Korzenie niebios. Uniwersum Metro 2033, Tullio Avoledo

Insignis, 2013

Liczba stron: 608

Po zachwycie dwiema częściami Uniwersum Metro przyjęłam założenie, że przez gęste sito Glukhovskiego nie przeciśnie się nic poniżej pewnego poziomu. Każda pozycja opatrzona logo serii ma u mnie duży kredyt zaufania, podobnie było z książką pisarza z Włoch. Okazało się jednak, że powieść jest zbyt przekombinowana, przez co po prostu w pewnym momencie staje się irytująca i nudna. Dotarłam do końca, ale niestety im dalej w las, tym gorzej.

Oczywiście akcja książki rozgrywa się w postapokaliptycznym świecie, zniszczonym przez broń atomową i biologiczną. Nieliczni, którzy przeżyli kryją się pod ziemią, ponieważ promieniowanie uniemożliwia egzystencję na powierzchni. Ludziom zagraża także brak pożywienia, czystej wody oraz zmutowane bestie czające się na każdym kroku. Ich egzystencję trudno nazwać życiem, to raczej codzienna walka o przetrwanie. Walka w sensie dosłownym. W tak ekstremalnych warunkach przeżyć mogą najsprytniejsi, najbardziej bezwzględni i ci, którzy mają szczęście.

Głównym bohaterem jest John Daniels, ksiądz katolicki, kryjący się w katakumbach, czyli w Nowym Watykanie wraz z władzami kościoła. Daniels dostaje misję. Jako jedyny przedstawiciel „świętej inkwizycji” ma udać się do Wenecji, żeby sprowadzić stamtąd proroka, o którym dowiedziano się w Rzymie. Niedoświadczony w poruszaniu się po powierzchni ksiądz otrzymuje obstawę złożoną z sześciu żołnierzy gwardii szwajcarskiej – w tych nowych okolicznościach składa się ona z najemników. Cóż z tego, skoro nie wiadomo czy można im zaufać. John Daniels nie ma wyboru.

Przed nimi długa i niebezpieczna droga. Okazuje się, że żołnierze nie jadą prosto do celu, lecz zapuszczają się do znanych sobie osad. Podróżujący z nimi ksiądz dowiaduje się wiele o świecie roku 2033, a wiedza ta nie jest ani przyjemna, ani nie niesie nadziei na przyszłość. Tym bardziej, że na skutek różnych okoliczności, ich siedmioosobowa grupa niesie za sobą śmierć i zniszczenie. Czy John Daniels wytrwa w wierze? Czy uda mu się wypełnić powierzoną misję?

Przez znaczną część mamy powieść drogi, potem zmienia się ona w jakąś oniryczną wizję, w której wszystko jest możliwe. Zmartwychwstanie? Proszę bardzo. Przemieszczanie się w przestrzeni. Czemu nie? Czytanie w myślach? Też jest. Jest tego za dużo, jakby autor nie wiedział jak zakończyć powieść. Dopóki wędrowali, mniej więcej wszystko się składało do kupy, gdy wpadli w zasadzkę na zamku księcia Urbino, akcja się posypała. Fabułę zastąpiły wizje, sny i omamy, które na dobrą sprawę jeszcze bardziej namieszały, nie przynosząc niczego pozytywnego.

Nie podobało mi się również to, że autor porzucił pewne wątki i nie doprowadził ich do końca. Wydawałoby się, że notes z zapiskami naukowca, przyjaciela księdza, jest ważnym elementem akcji. Jednak pojawia się on marginalnie, dopiero gdy zostaje ukradziony i w sumie nic z tego nie wynika. Podobnie rzecz się ma z postacią doktor Lombard – do końca nie wiadomo czy była postacią pozytywną czy negatywną. Nie wspominam już nawet o ukrytym celu najemników.

Jestem na nie. Stanowczo. Zawiodłam się. Czytając miałam wrażenie, że mam przed sobą niedopracowany tekst, bez myśli przewodniej, wypełniony zapchajdziurami, rozciągnięty i nadmuchany, jakby autor nie wiedział jak zakończyć książkę. A sposób w jaki ją ostatecznie skończył, wypełniając braki fabularne magią i onirycznymi wizjami, zupełnie mnie nie przekonał. Odkładając książkę miałam poczucie straconego czasu. Niestety.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *