przebieg akcji. Zagadka zniknięcia mieszkańców domu oraz śmierci pasażera pociągu zostają wyjaśnione przy użyciu rozumu i materialnych dowodów. Wraz z biegiem akcji pojawia się więcej niewiadomych i tajemnic do rozwikłania, przez co  czytelnik jest zaskakiwany do samego końca książki. To idealna powieść na okres świąteczny – wpisuje się czasem akcji oraz kryminalną zagadką retro w stylu Agathy Christie.

Zima, Karl Ove Knausgard

zimaWydawnictwo Literackie, 2016

Liczba stron: 273

Zima to czas oczekiwania. Na pojawienie się pierwszego śniegu, na święta, na nadejście wiosny. Dla Knausgarda zima przełomu 2014 i 2015 roku opisana w tej książce była również okresem oczekiwania na narodziny najmłodszej córki. To dla niej pisze cykl nazwany od pór roku, to jej (i trochę też sobie) tłumaczy świat.

Podobnie jak „Jesień” ta książka składa się z miniatur literackich, esejów, prozy poetyckiej oraz listów do nienarodzonej i niedawno narodzonej córki. Czytając poszczególne rozdziały miałam wrażenie, że zanurzam dłonie w wielkim pudle wypełnionym kulkami ze styropianem i od czasu do czasu wyławiam jakieś smakołyki. Te styropianowe kulki to mało znaczące treści, takie, które przelatują między palcami i nic po sobie nie zostawiają. Smakołyki natomiast długo rozpływają się na języku zostawiając po sobie cały wachlarz wrażeń, smaków, uczuć.

Pozostając w temacie uczuć – autor porównuje wnętrze człowieka do niezdarnego dinozaura, zupełnie nie pasującego do zwykłego, dostosowanego do świata ciała. Tam, gdzie wkraczają uczucia, kończy się znane, zaczyna nieznane, nieokiełznane, niejednokrotnie rosnące na potęgę. Nieopatrznie rzucone słowo może w umyśle człowieka kiełkować latami i doprowadzić do tragedii po latach.

Pięknie pisze również o prezentach świątecznych. Zwykłe pluszaki czy roboty po rozpakowaniu, przytuleniu przez dziecko nabierają ludzkich cech – dostają imiona, rysy charakteru i stają się pełnoprawnymi członkami dziecięcego świata. Podobnie jak książka zdjęta z półki – dopóki na niej stoi jest tylko tytułem, gdy zaczynamy ją czytać, otwiera przed nami cały świat.

Knausgard sporo pisze o rodzicielstwie. Jest pewien, że rodzice powinni stawiać dzieciom granice, bo one pozwalają im lepiej poznać funkcjonowanie świata. Martwi się jednak tym, że czasami musi uciec się do przemocy, żeby wyegzekwować swoje stanowisko i nie pozwolić dzieciom wejść sobie i żonie na głowę. W tej części cyklu trochę więcej pisze o pozostałych dzieciach, o swoim dzieciństwie oraz relacjach z matką, przez co w niektórych fragmentach książka przypomina „Moją walkę”, co, według mnie, dobrze jej służy.

Dla tych i jeszcze kilku innych fragmentów warto przeczytać „Zimę” – chłodną, nostalgiczną opowieść o codzienności, rodzicielstwie, zmaganiach ze światem. Zwróćcie również uwagę na ilustrujące ją przepiękne obrazy Larsa Lerina.