Gorączka, Tomek Michniewicz

Wydawnictwo Otwarte, 2011

Liczba stron: 368

Nie miałam okazji czytać „Samsary,” która rozeszła się w mgnieniu oka. Błyskawicznie wykupiono również dodruk książki. I to nie dlatego, że nie załapałam się na ten chodliwy „towar”, ale dlatego, że jakoś nie czułam potrzeby czytania kolejnej książki o podróżach. Dlatego też autor dotychczas był mi nieznany. A raczej znany tylko ze słyszenia, a nie z „przeczytania.”

„Gorączka” stała na półce z nowościami w bibliotece. Aż taka świeżynka to nie jest, ale biblioteki rządzą się swoimi prawami. W każdym razie została niedawno włączona do księgozbioru. I jakoś zdarzyło się, że zabrałam ją do domu. Żeby przekartkować. Poczytać wyrywkowo, ewentualnie zatopić się w lekturze, gdyby okazało się, że opowieści wciągają. Poleżała kilka tygodni zanim po nią sięgnęłam. I przepadłam… dosłownie. Bo to świetna książka.

W dzieciństwie zaczytywałam się książkami o poszukiwaniu skarbów. Do dziś pamiętam emocje, jakie towarzyszyły mi podczas czytania „Wyspy skarbów” Stevensona, czy kolejnych odsłon Pana Samochodzika. Teraz te emocje ożyły za sprawą książki Michniewicza, która opowiada o współczesnych poszukiwaczach i ich gorączce złota.

Jego podróż po Ameryce miała kilka etapów podczas których – Las Vegas, Nowy Meksyk oraz wyspy karaibskie. Las Vegas to mekka poszukiwaczy skarbów. Poszukiwaczy wygodnych i żyjących mrzonkami o bogactwie. Michniewicz pokazuje co kryje się za blichtrem Las Vegas i jak to się dzieje, że zwycięzcami są tylko właściciele kasyn. Dalsza podróż to pustynny Nowy Meksyk. Surowy krajobraz był świadkiem gorączki złota, która opanowała hiszpańskich konkwistadorów w siedemnastym wieku. Do dziś znajdowane są skrytki z ukrytymi wśród kamieni kosztownościami. Tyko, że konkurencja jest duża i groźna. Śmiertelnie groźna.

Najbardziej bajkową amerykańską opowieścią jest ta o poszukiwaniach skarbów w morzu. Niezliczona liczba hiszpańskich statków zatonęła w drodze do Hiszpanii. Każdy z nich wyładowany był po brzegi zrabowanymi kosztownościami. I rzeczywiście są tacy, którym się powiodło. Wyobrażacie sobie dno morza pokryte złotymi monetami, sztabkami złota, szmaragdami i innymi dobrami, których wartość historyczna jest znacznie większa od wartości kruszcu, z którego zostały wykonane?

Afrykańskie podróże wydały mi się bardziej przygnębiające – począwszy od okropnie depresyjnego obrazu RPA, które nosi w sobie pokłady nienawiści aż po historię, która wydarzyła się w rezerwacie nosorożców. Jednakże gorączka złota to również sprawa afrykańska. Z tym, że często nie chodzi o złoto, ale inne rzeczy, które można z zyskiem spieniężyć – i niestety, często jest to kość słoniowa i rogi nosorożców.

Warto podkreślić, że książka jest ilustrowana. Zdjęć jest sporo, są dobrej jakości – tzn. robione z głową, bo przedstawiają to, co autor chciał pokazać w całej okazałości. Ponadto są podpisane i zajmują odpowiednie miejsce w książce, uzupełniając tekst. Piszę o tym, bo ze zdjęciami jest różnie i często bywają dla mnie przyczyną frustracji, kiedy nie umiem dopasować zdjęcia do tekstu, bo wydawnictwo postanowiło wklejać je na chybił-trafił.

Co najbardziej ujmuje w „Gorączce”? Wydaje mi się, że wachlarz emocji – od zdziwienia po zachwyt, od obrzydzenia do strachu, od irytacji po wściekłość. Z każdą kolejną odsłoną i nową podróżą zmienia się nastawienie czytelnika. Sam autor, choć oczywiście widoczny w książce, nie jest jej punktem centralnym i nie narzuca interpretacji faktów. Pokazuje różnorodność świata i jego odcienie. Pisze o faktach mało znanych, a bardzo ciekawych.

W takiej sytuacji, nie pozostało mi nic innego, jak sprawdzić w których bibliotekach jest „Samsara,” bo to chyba nie przypadek, że tak szybko zniknęła z księgarskich regałów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *