Mam na imię Lucy, Elizabeth Strout

mam na imie lucy elizabeth stroutWielka Litera, 2016

Liczba stron: 224

Czytałam wszystkie książki tej autorki, które ukazały się w Polsce. Lubię jej niespieszne tempo opowiadania historii i to, że więcej kryje między wersami niż podaje wprost. Nie inaczej jest w tej cienkiej książce o Lucy Barton.

Lucy trafia do szpitala, nie wiadomo, co jej dolega, lecz pobyt przedłuża się. Kobieta czuje się samotna i przygnębiona. Mąż nie ma czasu, by ją często odwiedzać, córeczki nie mogą same przyjść do mamy. Pewnego dnia przy jej łóżku pojawia się najmniej spodziewany gość. Jej matka. Kobieta, która nigdy nie interesowała się życiem swojej córki, a jeśli już się wypowiadała na temat życia Lucy, to zawsze krytycznie. Spotkanie po latach jest okazją do powrotu do przeszłości, do lat, kiedy dojmującym uczuciami były brak miłości, chłód i odtrącenie. O ile w ogóle będą umiały ze sobą rozmawiać.

Lucy przeprowadziła się do Nowego Jorku dzięki pomocy finansowej ze strony szkoły. Jako jedyna w rodzinie zdobyła wyższe wykształcenie, choć przez cały czas studiów doskwierało jej to, kim nie jest i co zostawiła za sobą. Teraz próbuje pisać, choć nie ma pewności, czy nie zostanie wyśmiana. Gdy ze swoich planów zwierza się sąsiadowi, ten radzi jej, by była bezwzględna w pisaniu. Czy taka będzie? Czy uda jej się opowiedzieć o swojej niepewności, swoich lękach, wstydzie, który towarzyszył jej przez większość życia?

Ta książka utkana jest ze wspomnień, pojedynczych obrazów, które składają się na obraz kobiety, która jeszcze do końca nie wierzy w swoje siły, lecz powoli staje na nogi i próbuje wziąć życie w swoje ręce. Najpierw musi rozliczyć się z przeszłością – walczyć lub wybaczyć. Pobyt w szpitalu daje jej możliwość wejrzenia w siebie i innych. Najbardziej wymowną sceną jest ta, gdy Lucy czekając na badania widzi oczy umierającego na AIDS człowieka – czy powinna być świadkiem tej intymnej chwili? Czy jest intruzem?

Niepozorna książeczka w niewielkim formacie, z dużą czcionką. Kto by pomyślał, że kryje w sobie tyle emocji i scen, które trudno wyrzucić z głowy. Strout pisze coraz lepiej, jest wrażliwą obserwatorką, która potrafi przekuć w słowa najintymniejsze myśli. Jej subtelność i takt przekładają się na styl książki, a fakt, iż nie zawsze pisze wprost, daje pole do popisu naszej wyobraźni. Uwielbiam takie angażujące powieści.

Jedna myśl nt. „Mam na imię Lucy, Elizabeth Strout”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *