Doskonała symetria zostaje zakłócona – rozmowa z Marente de Moor autorką „Holenderskiej dziewczyny”

Marente de Moor jest holenderską pisarką i dziennikarką. Opublikowała dotychczas trzy powieści oraz dwa zbiory reportaży. Za „Holenderską dziewczynę”, która ukazała się w 2010 roku, otrzymała prestiżową nagrodę AKO Literatuurprijs oraz European Union Prize for Literature. Książka ta sprzedała się w samej Holandii w nakładzie ok. 70 tysięcy egzemplarzy. Od niedawna możemy ją przeczytać po polsku w przekładzie Ryszarda Turczyna. Rozmawiam z autorką o możliwych interpretacjach tej powieści.

AK: W książce znajdziemy mnóstwo informacji o szermierce, od faktów historycznych po zasady pojedynku. Wie pani bardzo dużo o tym sporcie! Dlaczego zdecydowała się pani na umieszczenie tego sportu w centrum zdarzeń?

Marente de Moor: Szermierka jest siłą napędową, która ma podkreślić jeden z głównych tematów książki: symetrię i granice. Fabuła „Holenderskiej dziewczyny” opiera się na wielu płaszczyznach: rozpiera się pomiędzy dwiema wojnami światowymi, dwoma starymi przyjaciółmi, dwoma braćmi (bliźniakami), pomiędzy rozsądkiem i namiętnością, a także między dzieciństwem a dorosłością. Podobnie jak w szermierce pozycja wyjściowa zawsze jest neutralna: dwóch szermierzy wyglądających identycznie w maskach i strojach stoi naprzeciw siebie po obu stronach linii. Napięcie pojawia się wtedy, gdy ta linia zostaje przekroczona, symetria zburzona i żadna ze stron nie może dłużej być neutralna. Ten motyw najbardziej widoczny jest w przypadku braci bliźniaków. Wydają się tacy sami, żyją w doskonałej harmonii dopóki ktoś (Janna) nie zakłóca ich symetrii. Wtedy właśnie zaczynają się kłopoty, podobnie jak w pojedynku szermierczym.

 

W fascynujący sposób pisze pani o burzliwych latach 30. w Niemczech. Sposób przedstawienia tego okresu w tej historii całkowicie różni się od znanych mi opisów. Z dialogów prowadzonych przez maitre i jego służącego dowiadujemy się, jakie były wówczas nastroje wśród ludzi. Czy sądzi pani, że ci bohaterowie czuli wzajemną nienawiść czy też ich relacje były jeszcze bardziej skomplikowane?

Po pierwsze, często wpadamy w pułapkę, myśląc o czasach, które dla nas są ważne z historycznego punktu widzenia. Wydaje nam się, że te doniosłe wydarzenia historyczne znajdowały się w centrum uwagi i sumień ludzi żyjących w danej epoce. Codzienne życie, to, czym żyje przeciętny człowiek, bywa ważniejsze niż wydarzenia upamiętnione w gazetach czy artykułach w książkach historycznych. W tę pułapkę łatwo wpadają powieściopisarze i scenarzyści – wplatają w historię zbyt wiele swastyk, ponieważ my tak właśnie postrzegamy te czasy. W latach trzydziestych Niemcy, pomimo doniosłych wydarzeń, które miały na zawsze zmienić historię świata, żyli normalnie, zakochiwali się w sobie, słuchali ulubionej muzyki i zarabiali na życie. Przy śniadaniu nie rozmawiano codziennie o Hitlerze. Chciałam opowiedzieć historię, która nie jest ściśle związana z dramatycznymi zdarzeniami, chociaż w tle wyczuwalne jest wrzenie. Wszyscy wiemy, co się zdarzyło i co zdarzy się wkrótce.

Jeśli chodzi o związek pomiędzy maitrem i jego służącymi, wydaje mi się, że pomogła mi wiedza o Związku Radzieckim oraz własne doświadczenia z czasów pobytu w Federacji Rosyjskiej. Po pierwsze, tak jak powiedziałam wcześniej, życie toczy się dalej pomimo światowych kryzysów. Po drugie, doktryny Trzeciej Rzeszy oraz mechanizmy, dzięki którym znalazły poparcie wśród ludzi, bardzo przypominają doktrynę i mechanizmy w ZSRR.  Weźmy na przykład entuzjazm, z jakim służący popierają Kraft Durch Freude oraz Niemiecki Front Pracy, co jest całkowicie uzasadnione, jeśli spojrzymy na to z ich perspektywy. Podobnie logiczne jest to, że ktoś, kto wywodzi się ze starych tradycji, tak jak maitre, nadal wyznaje poglądy konserwatywne. Prostota rozumowania oraz mój szacunek do niej jest także czymś, co wyniosłam z czasów, gdy mieszkałam w Rosji we względnym ubóstwie i chaotycznych czasach.

 

 Na początku bliźniacy wydają się niedojrzali, ale są sobie bardzo bliscy. Z czasem relacje między nimi się zmieniają i chłopcy zaczynają zachowywać się inaczej. Dlaczego?

Dobre pytanie! Są odzwierciedleniem doskonałej symetrii, co może się wydawać dość niepokojące, dopóki zewnętrzna siła (w tym przypadku Janna) nie zakłóca równowagi. Szerzej opisałam to odpowiadając na pierwsze pytanie.

 

 Stare tradycje i nowy świat, starzy i młodzi ludzie – w książce znajduje się wiele takich przeciwności. Dlaczego młodzi, a zwłaszcza Janna, jest tak zafascynowana tym, co stare?

Nie jestem pewna, czy rzeczywiście pociąga ją to, co stare. Janna jest intruzem, który z determinacją dąży do tego, by odnaleźć swoje miejsce w tej historii. Inni podejmują za nią decyzje, pewne rzeczy się przed nią ukrywa, a ona chce sama decydować, chce mieć swój udział w tej opowieści. Chce wiedzieć. Przywłaszcza sobie historię, która do niej nie należy, otwiera zaklejone listy, a nawet wpływa na tę opowieść, gdy je niszczy. Jest gotowa zrobić bardzo dużo, by móc się zaangażować, by nie być tylko neutralną holenderską dziewczyną (Holandia w czasie pierwszej wojny światowej była krajem neutralnym, „holenderską dziewicą” nietkniętą przez wojnę). Janna jest gotowa poświęcić swoje dziewictwo. Dopiero później uświadamia sobie, że nie ma od tego odwrotu: została naznaczona i utraciła całą swoją niewinność. Czuje smutek i żal po tej stracie.

 

Czy lubi pani swoich bohaterów? Który z nich jest tym ulubionym?

Zabawne i fajne pytanie. Kiedy zaczynałam pisać, czułam sympatię do Janny. Ale ta bohaterka poszła własną drogą, rozwinęła się praktycznie bez mojej zgody, stała się lekkomyślna i dość samolubna. Co więcej, pisarka ma strasznie niewdzięczne zadanie, gdy musi pisać z perspektywy dorastającej dziewczyny, która jeszcze niewiele wie o życiu. Nawet, nie wiecie jak bardzo 😊

 

Czy jest coś, co chciałaby Pani powiedzieć polskim czytelnikom?

Polska to kraj, z którym wiążą się świetne wspomnienia. Podróżowałam przez Polskę w drodze do Rosji i pewnego dnia zgubiłam drogę w burzy śnieżnej w lesie pod Białymstokiem… „Holenderską dziewczynę” napisałam jakiś czas temu, została przetłumaczona na wiele języków i dzięki temu mogłam wyjechać do wielu krajów. Polacy, jak żaden inny naród, wiedzą, co się dzieje, gdy granice zostają przesunięte, pogwałcone, anulowane i przekreślone. Mam nadzieję, że przeczytają tę osobliwą powieść w skupieniu i z cierpliwością, ponieważ kojarzą mi się właśnie z takimi cechami. To nie jest łatwa książka, wymaga uważnego czytania i dużej wyobraźni ze strony czytelnika, podobnie jak pozostałe moje książki oraz literatura i filmy, które uwielbiam, ponieważ piszę takie książki, które sama chciałabym czytać. Nie przekonują mnie natomiast te, które mówią mi, co mam myśleć.

 Dziękuję za rozmowę i mam nadzieję na spotkanie w Polsce.

Holenderska dziewczyna, Marente de Moor

Wydawnictwo Relacja, 2020

Liczba stron: 304

Tłumaczenie: Ryszard Turczyn

Mój kolejny czerwcowy patronat to książka holenderskiej pisarki, która w Holandii była prawdziwym bestselerem i sprzedała się w nakładzie 70 tysięcy egzemplarzy – zawrotna liczba, zwłaszcza, że książka nie zalicza się do tych łatwych, miłych i przyjemnych.

Tak, powiem wprost – nie jest to powieść, którą pochłoniecie za jednym posiedzeniem. Nie jest to łatwa w odbiorze fabuła, ja czytałam ją na raty, bo musiałam przerobić w głowie poszczególne sceny, pobyć dłużej z bohaterami, postarać się zrozumieć, co nimi kieruje. A gdy przeczytałam, książkę nosiłam w sobie jeszcze przez kilka dni, dopiero wtedy byłam w stanie docenić jej złożoność, atmosferę i niedopowiedzenia, które sama próbowałam wypełnić. No ale od początku…

Janna jest osiemnastolatką z holenderskiej prowincji, fascynuje się szermierką, od kilku lat uczęszcza na treningi i jest w tym dobra. Pewnego dnia jej ojciec, miejscowy lekarz dowiaduje się, że tuż za granicą holendersko-niemiecką mieszka jego przyjaciel i pacjent z pierwszej wojny światowej, Egon. Przyjaciel ten, maitre, jest nauczycielem fechtunku. Doktor pisze do niego list i posyła Jannę samą na lekcje do mistrza. Gdy dziewczyna przybywa na miejsce jest nieco zawiedziona, znajduje się w oddalonym od miasta podupadłym pałacu, w którym mieszka jeszcze para służących, a sam mistrz jest oziębły i dość nieprzyjemny. Do pałacu wkracza życie dopiero po przyjeździe młodszych od niej bliźniaków, dzieci przyjaciółki właściciela, którzy również będą szkolić się w walce bronią białą.

Tygodnie spędzone w Niemczech zmieniają Jannę – dojrzewa pod każdym względem, chociaż po drodze na światło dziennie wychodzą jej niezbyt szlachetne cechy – wścibstwo, zarozumiałość, egoizm, zaborczość. Dziewczyna odkrywa charakter relacji łączących jej ojca z maitrem, jest świadkiem narastających niepokojów w Niemczech, obserwuje ginące już tradycje uniwersyteckie (bezsensowne i okrutne, swoją drogą) i przeżywa swoje pierwsze erotyczne uniesienia. Czy wynosi jakąś lekcję z tej historii? Czy w zgliszcza, jakie po sobie pozostawia, da się jeszcze tchnąć życie?

Największym według mnie atutem tej powieści jest atmosfera grozy, niepokoju, tlące się tuż pod powierzchnią szaleństwo i obłęd. Do tego, gdy uświadomimy sobie, kiedy rozgrywa się akcja tej książki (1936 rok) przed oczami stają nam prawdopodobne przyszłe losy bohaterów i cała historia robi się jeszcze tragiczniejsza. Co więcej, w treści książki często pojawiają się nawiązania do pierwszej wojny światowej oraz jej wpływu na Egona, jego służącego i stan kraju. Niezwykła jest ta książka. Niczym wino, dojrzewa po pewnym czasie i długo nie daje o sobie zapomnieć. Bardzo polecam!

Dorośli, Marie Aubert

Wydawnictwo Pauza, 2020

Liczba stron: 142

Tłumaczenie: Karolina Drozdowska

Letnia okładka, iście wakacyjny kolor tła i pływająca kobieta w optymistycznie czerwonym stroju kąpielowym. Wydaje się, że mamy w rękach lekkie czytadło na niezbyt długą podróż. I rzeczywiście, książkę przeczytamy szybko, lecz z beztroskiego nastroju niewiele pozostanie po jej lekturze. Nie sugeruję, że popadniecie w depresję, nie aż tak, ale na pewno wasze szare komórki przez pewien czas będą zajęte analizowaniem scenariuszy i rozkładaniem na części pierwsze poszczególnych scen powieści.

Ida jest starszą siostrą, zbliża się do wieku średniego, ma dobrą pracę w biurze architektonicznym. Jest bezdzietną singielką, dotychczas nie udało jej się zbudować żadnego poważnego związku, lecz wciąż nie pożegnała się z myślą o posiadaniu dziecka. Podjęła też pewne kroki, by jak najdłużej mieć możliwość decydowania o tym, czy zostać matką. Powieść zaczyna się w chwili, gdy Ida wyjeżdża na krótkie wakacje do domku letniskowego, w którym czeka już na nią siostra ze swoim partnerem i jego córeczką z poprzedniego związku. Siostry mają wyprawić małe przyjęcie urodzinowe dla matki, która też wkrótce zjawi się ze swoim partnerem. Zanim jednak do tego dojdzie, siostry wymienią się najświeższymi wiadomościami i… kilka razy zdążą się posprzeczać.

Ta książka nie opowiada o patologicznej rodzinie, nie ma w niej na przykład popularnych ostatnio w literaturze traumatycznych przeżyć z wykorzystywaniem w dzieciństwie, a mimo to okazuje się, że stosunki pomiędzy siostrami i matką są dość napięte i pełne nieprzepracowanych pretensji i żalów. Co bardzo ciekawe i co zrozumiałam dopiero kilka dni po przeczytaniu tej książki, to fakt, że każdy ją zinterpretuje nieco inaczej. W zależności od tego, co nam w duszy gra, będzie to dla nas książka o egoizmie (ja podkreśliłam ten aspekt pisząc notatkę na blurb), o niespełnionym macierzyństwie, o starzeniu się, o braku zrozumienia, o zazdrości, a także o zagubieniu. Niesamowite jak autorce udało się wpisać tak wiele niuansów w tę krótką, zamykającą się na przestrzeni kilku dni opowieść. Polecam najbardziej jak potrafię. Must read na te wakacje!