Doktor Styks, Marcin Wolski

20

Zysk i S-ka, 2012

Liczba stron: 288

Kolejny kryminał w sepii. A przynajmniej w połowie w sepii, a w połowie w barwach szaro burych. Akcja podzielona jest bowiem pomiędzy lata przedwojenne a rzeczywistość późnego PRL-u lat siedemdziesiątych. Autor portretuje środowisko radiowców w kraju cenzury.

Młody pisarz i radiowiec dostaje propozycję kontynuowania popularnego słuchowiska stworzonego przez starszego kolegę i mentora, który zginął w bardzo podejrzanych okolicznościach. Śledztwa nie było, ponieważ milicja uznała przypadek pisarza za samobójstwo. Gwidon nie wierzy w tę wersję zdarzeń i próbuje dociec prawdy. Pomaga mu w tym młoda montażystka – Agnieszka, również znajoma nieżyjącego mężczyzny.

Gwidon wprowadza się do mieszkania starszego kolegi i korzystając z jego notatek, zapisków i materiałów próbuje odtworzyć dalszy ciąg słuchowiska o Doktorze Styksie i ścigającym go policjancie. Wkrótce okazuje się, że komuś zależy na tym aby dalszy ciąg nie powstał. Dlaczego? Ile prawdy zawiera radiowe słuchowisko?

Ciekawe, prawda? Dla mnie też było ciekawe, dopóki dwie epoki nie zaczęły przenikać się nawzajem. Gwidon podejmował niezrozumiałe dla mnie wędrówki po Warszawie roku 1939 i śledził poczynania przestępcy o pseudonimie Doktor Styks. W mieszkaniu działy się niewyjaśnione rzeczy, a Agnieszka miała zdolność znikania…

Książkę przeczytałam z zainteresowaniem pragnąc dowiedzieć się o co w tym wszystkim chodzi, ale wiem już, że nie jestem zwolenniczką takich metafizycznych wątków w powieściach. Jako osoba twardo stąpająca po ziemi wolę żeby wytłumaczenie każdej zbrodni było racjonalne. Kto jednak lubi odrobinę fantastyki i kto ma ochotę poznać kulisy pracy pisarza tworzącego słuchowiska radiowe powinien koniecznie sięgnąć po tę pozycję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *