Dostatek, Michael Crummey

Wiatr od Morza, 2013

Liczba stron: 358

Tym razem zawędrowałam aż do Nowej Fundlandii, wyspy położonej u wybrzeży Ameryki Północnej, należącej do Kanady. Znalazłam się w rybackiej wiosce żyjącej zgodnie z porami roku, zależnej od połowów oraz pogody, która w tamtej części świata bywa bardzo kapryśna. Spędziłam kilka dni wśród ludzi, którzy żyli dzięki swojej ciężkiej pracy, wydzierając ziemi marne plony i nierzadko głodując na przednówku.

Mała, hermetyczna społeczność żyjąca na odizolowanej wyspie – to brzmi znajomo i strasznie. Od razu po kilkunastu stronach przyszła mi do głowy książka Macieja Wasielewskiego o Pitcairn. Na szczęście fabuła tej powieści nie jest aż tak drastyczna jak reportaż, o którym mowa. A książka zaczyna się iście magicznie. Z wyrzuconego na brzeg wieloryba mieszkańcy wydobywają żywego człowieka. Wygląda na albinosa, nic nie mówi i wydziela okropny rybi zapach. Ludzie boją się przybysza, nie wiedzą co z nim zrobić, zastanawiają się, co zwiastuje jego pojawienie się na wyspie. Przesądny lud odwraca się od niego. Zajmuje się nim pewna wdowa – osoba, której prawie wszyscy się boją, ale także obdarzają szacunkiem. Pojawienie się Judy, jak mieszkańcy nazywają dziwnego przybysza, staje się punktem wyjścia do opowieści o losach dwóch splecionych ze sobą i skłóconych rodzin. Saga obejmuje kilka pokoleń – wraz z upływającym czasem, odchodzącymi ludźmi, rodzącymi się dziećmi, obserwujemy także docierające tu echa światowych dramatów i polityki.

Przez większą część książki nie wiemy kiedy rozpoczyna się akcja i jakie obejmuje lata, co jest sprytnym i przemyślanym zabiegiem fabularnym. Nowofundlandczycy nie potrzebowali kalendarzy, kolejne lata odmierzali porami roku i przypadającymi w zimie świętami. Dopóki nie dotyczyło ich nic, co działo się na świecie, nie musieli liczyć lat. Pierwsze wydarzenia historyczne zaczynają się pojawiać w drugiej części książki, gdy mowa już o praprawnukach pierwszych bohaterów.

Czym więc wypełnione są gęsto zadrukowane karty tej książki? Miłością i nienawiścią, konfliktami rodzinnymi i tymi, które wywoływały walczące o ludzi kościoły i religie, przemocą i łagodnością, silnymi psychicznie kobietami i silnymi fizycznie mężczyznami. Narodzinami i zgonami. Odrobiną magii, której wszyscy szukamy w życiu.

To smutna książka, ale nie depresyjna. Smutna, bo takie były czasy i realia na wyspie położonej daleko na północy. Zajmująca i wciągająca poprzez barwne postacie występujące w powieści, ich namiętności, skrywane miłości, sekretne romanse. Przez książkę przewija się wielu ludzi – na szczęście autor/wydawca pomyślał o umieszczeniu drzewa genealogicznego na początku powieści, do którego dość często się odwoływałam.

Piękna, nastrojowa, pochłaniająca powieść, która na długo pozostanie w pamięci. Warto wsiąść w kołyszącą się na przybrzeżnych falach zieloną łódkę i dać się ponieść w nieznane opowieści kryjącej się między okładkami.

Mam tylko jedno zastrzeżenie do wydania – rozmiar czcionki! Sporo za mały.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *