Powiększenie, Andrew Mayne

WAB, 2019

Liczba stron: 384

Tłumaczenie: Jacek Żuławnik

Doktor Theo Cray wrócił! Po spektakularnym zatrzymaniu seryjnego mordercy, stróże prawa w końcu uznali słuszność jego naukowych teorii i został zwerbowany do pomocy agencjom rządowym. Ta praca jednak jest dla niego wątpliwa moralnie, niezbyt fascynująca pod względem

rozwoju osobistego. Jednak nadal nie chce się angażować w inne zadania, mimo że zgłaszają się do niego krewni osób zaginionych w nadziei, że pomoże w odnalezieniu bliskich. Wszystkie takie oferty odrzuca, do czasu aż… jego rozgoryczenie na obecną pracę sięga zenitu. Gdy więc pojawia się czarnoskóry ojciec szukający syna, który 10 lat wcześniej zaginął w drodze do szkoły, Theo z pewnych względów uznaje, że warto przyjrzeć się tej sprawie.

Theo wyrusza na poszukiwanie dowodów. Zastanawia się, czy po tylu latach cokolwiek uda mu się znaleźć. Szybko odkrywa, że policja zamiotła sprawę pod dywan, jak zwykła to robić w przypadku biednych, dysfunkcyjnych rodzin i zaniedbanych dzieci. Szybko odkrywa, że w okolicy zaginęło więcej chłopców w podobnym wieku i do tej pory nikt nie odnalazł ani ciał, ani żywych dzieci. Dość długo nie umie połączyć faktów, sprawy zaczynają się klarować dopiero spotkaniu z młodym człowiekiem odsiadującym wyrok w więzieniu. To on naprowadza Craya na trop. Jego odkrycia okażą się makabryczne, a by ich dokonać musi wykorzystać swoją wiedzę o biologii, intuicję oraz osławiony program komputerowy.

Jeśli podobał wam się „Naturalista”, druga książka na pewno nie zawiedzie Waszych oczekiwań. Sprawa, którą bada Theo Cray jest bardzo emocjonująca, chwilami drastyczna, pełna zagadek, pułapek i wątków, które do niczego nie prowadzą. Chwilami akcja trochę przysiada, ale przez większość czasu jest emocjonująco, o tym, jak bardzo może świadczyć to, że te kilkaset stron przeczytałam w dwa wieczory i czułam niedosyt. Jak zwykle zachwyciły mnie naukowe metody Theo Craya, jego umiejętność kojarzenia faktów, wiedza i odwaga. Jestem jego fanką i czekam na kolejne części serii.

O Nagrodzie Literackiej im. Marka Nowakowskiego, nagrodzonej książce i moich perypetiach

Początek kwietnia spędziłam w Warszawie, ponieważ na zaproszenie dyrektora Biblioteki Narodowej uczestniczyłam w gali przyznania Nagrody Literackiej im. Marka Nowakowskiego. Nie byłabym sobą, gdybym dotarła na uroczystość bez przeszkód. W drodze do Pałacu Krasińskich zatrzasnęłam się na nieznanym podwórku, a gdy udało mi się uwolnić, zostało mi niewiele czasu na dotarcie na miejsce. Na szczęście buty na obcasie miałam w torebce, a na nogach adidasy. Pozdrawiam pana, który z zaciekawieniem przyglądał się, jak przed wejściem zmieniam obuwie i zmieniam się w elegancką panią. Gdyby tę scenę widział Marek Nowakowski, być może trafiłabym do jednego z jego opowiadań.

Dalsza część wieczoru przebiegła bez przygód i według ustalonego scenariusza. Nagrodę Literacką im. Marka Nowakowskiego w tym roku wręczono po raz trzeci. Została ustanowiona w 2017 roku przez Bibliotekę Narodową i przyznawana jest za „opowiadanie lub cykl opowiadań charakteryzujących się niekonwencjonalnością sądów, odwagą i precyzją myśli oraz pięknem słowa”. Pierwszym laureatem był Wojciech Chmielewski, w 2018 roku statuetkę odebrał Paweł Sołtys za zbiór „Mikrotyki”.

Do ostatniej chwili goście zgromadzeni w Pałacu Krasińskich nie znali nazwiska trzeciego laureata. Uroczystość rozpoczęła się od odczytania listów gratulacyjnych oraz przybliżenia sylwetki patrona nagrody. Marek Nowakowski pisał głównie krótkie formy, zajmował się obszarami często pomijanymi w literaturze, ludźmi z marginesu, skłóconymi z prawem. Dbał o zwięzłość wypowiedzi i precyzję słów, skupiał swoje zainteresowanie na Warszawie, którą obserwował przez dziesięciolecia. Stąd motto nagrody „Nie jesteśmy znikąd”.

Następnie w obecności gości, w tym żony Marka Nowakowskiego, pani Jolanty Nowakowskiej, Dyrektor Biblioteki Narodowej ogłosił nazwisko zwycięzcy, którym w 2019 roku został Rafał Wojasiński za książkę „Olanda” (Wydawnictwo Nisza). W laudacji odczytanej przez przewodniczącego kapituły pana Macieja Urbanowskiego wyjaśniono, iż nagroda trafia w ręce Wojasińskiego „za maestrię w opanowaniu rozmaitych odmian nowelistyki, świetne operowanie językiem, (…) konsekwencję, z jaką od wielu lat portretuje współczesnych biednych ludzi, skrzywdzonych i poniżonych, czyniąc to w sposób subtelny i pogłębiony”.

Sam autor powiedział, że wiele zawdzięcza samemu Nowakowskiemu, po czym odniósł się do potrzeby wewnętrznej niezależności i wolności. „Wolność jest możliwa tylko wtedy, jak się za nią zapłaci. A płaci się błędami”.

A co ja myślę o książce? Nie znałam jej przed uroczystością, lecz  przeczytałam egzemplarz otrzymany po gali. Tytułowa Olanda to przyjaciółka, kochanka jednego z bohaterów tomiku, Marka. Kobieta cierpliwie słuchająca jego wynurzeń i przemyśleń. Ważna, choć niezabierająca głosu bohaterka, o której Marek mówi: „tyle mam z życia, ile ciebie mam”. A o czym mówi Marek? O tym, by zachwycać się drobiazgami, by samodzielnie myśleć i oceniać, by skupiać się na tym, co ważne, co bliskie, co daje radość. Jako że nie wszystko na świecie jest dobre: „W człowieku nie ma nic bardzo wysokiego. I to rodzi nadzieję. Wyższe cele mogą zaszkodzić. Bo jak się wie coś lepszego, a nie daj Boże sprawczego, to trzeba zaraz zmuszać innych do takiego myślenia. Trzeba nawet zabijać innych, żeby ich przekonać do prawdy. Wszystko po to, żeby rządzić, przemawiać, głosić mądrości (…)”.

Bohaterowie Wojasińskiego to ludzie pogodzeni z przemijaniem, postrzegający człowieka jako jeden z gatunków na ziemi, który odniósł pozorny sukces, skromni, niewymagający wiele dla siebie, bo zadowala ich coś tak prostego, jak zapach rosołu, rosnąca trawa. Wiedzą bowiem, że władzy i pieniędzy do grobu nie da się zabrać. Bardzo ich lubię, są na wskroś ludzcy, chętnie przysiadłabym się do nich w barze i porozmawiała o życiu. Bo o życiu jest ta książka, o sprawach, które większość z nas sobie uświadamia, ale w życiowym galopie spycha na margines. Bardzo mi było potrzeba takiego oddechu i chwili refleksji nad lekturą. Gdyby nie ta nagroda, mogłabym się rozminąć z „Olandą”, a to byłaby wielka szkoda.

Wydawnictwo Nisza, 2018

Toksyczność, Jarosław Czechowicz

Prószyński i S-ka, 2019

Liczba stron: 256

Z czym kojarzy mi się tytuł? Z toksyną, która podstępnie zatruwa organizm, sączy się, ogarnia coraz większy obszar. A jeśli toksyczność dotyczy rodziny? Jeśli jej źródłem jest ten, kto powinien dbać o dobrostan swoich bliskich?

Janina pochodzi z wiejskiej, niezamożnej rodziny, jest najstarszą siostrą. Rodzina jest uboga w dobra materialne i uczucia. Znienawidzony przez nią ojciec dużo pije i dopuszcza się przemocy fizycznej i psychicznej wobec bliskich. Gdy w tragicznym wypadku umiera matka, Janina opuszcza dom i zaczyna życie na własny rachunek. Wyrywa się z przemocowego domu, znajduje dobrą pracę, dokształca się i wiedzie jej się coraz lepiej. Wszystko zaczyna się układać, wychodzi za mąż, rodzi dziecko, ale… wciąż czuje, że czegoś jej brakuje w życiu. Stabilizacja jest dla niej stagnacją, wobec czego marazm próbuje zabić w jedyny znany sobie sposób – imprezując i pijąc coraz więcej. Picie szybko wymyka jej się spod kontroli. Jak to możliwe, że w ciągu kilku lat zmieniła się na podobieństwo swojego ojca? Jak może spojrzeć sobie w twarz? Jak pogodzić ideały z chorobą alkoholową? Jak zająć się rodziną, kiedy ciągi alkoholowe są coraz dłuższe? Jak spojrzeć w oczy dzieciom, które całymi dniami pozostawione są bez opieki?

Pierwszoosobowa relacja skupia się na punkcie widzenia Janiny. Zaglądamy do jej głowy, widzimy pokrętne motywacje i próby wytłumaczenia swojego zachowania. Jesteśmy świadkami różnych wydarzeń w jej życiu, upodlenia i odbicia się od dna, nienawiści, pogardy, ambiwalentnych uczuć w stosunku do swojego starszego dziecka, przelotnych i stałych związków, a przede wszystkim ciągów alkoholowych.

To strasznie trudna lektura. Przede wszystkim boli krzywda dzieci, ale również upadek Janiny, której od początku bardzo kibicujemy w próbach wyrwania się z toksycznego środowiska. Serce boli, gdy zalicza upadek za upadkiem. Po niedługim czasie współczucie przeradza się w złość na nią. Trudno pogodzić się z zaniedbaniem dzieci, piciem w ciąży, bezsensownymi, absurdalnymi decyzjami. W zasadzie niemal do końca nie miałam cierpliwości i empatii w stosunku do tej toksycznej kobiety.

Przez długi czas brakowało mi spojrzenia z boku na tę rodzinę, opinii kogoś, kto pozostaje poza marginesem. Dopiero pod koniec autor dopuścił do głosu dzieci Janiny i jej koleżankę, co pomogło spojrzeć na wydarzenia opisane w książce z nieco innej perspektywy. Ich głosy nie wnoszą zbyt wielu informacji, dowiadujemy się jednak, co o matce sądzą dorosłe już dzieci, jak naznaczyło ich dzieciństwo z niewydolną wychowawczo matką. I czy toksyna nadal drąży tę rodzinę.

To niezwykle poruszająca, trudna w odbiorze książka. Nie ze względu na język i styl, bo ten jest prosty, opowieść snuta jest przez prostą kobietę, lecz przez drastyczne treści, sceny, z których nie można się otrząsnąć, brud, który na nas zostaje. Jednocześnie, jest to książka ważna. Nie wiem bowiem, czy istnieje w Polsce jakaś rodzina, w której nie ma czynnego lub biernego alkoholika. Warto zajrzeć pod zewnętrzną warstwę problemu, dotrzeć do toksyny drążącej najbliższych osoby uzależnionej. Najstraszniejsze jest jednak to, że została zainspirowana faktami z życia autora. Czytajcie! Koniecznie!