Murakami z automatu

Kampania reklamowa książki intrygowała od samego początku. Najpierw przez trzy dni z rzędu w mojej skrzynce na listy pojawiały się zaadresowane imiennie kartki pocztowe. Rysunki na nich kojarzyły mi się z komiksem japońskim, ale poza pozdrowieniami w niej zawartymi. nie było niczego konkretnego. Dopiero trzecia pocztówka wyjaśniła, że chodzi o najnowszą powieść Murakamiego „Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa„. Obserwujący mnie na instagramie i na FB pamiętają, że koperta, w której dostałam recenzencki egzemplarz, też miała nietypowa pieczątkę. Wszystkie te marketingowe zabiegi bardzo mi się podobały, ale szalenie miłą niespodziankę zrobiło mi wydawnictwo Muza, które zaprosiło mnie w roli ambasadora nowej powieści, na inaugurację prapremiery książki w Poznaniu. Podczas tego wydarzenia miałam zerwać „plombę” z automatu i oddać tym samym go w ręce czytelników.

Wczoraj na dworcach w Warszawie, Poznaniu i Wrocławiu o godz 17.00 ruszyła sprzedaż powieści z automatów, które zamiast napojów i słodyczy wypakowane były najnowszą powieścią Murakamiego. Miejsce nieprzypadkowe, ponieważ główny bohater książki, Tsukuru Tazaki, sam projektował dworce kolejowe. Z kolei automat nawiązywał do Japonii, gdzie wiele rzeczy nabywa się z podobnych urządzeń.

Około 16.00 przed maszyną pojawiła się stale rosnąca grupka przesympatycznych miłośników Murkamiego. Poza samą książką nabytą w tak nietypowym miejscu dla 100 nabywców przewidziano przypinki reklamowe, a dla pierwszej 40-stki także komplet pocztówek, o których już wspomniałam. Pomimo sympatycznych rozmów napięcie zwiększało się wraz ze zbliżająca się godziną 17-stą. Punktualnie o siedemnastej nastąpiło zerwanie plomby i….no właśnie. Przetestowana wcześniej maszyna odmówiła współpracy. Nie przyjmowała ani bilonu, ani nie współpracowała z kartami płatniczymi. Sytuacja z jednej strony zabawna, z drugiej bardzo przykra, bo Ci, którym najbardziej zależało na tej książce odeszli z  przysłowiowym kwitkiem. Pan z wydawnictwa, który miał dołożyć książek, gdyby ich zabrakło, dwoił się i troił, aby automat zadziałał. Jego poświęcenie, determinacja i zimna krew przyniosły efekt. Pierwszy sprzedany egzemplarz wywołał  brawa, salwy śmiechu i wielką radość u kupującej. Pomimo złośliwości przedmiotów martwych, czytelnicy okazali się niezwykle wyrozumiali, a atmosfera do samego końca była niemal piknikowa. Z rozmów wiem, że Ci, którzy tam przybyli, pomimo kłopotów technicznych cieszyli się, że wzięli udział w tak nietypowym przedsięwzięciu za co im serdecznie dziękuję, a za zaistniałe kłopoty przepraszam.

Na zdjęciu właścicielka pierwszego egzemplarza zakupionego z poznańskiego automatu. Gratulacje!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *