W Dolinie Królów. Howard Carter i odkrycie grobowca Tutanchamona, Daniel Meyerson

w-dolinie-krolowPrószyński i S-ka, 2015

Liczba stron: 304

Tłumaczenie: Magda Witkowska

Zupełnie nie wiem skąd się u mnie bierze zainteresowanie pewnymi sprawami. Przychodzi znikąd i prowadzi mnie przez rzadko  odwiedzane zakamarki mojej biblioteczki. Tak było z historią odkrycia grobowca Tutanchamona. To przypadek, że akurat miałam tę książkę, bo zadowoliłaby mnie jakakolwiek opowieść o odkryciach archeologicznych w Egipcie.

Daniel Meyerson opowiada przede wszystkim o Carterze, a nie o jego odkryciu. Ten sławny archeolog bez wykształcenia nie miał łatwo. Zmuszony sytuacją finansową wyjechał na pierwsze wykopaliska jako nastolatek i zajmował się tam dokumentacją znalezisk. Najpierw je malował, następnie dostawał coraz bardziej odpowiedzialne zajęcia, w końcu sam zaczął szukać stanowisk do badań. Jako człowiek bez odpowiedniego pochodzenia wszędzie miał pod górkę, musiał pracować dla innych i nie był traktowany poważnie. Sytuację pogarszały jego maniery – grubiańskie zachowanie i język. Na swojej drodze napotkał ludzi, którzy pomogli mu w nauce wszystkiego, co niezbędne do prowadzenia prac archeologicznych, a także umożliwili wieloletnią działalność w Dolinie Królów, która już na początku XX wieku uważana była za całkowicie wyeksploatowaną. Carter udowodnił, że jest inaczej.

Mimo że książkę czyta się dobrze mimo braku wiedzy o starożytnym Egipcie, to po lekturze byłam trochę rozczarowana. Liczyłam bowiem, że autor skupi się na odkryciu grobowca Tutanchamona, opisze zgromadzone tam skarby, ich znaczenie, miejsce, do którego trafiły po wydobyciu spod ziemi, kontrowersje związane z prawną stroną przedsięwzięcia, procesy toczące się o prawa własności do skarbów itp. Owszem, autor o tym wspomina, ale tylko po łebkach i na marginesie. Tak jakby koniecznie już chciał zakończyć tę książkę. W ten sposób jedno z największych odkryć archeologicznych XX wieku zostało sprowadzone na punktu w życiorysie Howarda Cartera.

Nie odradzam lektury, ale radziłabym zrewidować swoje oczekiwania – to bardziej książka biograficzna o Howardzie Carterze niż opowieść o odnalezieniu grobowca Tutanchamona.

Na pierwszy rzut oka, Gregoire Delacourt

na-pierwszy-rzut-okaDrzewo Babel, 2017

Liczba stron: 192

Tłumaczenie: Angelina Waśko-Bongiraud

Co jako pierwsze rzuca się w oczy, gdy spojrzycie na okładkę? Stanik zapewne. Przez ten element wydaje się, że powieść będzie miała błahą, frywolną treść. Drugi rzut oka i co widzimy. Strasznie smutną twarz. Coś tu nie pasuje, prawda? A jednak zapewniam Was, że grafik zrobił dobrą robotę – ta powieść jest właśnie taka, jak sugeruje okładka. Czyta się lekko, ale pozostaje po niej wielki smutek.

Arthur Dreyfuss jest dwudziestoletnim mechanikiem samochodowym, mieszka samotnie w małym domku. Prowadzi proste życie, z którego jest bardzo zadowolony. Pewnego dnia w jego drzwiach staje Scarlett Johansson, która… odzywa się do niego po francusku. Arthur nie może oderwać od niej oczu, które stanowczo zbyt często wędrują ku dekoltowi znanej aktorki. Ale czy to na pewno ona? Arthur wpuszcza nieznajomą (znajomą?) do domu. Przed nimi sześć najbardziej niezwykłych dni i nocy. Niezwykłych przez to, że są zwykłe, spędzone na rozmowach, gotowaniu, oglądaniu telewizji, wspólnym byciu razem. Ta sielanka nie może jednak trwać zbyt długo.

To nie jest zwykła historia miłosna. To historia o dwojgu młodych ludzi poturbowanych przez życie. On dorastał w cieniu tragedii, jaka dotknęła jego rodzinę i stopniowo wykończyła wszystkich jego bliskich. Ona nosi piętno bycia podobną do kogoś bardzo znanego. Nikt nie traktuje jej poważnie, dziewczyna powoli zaczyna wątpić w to, że ona jako ona  coś znaczy. W opisie książki znalazłam uroczy fragment podsumowujący ich spotkanie: „On ma dwadzieścia lat i jest mechanikiem. Ona ma dwadzieścia sześć lat i potrzebuje naprawy…” I o tej naprawie jest ta powieść.

Nie obawiajcie się, to nie jest romansidło. To literatura środka, która być może za bardzo epatuje ludzką tragedią, lecz stara się ją zrównoważyć delikatnym humorem. Warto przeczytać!

Na marginesie dodam jeszcze, że autor miał duże kłopoty związane z wykorzystaniem imienia i nazwiska znanej aktorki. Sprawa skończyła się w sądzie, gdzie Johansson wywalczyła zaledwie 2500 euro zadośćuczynienia, choć żądała sumy 50 tysięcy. Proces sprawił, że książka przez długi czas była szeroko omawiana we francuskich mediach.

Petr Sabach – Masłem do dołu i Podróże konika morskiego

maslem-do-doluMasłem do dołu

Wydawnictwo Afera, 2013

Liczba stron: 210

Tłumaczenie: Julia Różewicz

Kolejna urocza książka czeskiego pisarza. Tym razem główny bohater jest emerytowanym bibliotekarzem. Po rozwodzie zabrał swoje książki i ulokował je w mieszkanku, które wynajmuje od swojego najlepszego kumpla. Lokal mieści się na parterze, więc narrator nazywa go antykwariatem, choć chyba jeszcze nie sprzedał ani jednego tomu. Jak w poprzednich powieściach i tutaj znajdziemy wiele dygresji i opowieści o zabawnych przygodach. Przy niektórych z nich nie da się zachować powagi, jak choćby w tej gdy panowie chcą wrócić pociągiem ze wsi, ale brakuje im pieniędzy na jeden bilet. Jednak najważniejsza historia w tomie związana z wypadkiem wnuka jest i poważna i niesamowicie zakręcona zarazem. Pośród dygresji i opowieści znajdziemy również miejsce na zadumę związaną z powolnym odchodzeniem i pogodzeniem się ze światem.

podroze-konika-morskiegoPodróże konika morskiego

Wydawnictwo Afera, 2012

Liczba stron: 156

Tłumaczenie: Julia Róźewicz

Nie ukrywam, że jestem zawiedziona. Temat jest fantastyczny – dwudziestopięcioletni ojciec zostaje w domu z kilkulatkiem, podczas gdy jego żona wraca do pracy. Stąd tytułowy konik morski – osobniki męskie tego gatunku sprawują opiekę nad młodymi, a panie konikowe w tym czasie zajmują się swoimi sprawami. Opieka nad synem wydaje się prosta, lecz wkrótce młodego ojca zaczyna zabijać rutyna. Jego samopoczucia nie poprawia fakt, iż czuje się mało potrzebny, przezroczysty dla kobiet i niespełniony. Jego perypetie jednak są mało śmieszne. W opowieści więcej jest tragizmu, rozpaczy niż humoru. To nie to, czego się spodziewałam, chociaż, jak wyczytałam, ta historia jest w pewnym stopniu odzwierciedleniem pewnego okresu z biografii samego Sabacha. Polecam tylko tym, których interesuje taka tematyka.

Po zapadnięciu nocy, Fred Vargas

po-zapadnieciu-nocySonia Draga, 2016

Liczba stron: 408

Tłumaczenie: Bożena Sęk

Cały czas zastanawiam się, dlaczego Fred Vargas nie jest w Polsce równie rozpoznawalna jak Nesbo czy Mankell. Jej kryminały to klasa sama w sobie i ja niezmiennie namawiam Was do ich lektury. Widzę co prawda jeden problem. Mimo że z doświadczenia wiem, iż mam przed sobą dobrą historię, to bardzo trudno przebrnąć mi przez pierwsze rozdziały. Trzeba odrobinę samozaparcia, żeby wgryźć się w treść, a potem dużo silnej woli, żeby odłożyć książkę przed końcem, jeśli zajdzie taka potrzeba.

Adamsberg nie wygląda na komisarza policji kryminalnej, ubiera się bardzo swobodnie, rzadko siedzi za biurkiem, bo najlepiej myśli mu się, gdy jest w ruchu. W godzinach pracy i poza nią chodzi po Paryżu i rozmyśla. Wierzy w intuicję i nie odrzuca żadnych hipotez. Tuż przed wyjazdem kryminalnych na szkolenie do kanadyjskiego Quebecu Adamsberg przeglądając gazetę znajduje opis zbrodni, która przypomina mu o seryjnym mordercy, którego nie zdołał ująć. Najdziwniejsze jest to, że mężczyzna, którego podejrzewał o morderstwa, od wielu lat jest martwy, a komisarz osobiście był na jego pogrzebie. Jednak ofiara, sposób zabójstwa oraz wszystko inne wskazują na tego, a nie innego sprawcę. Czy ktokolwiek uwierzy komisarzowi, gdy ten przyzna, że podejrzany nie żyje od kilkunastu lat? Wyjazd do Kanady ma pomóc Adamsbergowi, przewietrzyć umysł, zmienia się jednak w prawdziwą katastrofę.

Nie wiadomo na jakiej zasadzie morderca wybiera ofiary. Pewne jest (przynajmniej dla Adamsberga), że okrutnik zabija swoje ofiary trójzębem i podstawia w miejscu zbrodni pijanych w sztok meneli jako najbardziej prawdopodobnych podejrzanych. Jak udowodnić mu zbrodnie, skoro od lat pozostaje nieuchwytny?

W tej książce mamy szybką, zaskakującą, pełną zwrotów akcję. To, co z początku wydaje się nieprawdopodobne i wymyślone przez bujną wyobraźnię komisarza, z biegiem czasu okazuje się całkiem realne, chociaż przerażające. Jest tu też zaskakująco spora dawka humoru – w dużej mierze oparta na dowcipie słownym bazującym na różnicach pomiędzy francuskim kanadyjskim, a francuskim, jakim posługują się paryżanie. Tłumaczce świetnie udało się wyłapać dowcip, a kwestie Kanadyjczyków są naprawdę zabawne. To kryminał, który zaskakuje nietuzinkowymi postaciami, zagmatwaną akcją, rozwiązaniami fabularnymi. Zaręczam, że gdy już przebrniecie przez pierwsze kilka rozdziałów, przepadniecie z kretesem, a Fred Vargas może stać się jedną z waszych ulubionych autorek.

Busola, Mathias Enard

busolaWydawnictwo Literackie, 2017

Liczba stron: 512

Tłumaczenie: Magdalena Kamińska-Maurugeon

Ta książka została uhonorowana Nagrodą Goncourtów i nominowana do Nagrody Bookera. Ponieważ te nagrody są dla mnie wyznacznikami dobrej literatury, bardzo ucieszyłam się z polskiego wydania „Busoli” i zaczęłam czytać jak tylko książka do mnie dotarła. Lektura zajęła mi sporo czasu. Okazało się bowiem, że to gęsta, duszna proza, naszpikowana znaczeniami, bardzo erudycyjna i skupiająca się na tematyce, o której wiem bardzo niewiele.

Cała akcja tej grubej książki zamyka się w ciągu jednej nocy. Naukowiec badający wpływy różnych kultur na muzykę poważną cierpi na poważną, nieuleczalną, nienazwaną w powieści chorobę. Ta wiąże się z bezsennością. Podczas nieprzespanej nocy mężczyzna wspomina kobietę, z którą połączył go przelotny romans i długoletnia przyjaźń. Z tą nieprzemijającą miłością ściśle związane są podróże na wschód i badania naukowe prowadzone przez nią i przez niego. Jej zainteresowania skupiały się na wierzeniach, przesądach, magii oraz silnych kobietach związanych z krajami arabskimi. On natomiast skupiał się na wpływie muzyki tych rejonów na kompozytorów europejskich. Najbardziej jednak skupiał się na niej, czego ona nie chciała zauważyć. A może tak było jej wygodniej.

Ta książka obfituje w liczne odniesienia do literatury, sztuki, muzyki, skrzy od wydobytych na światło dzienne ciekawostek związanych z wąskimi specjalizacjami dwojga książkowych naukowców. W zasadzie składa się z dygresji. Trudno bowiem mówić tu o wątkach czy akcji – wspomnienia głównego bohatera meandrują, schodzą na boczne ścieżki, lecz zawsze kierują się na wschód – tak jak tytułowa busola, której wskazówka zawsze wyznaczała ten kierunek.

To książka o sztuce i o miłości. Nie liczcie jednak na sceny miłosne, to miłość w dużej mierze platoniczna i jednostronna. Mężczyzna nie ma w sobie żadnych cech macho czy innego łamacza damskich serc. To raczej nieudacznik, fajtłapa, z pewnością introwertyk, który rzadko bierze sprawy w swoje ręce, wszystko przeżywa mocno i namiętnie, ale jedynie w samotności, bo na zewnątrz nie okazuje swoich uczuć. Trochę mnie męczył tą swoją miłością do kobiety, która traktowała go co najwyżej jak przyjaciela, choć i co do tego mam wątpliwości.

Przeczytanie tej książki wymagało ode mnie trochę silnej woli i samodyscypliny. Nie wiem, ile mi z niej zostanie na dłużej. Nie mam jednak wątpliwości, że powieść ta spodoba się tym, których fascynuje kultura arabska lub muzyka poważna. Znajdziecie w niej o wiele więcej niż ja.