Holenderska dziewczyna, Marente de Moor

Wydawnictwo Relacja, 2020

Liczba stron: 304

Tłumaczenie: Ryszard Turczyn

Mój kolejny czerwcowy patronat to książka holenderskiej pisarki, która w Holandii była prawdziwym bestselerem i sprzedała się w nakładzie 70 tysięcy egzemplarzy – zawrotna liczba, zwłaszcza, że książka nie zalicza się do tych łatwych, miłych i przyjemnych.

Tak, powiem wprost – nie jest to powieść, którą pochłoniecie za jednym posiedzeniem. Nie jest to łatwa w odbiorze fabuła, ja czytałam ją na raty, bo musiałam przerobić w głowie poszczególne sceny, pobyć dłużej z bohaterami, postarać się zrozumieć, co nimi kieruje. A gdy przeczytałam, książkę nosiłam w sobie jeszcze przez kilka dni, dopiero wtedy byłam w stanie docenić jej złożoność, atmosferę i niedopowiedzenia, które sama próbowałam wypełnić. No ale od początku…

Janna jest osiemnastolatką z holenderskiej prowincji, fascynuje się szermierką, od kilku lat uczęszcza na treningi i jest w tym dobra. Pewnego dnia jej ojciec, miejscowy lekarz dowiaduje się, że tuż za granicą holendersko-niemiecką mieszka jego przyjaciel i pacjent z pierwszej wojny światowej, Egon. Przyjaciel ten, maitre, jest nauczycielem fechtunku. Doktor pisze do niego list i posyła Jannę samą na lekcje do mistrza. Gdy dziewczyna przybywa na miejsce jest nieco zawiedziona, znajduje się w oddalonym od miasta podupadłym pałacu, w którym mieszka jeszcze para służących, a sam mistrz jest oziębły i dość nieprzyjemny. Do pałacu wkracza życie dopiero po przyjeździe młodszych od niej bliźniaków, dzieci przyjaciółki właściciela, którzy również będą szkolić się w walce bronią białą.

Tygodnie spędzone w Niemczech zmieniają Jannę – dojrzewa pod każdym względem, chociaż po drodze na światło dziennie wychodzą jej niezbyt szlachetne cechy – wścibstwo, zarozumiałość, egoizm, zaborczość. Dziewczyna odkrywa charakter relacji łączących jej ojca z maitrem, jest świadkiem narastających niepokojów w Niemczech, obserwuje ginące już tradycje uniwersyteckie (bezsensowne i okrutne, swoją drogą) i przeżywa swoje pierwsze erotyczne uniesienia. Czy wynosi jakąś lekcję z tej historii? Czy w zgliszcza, jakie po sobie pozostawia, da się jeszcze tchnąć życie?

Największym według mnie atutem tej powieści jest atmosfera grozy, niepokoju, tlące się tuż pod powierzchnią szaleństwo i obłęd. Do tego, gdy uświadomimy sobie, kiedy rozgrywa się akcja tej książki (1936 rok) przed oczami stają nam prawdopodobne przyszłe losy bohaterów i cała historia robi się jeszcze tragiczniejsza. Co więcej, w treści książki często pojawiają się nawiązania do pierwszej wojny światowej oraz jej wpływu na Egona, jego służącego i stan kraju. Niezwykła jest ta książka. Niczym wino, dojrzewa po pewnym czasie i długo nie daje o sobie zapomnieć. Bardzo polecam!

Jedna myśl nt. „Holenderska dziewczyna, Marente de Moor”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *