Coś pożyczonego, Emily Giffin

Fabułę można z powodzeniem streścić w dwóch zdaniach – w dniu swoich trzydziestych urodzin Rachel spędza noc z narzeczonym swojej najlepszej przyjaciółki od czasów dzieciństwa. Pikanterii sprawie nadają dwa fakty: 1. Rachel ma być pierwszą druhną na ślubie Darcy i Deksa; 2. Między kochankami wybucha miłość i przygoda łóżkowa nie kończy się na jednorazowym incydencie. Potem już tylko są pytania: Czy Deks odwoła ślub z Darcy? Co stanie się z przyjaźnią obu dziewczyn? I tyle jeśli chodzi o treść.

Pozostałe 350 stron wypełnione jest fragmentami życia nowojorskich yuppies – kawiarnie, lunche, wyjazdy do domku letniskowego za miasto i przedślubne zakupy. Od czasu do czasu pojawiają się reminiscencje z czasów licealnych Rachel i Darcy, w których Darcy zostaje przedstawiona jako ta wyrachowana i bezczelna, a Rachel jako wykorzystywana ofiara pseudo-przyjaciółki.

Czyta się to wszystko dość przyjemnie, szczególnie gdy za oknem deszczowy czerwiec, na morzu sztorm, a w walizce jeszcze tylko Murakami, którego boję się zacząć, bo nie wiem czego się spodziewać. Jednocześnie podczas czytania wciąż wzdychałam i utyskiwałam na rozrzedzenie akcji. Posunęłam się nawet do takiej „bezczelności”, że ok. 120 stron przed końcem przeczytałam ostatni rozdział, by potwierdzić lub zweryfikować swoje przypuszczenia o zakończeniu tej historii. Potem już ze spokojem doczytałam pozostałe rozdziały tej ckliwej historii podczas podróży do domu.

Wyciągnęłam też pewne konkluzje z lektury 🙂

Wniosek nr 1: nie wierzyć, że takie historie z takim zakończeniem zdarzają się w życiu.

Wniosek nr 2: wrócić do literatury bardziej odpowiedniej dla swoich gustów literackich.

Wniosek nr 3: nie szukać potwierdzenia swojej opinii o prozie Giffin w pozostałych jej powieściach. Przynajmniej nie od razu.

Wniosek nr 4: nie zniechęcać innych do lektury tej książki. Czego niniejszym nie czynię.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *