Grecy umierają w domu, Hubert Klimko-Dobrzaniecki

Znak, 2013

Liczba stron: 239

Zastanawiając się, o której z przeczytanych książek napisać, przejrzałam swoje szkice wpisów składające się ze zdjęć okładek, informacji o roku wydania i liczbie stron. Takich wpisów mam już około dwudziestu i sama przestałam wierzyć w to, że uda mi się napisać o wszystkich tych książkach. Powieść „Grecy umierają w domu” przeczytałam w okolicach października ubiegłego roku i chociaż nie znalazłam od razu czasu i zapału, żeby stworzyć krótki wpis o tej pozycji, wiedziałam, że taka notka prędzej czy później się pojawi. Bo warto o niej wspomnieć.

Grek w średnim wieku szuka swoich korzeni. Urodził się w Polsce, na Dolnym Śląsku, gdzie po wojnie osiedlili się liczni emigranci z Grecji. Dzieciństwo i młodość spędził w przybranej ojczyźnie, lecz uwielbiał słuchać opowieści ojca o dalekim, słonecznym kraju, z którego wywodziła się jego rodzina. Tuż przed stanem wojennym wyjechał do Grecji i… już nie wrócił. Teraz stara się napisać powieść o swoim pochodzeniu. Wprowadza się do domu pracy twórczej, żeby spisać to, co pamięta. Nie szuka informacji o przodkach ani o swoich rodzicach z czasów, gdy mieszkali w Grecji. Druzgocąca prawda o nich dopadnie go sama.

Powieść upleciona jest z warstwy wspomnieniowej, przywołującej wspomnienia z dzieciństwa w Polsce oraz warstwy współczesnej, w które mowa o pobycie w domu pracy twórczej, mieszkańcach – stypendystach oraz przelotnym romansie. Ta pierwsza warstwa stanowi o sile tej książki, tej drugiej mogłoby nie być – jako czytelnicy zetknęliśmy się dziesiątki razy z literackimi bohaterami w wieku średnim, którzy próbują podsumować swoje życie i trudno napisać na ten temat coś porywającego. Na pewno nie porywa romans w podstarzałą poetką.

Narrator wiele miejsca poświęca swojemu nieżyjącemu już ojcu – Grek starał się dostosować do warunków polskich, lecz wciąż towarzyszyła mu tęsknota za Grecją, cykadami, słońcem. Ojciec był marzycielem – chodził na łąki z siatką na motyle i kupił papugę, która miała udawać cykadę. Matka chłopaka była opoką, na której opierał się dom. To ona zabiegała o dobra materialne, zarabiała pieniądze i twardo stąpała po ziemi. Ci ludzie nie pasowali do szaroburej Polski komunistycznej, a jednak nie mogli wrócić do „siebie”. Ich syn jako dorosły człowiek dowie się co, oprócz zawirowań historii, sprawiło, że mieli odciętą drogę powrotu do Grecji.

Z przyjemnością zagłębiłam się w tę książkę. Dolny Śląsk jest mi bliski i pamiętam grecko brzmiące nazwiska z dzieciństwa. Każda taka grecka rodzina miała jakąś historię, której nie miałam szansy poznać. Klimko-Dobrzaniecki pokazuje w jaki sposób potoczyły się losy Greków i jakie wiatry historii przywiały ich na południe Polski. Autor świetnie opowiada, a snute przez niego historie zapadają w pamięć, o czym może świadczyć ten wpis, stworzony kilka miesięcy po lekturze książki. I nie chodzi nawet o to, że w tej powieści pokusił się o szokujące zakończenie, nawet bez niego książka wyróżniałaby się w zalewie miałkich pozycji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *