Dwa skandynawskie kryminały

zlo-budzi-sie-wiosnaZło budzi się wiosną, Mons Kallentoft

Rebis, 2012

Liczba stron: 448

Tłumaczenie: Inga Sawicka

Kalletoft będzie niedługo w Polsce, więc wróciłam do cyklu z porami roku. W tej odsłonie serii z Malin Fors dochodzi do potwornej zbrodni. W pobliżu bankomatu wybucha bomba. W wyniku eksplozji giną dwie małe dziewczynki, a ich mama ponosi bardzo poważne obrażenia. Początkowo wszyscy zakładają, że to atak terrorystów, prawda okazuje się bardziej przerażająca. Kallentoft ma specyficzny, pełen dygresji, styl i jeśli się go nie lubi, to nie warto brnąć w całą długą serię. Mnie to nie przeszkadza. W tej części jednak nie podobało mi się zakończenie – jakbym oglądała niskobudżetowy film sensacyjny – wybuchy, dzikie zwierzęta, deszczowa noc, odludna wyspa, groch z kapustą udekorowany bitą śmietaną. Dopóki nie doszło do sceny finałowej, czytało się dobrze i nawet ona nie zniechęciła mnie do kolejnych książek autora.

szumowinySzumowiny, Jorn Lier Horst

Smak Słowa, 2016

Liczba stron: 336

Tłumaczenie: Milena Skoczko

Jakoś umknął mi ten szósty tom serii, gdy ukazał się w księgarniach, dlatego sięgnęłam po niego dopiero niedawno. Horst działa na mnie lepiej niż kawa i sprawia, że zarywam noce. Tym razem było podobnie. Zagadka, którą wyjaśnia Wisting okazała się cholernie skomplikowana. Morze zaczęło wyrzucać obute stopy bez reszty ciała. Identyfikacja szczątków początkowo niewiele pomogła, a nawet jeszcze bardziej skomplikowało sprawę. Gdzieś tam w tle mamy zabójstwo policjanta, morderców wypuszczonych na wolność po odbyciu kary więzienia, skok na bank i tajną organizację. Na szczęście ta mieszanka okazuje się strawna i bardzo ciekawa. Jak zwykle polecam bez zbędnego gadania.

Obie opisane książki można czytać poza serią.

Pypcie na języku, Michał Rusinek

pypcie-na-jezykuAgora, 2017

Liczba stron: 208

Nie, to nie jest podręcznik dla początkujących laryngologów. Pypcie, o których mowa w książce, to wyłapane w przestrzeni publicznej i w mediach niepoprawne wyrażenia lub zdania. Czasem  razi styl, czasem kontekst, czasem wszystko od początku do końca. Język polski do najłatwiejszych nie należy, więc łatwo go pokaleczyć.

Michał Rusinek od lat tropi różne łamańce językowe. Wiele z nich śmieszy i straszy, jak chociażby to ogłoszenie: „Znaleziono psa. Wiadomość w smażalni”. Trudno się nie uśmiechnąć, po to, by po chwili zatroskać się losem zbłąkanego zwierzęcia. Powszechnie znana jest również treść zawiadomienia z publicznej toalety, w którym dowiadujemy się, że „Toaleta nieczynna. Prosimy załatwiać się na własną rękę”. Takich kwiatków znajdziemy w tej książce znacznie więcej.

Autor czujny jest przez cały czas. Wpadają mu w oko różne „przegięcia” w hotelach i restauracjach. Poetyckie opisy dań w menu wcale nie zachęcają go do jedzenia, wręcz przeciwnie, odbierają apetyt, bo jakże tak zjadać „przykryty pierzynką” kawałek mięsa i pozbawiać go wygody i ciepła. Śledzi również wypowiedzi polityków i właściwą dla nich stylizację językową – bardzo ciekawy felieton powstał w przeddzień wyborów prezydenckich.

To książka lekka w odbiorze, śmieszna, choć niepozbawiona myśli przewodniej – pomyśl, zanim napiszesz, daj komuś do sprawdzenia, jeśli sam nie masz wyczucia językowego. Nie wiem, czy świat byłby lepszy, gdyby nie powstawały potworki językowe. Na pewno byłby mniej zabawny. Polecam!

Uwaga: Felietony z tej książki były wcześniej publikowane w prasie.