Australia. Gdzie kwiaty rodzą się z ognia, Marek Tomalik

Wydawnictwo Otwarte, 2011

Liczba stron: 320

Australia to zdecydowanie mój number one marzeń podróżniczych. Przyciąga mnie jej egzotyka, odmienność fauny i flory, niesamowite kolory oraz mentalność samych Australijczyków. Nie ciągnie mnie na ekstremalne wyprawy przez nieuczęszczane szlaki, ale chciałabym zobaczyć życie miejskie oraz niezmierzone połacie Outbacku.

Marek Tomalik w Australii był wiele razy, ze swoimi żonami i dziećmi, organizował również ciężkie przeprawy do miejsc mało znanych i niedostępnych, jechał szlakiem Pawła Strzeleckiego. W książce opisuje fragmenty swoich wypraw, pokazuje ludzi zamieszkujących ten kontynent i ich wszechobecną postawę no worries. Udało mu się również zbliżyć (o ile to możliwe) to rdzennej ludności Australii – Aborygenów. Dużo opowiada o podróżowaniu w tym kraju, ekstremalnych temperaturach, częstych pożarach buszu, problemach z licznymi stadami kangurów oraz opowiada o endemicznej roślinności tego obszaru. Nie trzyma się jednak kurczowo Australii – przytacza rozmowę z polskim naukowcem, który bada pochodzenie i wykorzystywanie znalezionego na terenie polskich gór bumerangu.

Książka ilustrowana jest licznymi fotografiami. Miałam z nimi jednak pewien problem – często nie ilustrują tekstu położonego bezpośrednio przy nich. Np. autor opowiada o ogromnych farmach w Australii i locie samolotem nad jedną z nich. Fotografia z tego lotu znajduje się dobre sto stron dalej. Pisze o roślinach, a na zdjęciach znajdują się jakieś inne gatunki. Nie lubię tak – najwięcej radości sprawiają mi książki, w których tekst od razu ilustrowany jest fotografią.

Druga sprawa, która mi nie leżała to fakt, że zabrakło chronologii – nie wiedziałam w sumie ile razy i kiedy autor był w Australii. Może to mało istotne, ale jeśli wspomina, że bywał tam ze swoją pierwszą żoną, drugą żoną, kolegami i wspomnienia z różnych pobytów umieszcza w jednym rozdziale, to trochę mnie to wytrąca z rytmu czytania. Najchętniej powykreślałabym te osobiste dopiski wyróżniające każdą z żon, żeby nadać tekstowi spójności.

Oprócz obrazów tego fascynującego kontynentu w książce znaleźć można rady dla osób wybierających się w trasę po Australii, gorzkie wspomnienia dotyczące niesnasek w zespole i w rezultacie podzielenia się grupy podróżników, mały słownik wyrażeń australijskich, informacje o wierzeniach Aborygenów, a nawet rady jak podróżować z dzieckiem. Dla mnie to trochę za dużo – wolałabym poczytać o samej Australii. Dlatego nie jestem aż tak bardzo entuzjastyczna w ocenie tej książki, choć podzielam pasję M. Tomalika.

Jedna myśl nt. „Australia. Gdzie kwiaty rodzą się z ognia, Marek Tomalik”

  1. Dziękuję za szczerą recenzję. Dokładnie rozumiem irytację brakiem chronologii. Jednak z drugiej strony czytanie bez niej jest tajemnicze i budzi w nas „duszę detektywa” :). Pierwszy raz jestem tutaj na blogu, widziałam Was przed chwilą w poście na Facebook’u FloraQueen. Z pewnością będę częściej zaglądać. Pozdrawiam, W.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *