Na szczęście mleko…, Neil Gaiman

Wydawnictwo Galeria Książki, 2013

Liczba stron: 160

Neil Gaiman zyskał sławę wiele lat temu, ale zainteresowanie jego powieściami wciąż utrzymuje się na wysokim poziomie. Niedawno ukazała się jego nowa książka skierowana do czytelników dorosłych, ja natomiast sięgnęłam tradycyjnie już po powieść dla dzieci. Tradycyjnie, ponieważ wcześniej czytałam zekranizowaną „Koralinę”. „Na szczęście mleko…” z licznymi udanymi ilustracjami Chrisa Riddella jest książką dla młodszych dzieci, co nie przeszkadzało mi w najmniejszym stopniu. Jeśli historia jest dobrze opowiedziana, wybroni się przed każdym czytelnikiem.

Mama wyjeżdża służbowo. Nieco roztargniony ojciec pozostaje z dwójką dzieci. Wszystko się dobrze układa aż do śniadania. Okazuje się, że tata poprzedniego dnia nie kupił mleka. Dzieci zasiadają do stołu i z płatkami w miseczkach czekają na powrót taty ze sklepu pod domem. Jednak jego nieobecność podejrzanie się przedłuża. Czas się ciągnie w nieskończoność. Wreszcie tata wraca. Z mlekiem, na szczęście. Zaniepokojonym potomkom opowiada co mu się przytrafiło w drodze ze sklepu i jakie przygody przeżył podróżując w balonie zdolnym do przemieszczania się w czasie i przestrzeni.

Kluczem do opowieści jest jedna z pierwszych ilustracji w książce. Dzięki niej dorosły czytelnik jest w stanie zrozumieć skąd wzięły się postacie i miejsca w opowieści taty, młodsi czytelnicy zadowolą się na pewno przebiegiem historii oraz fantastycznymi postaciami: przybyszami z innej planety, morskimi piratami, dinozaurami, kucykami czy „wumpirami”. Silną stroną są również ilustracje – warto się na nich zatrzymać podczas czytania i docenić ścisłą współpracę obu twórców książki, która przełożyła się na całkowitą zbieżność tekstu z obrazkami.

Po zamknięciu powieści pozostałam z pytaniem: Gdzie naprawdę był tata? Co mu się przydarzyło, bo, na pewno nie to, co opowiedział swoim dzieciom? Zaintrygował mnie również tytuł „Na szczęście mleko…”, którego nie mogę zapamiętać, choć się bardzo staram. W oryginale „Fortunately, the milk…” brzmi lepiej i wiadomo o co chodzi. Po polsku jakoś to tak niezbyt mi brzmi. Nie tytuł jednak najważniejszy w książce, a jej treść, a tę polecam bez zastrzeżeń wszystkim czytelnikom bez ograniczeń wiekowych. Jedynie ludzie bez wyobraźni powinni trzymać się od niej z daleka, bo nadmiar fantazji mógłby im zaszkodzić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *