Rtęć, Amelie Nothomb

rtecMuza SA, 2001

Liczba stron: 149

Amelie Nothomb lubi zaglądać do duszy ludzkiej i w bardzo oszczędnej formie opowiadać historie o pożądaniu i władzy. „Rtęć”, opatrzona dwoma alternatywnymi zakończeniami, mówi o człowieku, który zapragnął zostać demiurgiem. Kapitan Loncours jest już osiemdziesięciolatkiem, uważany jest za zamożnego dziwaka. Mieszka w zamku na wyspie, rzadko pokazuje się w miasteczku, otacza go armia lojalnych służących.

Pewnego dnia Loncours wzywa na wyspę wykwalifikowaną pielęgniarkę. Okazuje się, że to nie on potrzebuje pomocy, lecz młoda kobieta podstępnie zwabiona i przetrzymywana przez niego w zamku. Pielęgniarka jest świadoma, że jej rozmowy z podopieczną są podsłuchiwane, jednak nie rezygnuje z prób udzielenia jej pomocy i wyjaśnienia sytuacji, w jakiej się znalazła.

Pożądanie i władza rządzą światem. Na pewno rządzą Loncoursem, który tak skonstruował świat wokół siebie, by przez nikogo niepodejrzewany móc dawać ujście pożądaniu do kilkadziesiąt lat młodszej kobiety, a jednocześnie w okrutny sposób zawładnąć jej życiem. On swoje okrucieństwo nieustannie usprawiedliwia, twierdząc, że jego miłość i uwielbienie mogą kobiecie zastąpić cały świat, świat, który mógłby ją skrzywdzić, wykorzystać, zawieść jej nadzieje. Sama uwięziona zdaje się potwierdzać jego zdanie, chociaż cały czas nie wie o sobie jednej, ważnej rzeczy.

Odbiór książki popsuł mi opis okładkowy – za dużo w nim powiedziano, odebrano mi efekt zaskoczenia, a jednocześnie moje czytanie zostało ukierunkowane. Ponadto, odnoszę wrażenie, że wyrosłam z Nothomb – ta historia jest tak powierzchowna, tak naiwna, dialogi tak sztuczne, że miałam problem, by przeczytać te niespełna 150 stron do końca. Jedyne, co ją ratuje to dwa zakończenia, ale to za mało, żebym mogła kogoś namawiać do lektury.