Zdarzyło się, Włodzimierz Kalicki

Agora, 2014

Liczba stron: 1104

Tę książkę czytałam cały rok. Nie dlatego, że jest bardzo długa, tylko ze względu na jej treść, formę i układ. Włodzimierz Kalicki przez lata publikował w Gazecie Wyborczej artykuły o wydarzeniach, które miały miejsce w przeszłości danego dnia roku. Ostatecznie, w jego głowie zrodził się pomysł, żeby napisać książkę, w której zamieści felieton/reportaż historyczny na każdy dzień roku. W ten sposób skaczemy po historii nieco chaotycznie, ale dzięki temu czytamy o ciekawych wydarzeniach z dziedziny wojskowości, polityki, kryminalistyki, marynistyki i wielu innych. Wiek XX może tu sąsiadować z czasami faraonów. I jeśli rzeczywiście będziecie czytać po jednym felietonie na dzień, to nie zrobi wam to żadnej różnicy, bo liczy się opowiedziana historia.

Mnie nie udawało się zatrzymać na jednym. Zazwyczaj czytałam 4-5 reportaży, żeby w kolejnym tygodniu znowu wrócić do książki. Z dniami mi nie wyszło, ale z miesiącami trzymałam się dzielnie. Nigdy nie wykraczałam poza dany miesiąc dopóki się nie skończył. Z 366 felietonów tylko kilka uznałam za słabe. Nieco irytowało mnie to, że autor postanowił trzymać się cezury jednego dnia, czyli często nie dowiadywałam się, jak zakończyła się dana sprawa – czy przestępca został złapany i ukarany, jak potoczyły się losy opisanych ludzi. Oczywiście w przypadku ważnych wydarzeń historycznych nie było potrzeby dalszych wyjaśnień, lecz w kilka razy mi tego brakowało. Widać też zamiłowanie autora do bitew na morzu. Wcześniej powiedziałabym, że to mnie nie interesuje, ale okazało się, że w wykonaniu W. Kalickiego marynistyka jest barwna i ciekawa.

Spieszyłam się, żeby napisać o tej książce na zakończenie roku, by dać Wam czas na zakup ebooka i rozpoczęcie przygody o 1 stycznia. W papierze to książka stacjonarna – 1000 stron raczej nie zabierzecie na wakacje lub do autobusu, a pamiętajcie, że będziecie ją czytać przez całe 12 miesięcy. Kto podejmuje wyzwanie?

Dwie niedoczytane książki

Rzadko porzucam książki. Najczęściej dlatego, że wiem, co mi się podoba, więc nie sięgam po przesłodzone powieści, omijam okładki z twarzą kobiety itp. Czasem jednak zwiedzie mnie opis, okładka, polecenie –  jeśli jesteście ciekawi, na co się nacięłam, wpisy o niedokończonych książkach znajdziecie w tym miejscu (KLIK).

 Dwie książki, o których napiszę, wiszą mi na sumieniu, bo wiąże się z nimi zupełnie inna historia. Okładki – w porządku, opisy – zachęcające, co więcej, nawet treść bardzo ciekawa, a jednak od kilku miesięcy nie mogę się zmusić, żeby do nich wrócić. W związku z tym, że zaraz koniec roku, sprzątam niedobitki z półek.

„Zwierzęcy punkt widzenia” Erica Barataya to bardzo dobra książka. Świetnie napisana, przemyślana, udokumentowana przypisami. Opowiada o relacjach zwierząt i ludzi na przestrzeni dziejów. Pierwsze rozdziały jeszcze jakoś zniosłam – udomawianie zwierząt, próby hodowli bydła odpowiadającego wyobrażeniom człowieka oraz sprowadzanie zwierząt hodowlanych do funkcji maszynek zarabiających na swojego właściciela. Zaczęłam wymiękać przy koniach w kopalniach i na ulicach. Nie wiem, co jest dalej i nie chcę wiedzieć. Czytanie o okrucieństwie wobec zwierząt jest dla mnie zbyt wyczerpujące. Nie dam rady. Ale jeśli interesuje Was ta tematyka i jesteście w stanie przyjąć tyle cierpienia, polecam z czystym sumieniem.

„Nur. Zapiski afgańskie” to książka jakby stworzona dla mnie. Napisana przez Monikę Bułaj, fotografkę, która samotnie udała się do Afganistanu po to, by tam być, rozmawiać, dzielić z tubylcami ich troski i radości, poznać kulturę, doświadczyć bólu skrzywdzonych i podziwiać piękno natury. Bogato ilustrowana fotografiami książka w pierwszej chwili mnie zachwyciła. Mój entuzjazm opadł, gdy obejrzałam zdjęcia i zaczęłam czytać. To nie jest ani reportaż, ani esej, ani wspomnienia. Tekst składa się w większości z równoważników zadań i jest po prostu niezrozumiały. Autorka próbuje nadać mu rys liryczny, ale poetyckość zupełnie tu nie pasuje. Brnęłam przez kilkadziesiąt stron, zrobiłam kilka podejść, ale nie! Nadęte frazy pożerają treść. Nie umiem powiedzieć, o czym przeczytałam.

Żebro Adama, Antonio Manzini

Muza SA, 2017

Liczba stron: 288

Tłumaczenie: Paweł Bravo

Rocco Schiavone serdecznie nie cierpi miejsca swojego wygnania. Tęskni za ciepłym Rzymem, gdy wyrzuca do śmieci kolejną parę przemoczonych w śniegu półbutów. Ma jednak świadomość, że trudno mu się będzie odnaleźć w jakimkolwiek miejscu. Lekiem na zły humor jak zawsze okazuje się praca. Zgłoszenie spanikowanej sprzątaczki okazuje się początkiem sprawy, która mocno wstrząśnie policjantem.

Splądrowane mieszkanie i powieszona kobieta. Samobójstwo czy morderstwo? Napad rabunkowy czy wyrafinowana zemsta? Od samego początku różne rzeczy się nie zgadzają. Najgorsze, że tak niewiele osób jest w stanie coś powiedzieć o ofierze. Kobieta nie pracowała, nie udzielała się towarzysko, dni spędzała w domu. Nawet sąsiedzi i pani sprzątająca nie umieją podać istotnych informacji. Mąż panikuje, ale który by nie panikował w takiej sytuacji?

Rocco jak zwykle oprócz bieżącego śledztwa ma na karku niezamknięte sprawy z przeszłości – przy okazji dowiadujemy się, dlaczego wypadł z obiegu w Rzymie. Chociaż jest zgryźliwy, denerwujący i czasem gwiazdorzy, okazuje się, że przyjaciele mogą na niego liczyć – zwłaszcza, gdy trzeba wymierzyć sprawiedliwość z pominięciem sądu.

Bardzo dobry kryminał, nieepatujący krwawymi opisami, lecz grający na uczuciach czytelnika i stawiający kwestie moralne na pierwszym miejscu. Tak jak lubię, skupia się na pracy śledczej, choć akurat tutaj śledztwo prowadzone jest z stylu dowolnym. Zagadka okazuje się bardziej skomplikowana niż wygląda, a rozwiązanie może zaskoczyć czytelnika. No chyba, że czytelnik spodziewa się jakiegoś zaskoczenia i sam snuje rozliczne teorie i przypadkiem wpadnie na to samo, co serwuje nam autor. Manzini po drugiej powieści trafia na listę ulubionych i sprawdzonych, a wygląda na to, że przed nami jeszcze kilka tomów.

Tom 1 – Czarna trasa

Afronauci. Z Zambii na Księżyc, Bartek Sabela

Wydawnictwo Czarne, 2017

Liczb stron: 216

Autor natknął się na fantastyczny temat. Temat-marzenie reportera.  W latach 60. Zambia przystąpiła do wyścigu gwiezdnego za sprawą człowieka, który wydawał się wizjonerem. Edward Mukuka Nkoloso rzucił wyzwanie Stanom Zjednoczonym, ZSRR oraz księżycowi. Jego kontrowersyjne wypowiedzi i działalność wzbudziły zainteresowanie świata i kilka krajów wysłało swoich dziennikarzy do Zambii, żeby pokazać postać Nkoloso. Autor tego reportażu postanowił znaleźć ludzi, którzy pamiętają jedynego wykładowcę Narodowej Akademii Nauki, Badań Kosmicznych i Filozofii. Liczył również na znalezienie śladów jego działalności w archiwach państwowych.

Zambijczycy zaskoczyli autora, który miał już spore doświadczenie w kontaktach z Afrykanami. W zasadzie nie otrzymał jednoznacznych odpowiedzi na swoje pytania. Najbardziej bowiem intrygowało go to, jak współcześni postrzegali Edwarda Nkoloso i jego akademię astronautów. Czy był traktowany poważnie, gdy w plastikowych beczkach przygotowywał swoich astronautów do lotu w kosmos? Czy ktokolwiek w kraju wierzył, że jeden człowiek wspomagany przez grupę nastolatków zbuduje rakietę? Czy sam Nkoloso wierzył w to, że mu się uda? Czy był zdrowy psychicznie? A może bawił się swoją rolą, pomysłami i zamieszaniem, jakie wywołał?

