Portret młodej wenecjanki, Jerzy Pilch

portret-mlodej-wenecjankiWydawnictwo Literackie, 2017

Liczba stron: 184

Nie jestem ani wielką fanką Pilcha, ani osobą czyhającą na jego potknięcia. Czytam książki tego autora bez uprzedzeń i bez dużych oczekiwań. Po prostu liczę na to, że opowiedziana historia mnie zaintryguje. „Portret młodej wenecjanki” to powieść, która z początku trochę mi pomieszała w głowie. Nie zaczyna się jak powieść, tylko jak zbiór felietonów i opowiadań. Potem już jednak wszystko staje się jasne – te felietony, czy też może krótkie rozdziały, łączy główna bohaterka.

Jest nią piękność, kilka dekad młodsza od narratora (autora? zawsze mam z tym rozróżnieniem problem – nigdy nie wiem, co jest u Pilcha autobiografią, a co fikcją). Przypomina mu postać z obrazu przedstawiającego młodą wenecjankę. Jest skrępowana swoją urodą i próbuje ją maskować. Z jednej strony bezpośrednia, z drugiej zamknięta w sobie, dręczona przez jakieś demony. Związek z tą młodą dziewczyną, jak wszystkie inne, dobiegł końca i jest teraz punktem wyjścia do rozważań o związkach w ogóle. Z naciskiem na te, w których kobiety są dużo, bardzo dużo młodsze od swoich partnerów.

Pilch ładnie pisze o spaniu w jednym łóżku (nie o seksie), lecz o bliskości jaka się rodzi z samego dzielenia tej samej przestrzeni w tak intymnej chwili, jaką jest sen. Poza tym jest doskonały w dygresjach – szczególnie tych dotyczących sztuki. Według mnie są najciekawsze z całej książki i zapewne powstała ona po to, żeby autor mógł się wypowiedzieć nie tylko o swojej byłej, lecz również na tematy, które go intrygują, ciekawią, złoszczą. Wspomina m.in. o tym, że chciałby kiedyś napisać o (fikcyjnym) spotkaniu Lutra z Rafaelem Santim być może przy współudziale Durera. A ja bardzo chciałabym to przeczytać.

Przeczytałam bez zachwytu, ale za to z dużym zainteresowaniem. To całkiem dobra powieść – nie powieść. Oczywiście nie jest to książka obyczajowa, więc na to się nie nastawiajcie, choć jest o romansie, to nie ma tu romansu, na jaki możecie liczyć. Powinniście przyjąć, że jest to pewnego rodzaju zbiór felietonów na różne tematy połączony rwanym wątkiem głównym dotyczącym zakończonego związku. Można przeczytać, no chyba że jest się wielbicielem Pilcha, to wtedy lektura obowiązkowa!

Miasta wyśnione. Siedem wizji urbanistycznych, które kształtują nasz świat, Wade Graham

miasta-wysnioneKarakter, 2016

Liczba stron: 328

Chociaż nigdy nie chciałam zostać architektem i raczej nie potrafię nazwać tego wszystkiego, co mnie otacza w mieście, wybrałam do czytania książkę o architekturze miast. „Miasta wyśnione” przedstawiają siedem wizji urbanistycznych mających duży wpływ na to, jak i gdzie żyjemy, tłumaczą nurty w architekturze i przedstawiają najważniejszych wizjonerów w tej dziedzinie. A przy tym teksty są napisane tak przystępnie, w nieco gawędziarskim tonie, że nawet laik nie ucieka spłoszony.

Autor skupia się na XX wieku i poszczególne nurty architektoniczne opisuje w kolejności ich pojawiania się. Początek wieku to miasta romantyczne i neoklasyczne wciąż jeszcze silnie reprezentowane w wielu miejscach na świecie. Nie omija najbardziej rewolucyjnych koncepcji, które tylko częściowo zostały zrealizowane ze względu na nieco utopijny charakter, Miasto techno-ekologiczne Tengego i Fostera, czy racjonalne Le Corbusiera wiązało się nie tylko ze zmianą wyglądu przestrzeni, lecz również sposobu myślenia o niej. Nie chcę omawiać poszczególnych wizji, bo wierzę, że sami sięgniecie po książkę, żeby się z nimi zapoznać.

Może to naiwne, co powiem, lecz mnie najbardziej zaskoczyło coś, o czym nigdy nie myślałam beztrosko mieszkając to tu, to tam. Otóż, architekt mający pewną wizję zabudowy i wyglądu miasta, ma również wizję jego mieszkańców. To znaczy, że chciałby, żeby mieli określone zainteresowania, dochody, a nawet wygląd czy poglądy. To często jest punkt wyjścia do dalszych prac – i to jest zrozumiałe. Ale wielu architektów miało również nadzieję, że swoimi projektami zmienią ludzi, nie tylko poprawią jakość ich życia, lecz także ich samych uczynią lepszymi, co jest, według mnie, absolutną bzdurą.

Wade Graham napisał książkę nie dla specjalistów w dziedzinie architektury, lecz dla ludzi lubiących wiedzieć więcej. Takie kompendium wiedzy o głównych trendach w urbanistyce naprawdę otwiera oczy na to, co nas otacza. Ponadto, dla lepszego zobrazowania poszczególnych nurtów, podaje miejsca i budowle, które zostały wzniesione w omawianym stylu architektonicznym. Dzięki temu oraz ilustracjom leniwi (tacy jak ja) mają wszystko w jednym miejscu. Polecam.

Psy, Allan Stratton

psyYA!, 2016

Liczba stron: 320

Niezbyt często czytam książki skierowane do czytelnika nastoletniego, wydaje mi się, że za dużo w nich fantasy lub/i szczenięcego zauroczenia. W przypadku tej książki postanowiłam zaryzykować (do stracenia miałam czas), bo nic nie wskazywało, że natknę się na jeden z powyższych tematów. I rzeczywiście, to połączenie powieści psychologicznej, thrillera i horroru – nie tyko  strawne, lecz nawet bardzo ciekawe.

Cameron od kilku lat ciągle się przeprowadza. Mieszka tylko z mamą, która obawia się, że jej były mąż, ojciec chłopaka, może chcieć im zrobić krzywdę. Cameron sam nie wie, co ma o tym sądzić. Z jednej strony rozumie mamę, lecz jego wspomnienia z wczesnego dzieciństwa mocno się już zatarły, więc nie jest pewien, czy mama czasem nie przesadza. Pewnego dnia wprowadzają się na położoną na odludziu farmę. Chłopak już pierwszego dnia w nowej szkole doświadcza przemocy i dowiaduje się, że wśród miejscowych krążą różne plotki na temat miejsca, w którym zamieszkali. Mówi się, że poprzedni właściciel wiele lat temu został pożarty przez swoje psy, a w okolicy straszy. Na domiar złego Cameronowi wydaje się, że pod dom podchodzi dziwnie ubrany chłopiec – czy to tylko zwidy? A może to jakiś dzieciak z okolicy? Bo chyba nie autor tajemniczych rysunków, które znalazł w komórce?

Siła tej powieści opiera się na niedomówieniach. Czy naprawdę możemy wierzyć matce Camerona, że jego ojciec ma złe zamiary w stosunku do swojej byłej rodziny? Może kobieta wszystko wyolbrzymia, może specjalnie nastawia syna przeciw ojcu. Czy naprawdę możemy wierzyć Cameronowi, który rozmawia z duchem? Może to załamanie psychiczne – w końcu od lat żyje w napięciu, a w nowym miejscu wszyscy w szkole są wrogo nastawieni. Czy możemy wierzyć w to, że duch mówi prawdę? Czy na farmie doszło do jeszcze większej tragedii niż śmierć farmera? Czy chłopiec ma szansę dowiedzieć się prawdy?

Książka dla nastolatków okazała się wciągającym thrillerem i w ogóle nie przeszkadzały mi wątki „paranormalne”. Autor dobrze poradził sobie z atmosferą, tempem, bohaterami. Nigdzie nie przedobrzył, nie pozostawiał otwartych wątków i świetnie zamknął akcję. To, że książka jest skierowana do młodszego czytelnika, nie wynika z jej naiwności, lecz z pewnego wygładzenia obyczajowego. Spotkało mnie duże zaskoczenie, bo książka okazała się lepsza niż zakładałam. Polecam.

Ósme życie, czyli 4 przyczyny porażki

Nie skończyłam czytać tej książki. Dotarłam mniej więcej do połowy i dalej nie dam rady – na samą myśl, że miałabym czytać kolejne strony reaguję nerwowo. Przeczytałam dość, żeby wiedzieć, że lepiej już nie będzie. Z oczywistych powodów nie napiszę recenzji, lecz wytłumaczę, co sprawiło, że aż tak się na niej zawiodłam.

  1. Miała być saga rodzinna mocno osadzona w historii Gruzji. A jest? Saga rodzinna z wstawkami o historii kraju przepisanymi całymi fragmentami z podręcznika do historii, nie wplecionymi w tekst, lecz zupełnie od niego odstającymi.
  2. Po ok. 300 stronach praktycznie niczego nie umiem powiedzieć o bohaterach – nie mają osobowości, nie mają indywidualnych cech, wiem o ich przeżyciach tak mało, że absolutnie mi na nich nie zależy – są postaciami z papieru, z którymi nie jestem w stanie się identyfikować.
  3. Akcja kręci się wokół łóżka. Nie ma tu niczego, co nie wiązałoby się z seksem, miłością, (również gwałtem), każda scena nieuchronnie zmierza do jednego finału. Taki harlekin w twardej okładce. Cała historia opowiadana jest przez pryzmat wyborów sercowo-łóżkowych.
  4. Przegięciem było to, że reakcja na śmierć (podobno najlepszej przyjaciółki) zmieściła się w dwóch zdaniach, po czym na kolejnych kilku stronach jedna z bohaterek znowu kotłowała się w łóżku. Taka to ambitna książka…

Miałam nadzieję, że „Ósme życie” będzie przypominać książki Kate Morton, niestety, okazuje się, że to zwykłe romansidło okraszone dużą ilością melodramatu.

Mowa o:

8zycie

W królestwie lodu, Hampton Sides

w-krolestwie-loduRebis, 2016

Liczba stron: 488

To jedna z takich książek, które czyta się z wypiekami na twarzy, od czasu do czasu opędzając od siebie myśl o tym, że autora poniosła fantazja, by po sekundzie uświadomić sobie, że to przecież nie jest fikcja, tylko reportaż historyczny. I jeśli kogoś poniosła fantazja, to nie jest autor, lecz Bóg, natura czy inna nieprzewidywalna siła, w którą wierzymy.

Książka opowiada o tragicznej w skutkach wyprawie amerykańskiego statku Jeanette na biegun północny. Zanim jednak dotrzemy do lipca 1879 roku, kiedy Jeanette opuściła port w San Francisco, dowiadujemy się jaki był wtedy stan wiedzy o warunkach na biegunie, jakie zdobycze technologiczne miały pomóc w dotarciu na miejsce i jak do tego doszło, że prywatny statek wypłynął pod wojskową banderą, dowodzony przez George’a De Longa. Ta część dotycząca przygotowań do wyprawy jest dość długa i szczegółowa, trochę się niecierpliwiłam, że jeszcze nie wypłynęli, lecz później doceniłam skrupulatność autora.

Sides przede wszystkim z powodzeniem pokazał osobowość De Longa, marzyciela zafascynowanego wyprawami polarnymi oraz jego sponsora, Gordona Bennetta, właściciela „New Heralda”. Doskonale opowiedział o wpływie na wyprawę największego kartografa tamtych czasów oraz przygotowanych przez niego map. Świetnie opisał nowinki technologiczne oraz dodatkowe rozkazy, które spowalniały podróż Jeannette. Jej przebieg natomiast jest oddany tak szczegółowo i ciekawie, że czytelnik przenosi się na skute lodem morze i wraz z załogą cierpi chłód, nudzi się, bawi, reperuje.

Książka powstała na podstawie relacji tych, którzy przeżyli, dzienników członków załogi i kapitana, listów pisanych przez żonę De Longa oraz dostępnej literatury. Nie jest to pozycja naukowa, lecz reportaż dla odbiorcy niekoniecznie będącego fachowcem w tej dziedzinie. Piszę o tym, żeby rozwiać wątpliwości osób, które obawiają się sięgać po tego typu literaturę – przez większość czasu czyta się ją bowiem jak najlepszą powieść przygodową, o heroizmie, przezwyciężaniu własnych słabości, walce z czasem i naturą. Polecam – czytajcie!