Mam wrażenie, że reporter miał nieco inne założenia, gdy zaczynał pisać książkę. Zapewne liczył na głębsze analizy, szczere rozmowy z osobami znającymi bohatera książki, dokumenty świadczące o tym, jak postrzegali go m.in. politycy i lokalni dziennikarze. Okazało się, że nie był w stanie dotrzeć do źródeł. Ostatecznie napisał książkę w dużej części o Zambii, historii kraju, tym, jak tam się obecnie żyje, jeden rozdział poświęcił państwowej uroczystości religijnej odbywającej się na zapełnionym stadionie. O samym Nkoloso dowiedział się niewiele. Nie znalazł słuchaczy jego uczelni. Syn okazał się mało wiarygodny źródłem informacji. W związku z czym oparł się w dużej części na istniejących materiałach dziennikarskich – filmach, wywiadach, reportażach z lat 60. i 70. , co ani o krok nie przybliżyło go do odpowiedzi na pytanie o to, kim był Edward Mukuka Nkoloso. Szkoda, bo temat jest fascynujący, ale wygląda na to, że nie da się już więcej  z niego wycisnąć. Mimo to, polecam tę książkę, chociażby dla opisów działalności Narodowej Akademii Nauki, Badań Kosmicznych i Filozofii.

To pierwsza książka, którą przeczytałam na Kindle korzystając z usługi abonamentowej Legimi. Super sprawa! Chcielibyście więcej poczytać jak się korzysta z abonamentu na Kindle?

Biała księga Kultu. Biała księga Kazika, Wiesław Weiss

Kilka tygodni temu na księgarnianych półkach pojawiły się dwie bardzo grube, bardzo ciężkie i bardzo ciekawe książki. Stoją w dziale biografii lub muzyki. I są zafoliowane. Jak wiecie z tytułu posta mowa o książkach wydawnictwa Kosmos Kosmos – Białej księdze Kultu i Białej księdze Kazika.

Takie wydawnictwa to marzenie każdego fana muzyki – przekrojowe, bogato ilustrowane zdjęciami z prywatnych archiwów muzyków, dogłębne, ukazujące idoli takimi, jakimi są. Od kilkunastu dni wertuję, przeglądam, czytam, tu akapit, tam rozdział. Pamiętając o Waszej entuzjastycznej reakcji, gdy pokazałam okładki w mediach społecznościowych, postanowiłam zabrać was w głąb książek i pokazać, co znajduje się pod folią, jako że w księgarni raczej nie sprawdzicie wnętrza książek. (I dobrze, nie chciałabym, żeby ktoś wymemłał egzemplarze, które mają trafić do klientów).

Po kliknięciu zdjęcia się powiększą.

W księdze Kazika jest płyta z utworami odnalezionymi – słuchaliśmy z przyjemnością. Niektóre kawałki bardzo nas śmieszyły.

Kazik mówi nie tylko o muzyce. Jedzenie też lubi!

Sporo jest o idolach i inspiracjach.

Także o kulturze szeroko pojętej – książkach, filmach.

Swoich płytach i ludziach, z którymi współpracował.

Także o nagraniach rozproszonych – kompozycjach i piosenkach wykorzystanych w filmach i telewizji.

Biała księga Kultu ma podtytuł, który mówi prawie wszystko. Prawie, bo to również opowieść o ludziach, którzy tworzyli te piosenki.

Obie książki to materiał na kilkutygodniowe czytanie i słuchanie – bo uwierzcie, nie da się czytać o piosenkach, nie wyciągając z półki odpowiednich płyt. Pomimo tego, że znam dorobek zespołu, to muszę wspierać się płytami, żeby jeszcze lepiej wniknąć w te księgi. Kult prawie od trzech dekad obecny na rynku ma bogatą historię i dyskografię, a także barwne opowieści, którymi dzieli się w książce. Kazik, bez którego Kultu by nie było, opowiada o sobie, swoim dzieciństwie, dorosłości, pomysłach na życie, inspiracjach, zainteresowaniach, rodzinie.  Tematów w obu książkach jest tak wiele, że nie sposób ich wymienić. Samo oglądanie obrazków, zajmie pół dnia!

Mam wiele różnych biografii artystów w domu. Na ogół czegoś mi w nich brakuje, po przeczytaniu zostaje niedosyt. A te dwie książki w stu procentach spełniają moje oczekiwania, pod względem estetycznym i merytorycznym. Must-have dla każdego fana!

Biała księga. Kazik – Wiesław Weiss

liczba stron: 450

Biała księga. Kult – Wiesław Weiss

liczba stron: 608